Wzbudza skrajne emocje. Ma niezwykle rzadko spotykaną cechę u debiutantów w polskim show- -biznesie: jest bardzo uprzejma, uważna. Unika ostrych ocen, słów. Nawet o ludziach, którzy ją anonimowo oczerniają w internecie, mówi: „Pewnie sami są nieszczęśliwi. Zauważyłam, że jeśli człowiek jest zadowolony z własnego życia, ma satysfakcję z pracy, kocha męża, żonę, nie cierpi, kiedy ktoś obok odnosi sukces. W ludziach spełnionych nie ma zawiści ani nienawiści”.

Niektórzy zarzucają jej naiwność. Czy osobę, która w wieku 9 lat postanowiła, że zostanie tancerką, i dopięła swego, można nazwać naiwną?

GALA: Pani Edyto, co pani wypisuje na blogu?! To prostackie, obraźliwe opinie i komentarze o znajomych. Prezentując taki poziom, robi pani sobie krzywdę.

EDYTA HERBUŚ: Tak, zgadzam się z panią. Na tym blogu są same absurdy, a sposób pisania go jest bardzo prostacki. Dziwi mnie to, że ktokolwiek mógłby pomyśleć, że mam z tym cokolwiek wspólnego.

GALA: Wiem oczywiście, że to nie pani „dzieło”.

EDYTA HERBUŚ.: Nic nie dzieje się bez przyczyny. Dzięki temu wiem, jak duże zainteresowanie wzbudza moje nazwisko. Zainspirowało mnie to do stworzenia prawdziwego bloga. Zapraszam gorąco wszystkich zainteresowanych prawdą na edytaherbus.dementujemy.pl.

GALA: Warszawa dała pani popularność, umożliwiła karierę. Ale jednocześnie przeszła pani intensywny kurs dojrzewania?

EDYTA HERBUŚ.: To prawda. Były ciężkie chwile, płakałam. Plotki mają to do siebie, że im są bardziej hardkorowe, tym większe budzą zainteresowanie. Nie mogłam uwierzyć, co ludzie są w stanie wymyślić, żeby zaistnieć moim kosztem. Całe życie chciałam tańczyć. „Taniec z gwiazdami” dał mi szansę. Zaczęłam robić karierę, ale nie wiedziałam, jak w tym świecie funkcjonować. Komu ufać, kogo unikać, co mówić, kiedy mówić, co robić, jak się zachowywać, co jest prywatne, co publiczne. Nie miałam szans, żeby nie popełnić błędów. Teraz niektórzy wyciągają mi rzeczy, które robiłam przed laty, np. udział w reklamie środka owadobójczego, i piszą, że „Herbuś nie przebiera w propozycjach”. Ale to było ponad pięć lat temu, po prostu zarabiałam na rachunki.

GALA: Zawsze była pani taka ambitna i samodzielna?

EDYTA HERBUŚ.: Tak. Bardzo szybko rodzice musieli mi zaufać i uwierzyć, że potrafię żyć po swojemu. Zaczęłam tańczyć, kiedy miałam dziewięć lat. Po roku pojechałam na pierwszy dwutygodniowy obóz taneczny. I tak się zaczęło. Świetnie nam szło na parkiecie z partnerem, każdy grosz odkładaliśmy na kursy, indywidualne lekcje tańca. Ale też na zawody, konkursy, żeby się porównać z innymi, sprawdzić. Dużo podróżowałam sama. Zamiast kupować bilet np. mamie, wolałam te pieniądze przeznaczyć na dodatkowe lekcje. Żeby się rozwijać, trzeba było jeździć do najlepszych trenerów po całej Polsce.

GALA: Czego się pani wtedy nauczyła?

EDYTA HERBUŚ.: Odpowiedzialności. Wiedziałam, że w szkole musi być wszystko OK: lekcje odrobione, materiał wyuczony, inaczej rodzice nie puszczą mnie na trening. Miałam zajęcia od rana do wieczora, nauczyłam się zarządzać wolnym czasem. Okazało się, że mam lepsze wyniki od koleżanek, które nie robiły nic poza szkołą. Wtedy zrozumiałam, jakie korzyści daje dyscyplina i pracowitość. Do dziś, kiedy mam mnóstwo zajęć, tak potrafię ułożyć dzień, żeby nikogo nie zawieść, niczego nie zawalić. I jeszcze mam czas zadzwonić do rodziców, wiem, że czekają.

GALA: Kiedy dzwoniła pani do mamy?

EDYTA HERBUŚ.: Wczoraj. Dziś rozmawiałam z tatą. Był u mnie w Warszawie dwa dni temu, przekazałam prezenty z Meksyku dla mamy. Byłam tam na wyprawie z Radiem ESKA. Mama lubi błyskotki i ma mnóstwo kolorowych spódnic, więc dostała haftowaną bluzkę i dużo drobiazgów, m.in. figurkę Matki Boskiej z Gwadelupy. Dla taty była butelka tequili. Jeszcze nie kosztował, trzyma na specjalną okazję. Rodzina jest mi potrzebna, tak jak przyjaciele. Kiedy widzę w komórce kilka nieodebranych połączeń z domu, wiem, że martwią się albo tęsknią. Teraz mam dużo pracy. Nie było mnie w Kielcach kilka miesięcy. Ale mój młodszy brat będzie miał bierzmowanie i nie ma takiej możliwości, żebym nie pojechała.

GALA: Nie wstydzi się pani tych Kielc w życiorysie?

EDYTA HERBUŚ.: Jestem dumna z mojego pochodzenia. Nie byłabym tym, kim jestem, gdyby nie moje Kielce! Nie są dla mnie prowincją.

GALA: Bo udało się pani przebić do wielkiego świata?

EDYTA HERBUŚ.: Czuję się przez to silniejsza. Pamiętam, kiedyś brałam udział w konkursie piękności w USA. Znalazłam się tam trochę przez przypadek, pojechałam z kilkoma Polkami na finał do Las Vegas. To był niesamowity widok: niegasnące światła, hotele, do których wpływa się gondolami, fontanny, które zamieniają się w wulkany... Wszystko się ruszało, świeciło, grało, wirowało. Konkurs był niesamowitym przeżyciem. Ale zorientowałam się, że to nie mój świat.

GALA: Dlaczego?

 

EDYTA HERBUŚ: Bo był sztuczny, napompowany sylikonem, nieprawdziwy. Dziewczyny się malowały, przebierały, przeglądały, przeżywały... Wszystkie miałyśmy wbite do głowy, żeby jak najlepiej się zaprezentować: uśmiechaj się, pokaż zęby i plastikowe policzki. Czułam się tam zagubiona. Zobaczyłam przez przypadek, że jest osobny konkurs talentów, gdzie Amerykanki chętnie się zapisywały. Poszłam z ciekawości sprawdzić, o co chodzi. Zobaczyłam, jak jedna z nich tańczy: machnęła dwa razy laseczką w lewo, dwa razy w prawo i zrobiła głęboki skłon do publiczności, która z zachwytu biła brawo. Adrenalina natychmiast uderzyła mi do głowy. Obudziła się ambicja: ja wam pokażę, co to znaczy mieć talent. Zapisałam się w ostatniej chwili, kupiłam w kiosku płytę Safri Duo, która kojarzyła mi się z szaleństwem...

GALA: I zaszalała pani.

EDYTA HERBUŚ.: (śmiech) Nie miałam czasu, by się przygotować. Emocje tak mnie rozsadzały, że tańcząc, chwilami wyprzedzałam superszybki rytm piosenki, jakbym wpadła w amok. Wygrałam, dostałam w nagrodę trochę dolarów i tygodniowy pobyt w najbardziej luksusowym hotelu. Powiedziałam: dziękuję, i wróciłam do domu. Przeżyłam fajną przygodę, ale czułam się tam obco.

GALA: Po takich doświadczeniach pewnie potrafi pani walczyć o role, nie czeka, aż reżyser zadzwoni z propozycją.

EDYTA HERBUŚ: Moją walką jest ciężka praca. Jeśli na czymś mi naprawdę zależy, potrafię dużo poświęcić i włożyć w to całe serce. Tak jest z aktorstwem. Wszystkie role dostałam po zdjęciach próbnych. Muszę być wystarczająco dobra, żebym została wzięta pod uwagę. Reżyserka Patrycja Hurlak zaproponowała mi udział w filmie „Małgosia kontra Małgosia”, bo zauważyła mnie w serialach. Choć marzyłam o głównej roli, odrzuciłam kilka propozycji. „Małgosia...” jest tym, czego szukam w scenariuszu. Zależy mi na wartościowym przesłaniu i inspirującej postaci, a taka właśnie jest moja bohaterka.

GALA: Jaka jest różnica między graniem w filmie a prowadzeniem programu telewizyjnego?

EDYTA HERBUŚ: Dzięki „Przebojowym dzieciom” uczę się telewizyjnej produkcji od kulis. W programie najważniejsze są dzieciaki. Robię wszystko, żeby pomóc im poradzić sobie z tremą. Zależy mi, by świetnie się bawiły, a telewidzowie mogli zobaczyć ich najlepsze wykonania. Dużo uczę się od Maćka Rocka. Z kolei dzięki graniu w serialach i filmach mam szansę poznać i analizować emocje, do których normalnie nie mam dostępu.

GALA: Podobno praca z dziećmi to dla aktora duże wyzwanie?

EDYTA HERBUŚ: Tak. I niesie za sobą wiele pozytywnych emocji. Dzieci potrafią wzruszać i rozładować każde napięcie. Niektóre urzekają mnie podczas rozmowy, np. interpretując słowa piosenki, opowiadając o planach na przyszłość lub o tysiącu zajęć, na które chodzą, mając zaledwie kilka lat. Czasami trafiają się prawdziwe „perełki”. Świetnie sobie radzą z wyjątkowo trudnym repertuarem i wówczas brakuje skali na oklaskomierzu...

GALA: Oprócz popularności dorobiła się pani czegoś w Warszawie?

EDYTA HERBUŚ: Popularności się nie dorobiłam, przyszła w konsekwencji mojej pracy. W Warszawie udało mi się stworzyć dom. Zawsze marzyłam o własnym mieszkaniu i to marzenie udało mi się spełnić. Jestem z tego dumna. Odkładam też pieniądze na przyszłość. Mam plany, które chciałabym zrealizować. Uwielbiam kupować prezenty rodzinie, przyjaciołom. Czasem sobie, w nagrodę.

GALA: Najtrudniejsza rzecz w dorastaniu?

EDYTA HERBUŚ: Kiedy jesteśmy młodzi i mamy okazję podjąć samodzielną decyzję nie słuchamy rad. Wydaje nam się, że wiemy najlepiej. Potem ponosimy konsekwencje i rozumiemy, jak bardzo się myliliśmy. Gorzko to smakuje. Tym bardziej że za niektóre decyzje płacimy potem bardzo długo.

GALA: Myśli pani o sobie pozytywnie?

EDYTA HERBUŚ: Jestem bardzo krytyczna wobec siebie. Jak oglądam rezultaty swojej pracy, zawsze narzekam: to źle, tam nie tak, tu mogło być lepiej (śmiech). Ale już nie potępiam siebie jak dawniej. Marysia Wałęsa nazywa to „katonką”. Chodzi o to, że człowiek ciągle się za coś katuje: a to zrobił źle, tam odezwał się nie tak i tak dalej. Pomyślałam, że czas sobie trochę odpuścić. W każdym doświadczeniu staram się skupiać na pozytywach i widzieć w nich szansę na rozwój.

GALA: Należy pani do pokolenia singli. Jest pani stworzona do samotności?

EDYTA HERBUŚ: Nie potrafię wyobrazić sobie życia bez miłości. Jestem szczęśliwa, gdy mam wokół siebie ludzi, ale nie będę budować żadnego związku na siłę. Dopóki nie znajdę właściwego partnera, będę sama. Niestety brakuje fajnych mężczyzn. Mam ważenie, jakby wszystkich zaraził wirus „ja”. Wszystko ma się kręcić wokół niego: on chce to, on ma taki plan, on woli tamto. Hola!? A gdzie ja?! Zapomniałeś mnie zapytać o zdanie!? Tacy mężczyźni mnie nie interesują.