Zawodowo znów jest na fali. W telewizji możemy oglądać ją u boku Roberta Gonery w „Determinatorze”, a już niebawem do kin wejdzie nowa komedia z jej udziałem –„Lejdis”, czyli kobieca odpowiedź na „Testosteron”. To dla niej ważne tematy. Mówi o nich z uśmiechem i pasją. Poważnieje, gdy rozmawiamy o jej życiu osobistym. „Nie da się przejść przez życie, nikogo nie krzywdząc. Nie da się nikogo nie zranić. Ale pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że najbardziej w życiu krzywdzę samą siebie. Doszłam w tym do perfekcji” – mówi. Przyznaje, że wciąż ma mnóstwo kompleksów i niskie poczucie własnej wartości. Mimo że jest uznawana za jedną z najładniejszych i najzdolniejszych polskich aktorek, sama nie uważa się za atrakcyjną. I wciąż dostrzega w sobie mnóstwo sprzeczności. Koledzy z planu opowiadają o „dwoistości” jej charakteru, ogromnym talencie, ale i emocjonalnych huśtawkach. Po kilku godzinach naszej rozmowy nie mam wątpliwości, że trzeba podkreślić jeszcze jedną jej cechę – niezwykłą wrażliwość.

GALA: Czy wierzysz w przyjaźń między kobietami?

EDYTA OLSZÓWKA: Niestety, nie do końca. Natomiast wierzę w męską przyjaźń. Uprawiałam szermierkę, na treningach byłam głównie w gronie chłopaków i widziałam, jak fantastyczne są ich relacje. Jeśli chodzi o kobiecą przyjaźń, jestem trochę nieufna. Między nami zawsze istnieje element zazdrości. Dochowywać tajemnic też nie umiemy.

GALA: Nie jesteś dobrą przyjaciółką?

EDYTA OLSZÓWKA: Chyba nie...

GALA: Po co więc kobiecie inne kobiety?

EDYTA OLSZÓWKA: Bo jednak nikt nas tak dobrze nie zrozumie jak druga kobieta. Rozmowy z kobietami to rozkładanie wszystkiego na czynniki pierwsze. A to takie przyjemne!

GALA: Co kobiety wnoszą w twój świat? Coś, czego nigdy nie dadzą mężczyźni?

EDYTA OLSZÓWKA: Sensualność. Wrażliwość. Ale dziewczyny nauczyły mnie też ostrożności. Tego, że nie można być szczerym do końca. Czasami ten brak zaufania zaczyna się już na etapie matka – córka.

GALA: Do czego są potrzebni mężczyźni?

EDYTA OLSZÓWKA: Uczą nas, jak być kobietami. Nie czują tak jak my, są innym światem. Ale to dzięki nim poznajemy siebie. Dzięki ich inności.

GALA: W „Lejdis”, gdzie grasz Łucję, wszystko kręci się wokół seksu.

EDYTA OLSZÓWKA: To nie jest film o seksie, lecz o miłości i zagubieniu. Wszyscy w tym filmie pragną miłości. A miłość ma niewiele wspólnego z popędem, z męskim narcyzmem.

GALA: Czym dla ciebie jest seks?

EDYTA OLSZÓWKA: Dla mnie przytulenie, pocałunek, wspólny śmiech może być erotyczny. Nie zawężam seksu tylko do orgazmu. Głaskanie po głowie ma dla mnie siłę namiętności. Sam seks jest fajny, ale przecież nie tylko o to chodzi.

GALA: A o co?

EDYTA OLSZÓWKA: O miłość. O to, żeby być z drugim człowiekiem, żeby stać się jednym. Jest świetna przypowieść hinduska, która to obrazuje. Para ma przeżyć noc poślubną. On puka do jej drzwi. Ona pyta: „Kto tam?”, a on odpowiada: „Ja”. I ona go nie wpuściła. Następnej nocy to samo. I tak kilka razy. Dopiero, gdy na pytanie „Kto tam?” mężczyzna odpowiedział: „Ty”, kobieta go wpuściła.

GALA: Bohaterowie twojego ostatniego filmu są bardzo rozerotyzowani.

EDYTA OLSZÓWKA: Świat jest dużo bardziej rozerotyzowany. Słyszałaś o doggingu? Ludzie spotykają się w parkach, żeby uprawiać seks, nie widząc swoich twarzy. Albo friendly sex. Nie czujemy nic do siebie, ale uprawiamy seks dla sportu.

GALA: Przeraża cię to?

EDYTA OLSZÓWKA: To jest nie do zatrzymania. Znak czasów. Mimo to wierzę w miłość. W erotykę, która zbliża ludzi.

GALA: Co to znaczy?

EDYTA OLSZÓWKA: Seks to ogromna energia. Może być doznaniem duchowym, ale może być siłą niszczącą. Siłą, która sprawia, że budzi się pokusa, żeby użyć drugiego człowieka. Bronię się przed tym. Nie chcę używać drugiej osoby, ale też sama nie chcę być używana.

GALA: Seks może być narzędziem. W ten sposób poniża się facetów.

EDYTA OLSZÓWKA: I jest tego przyczyna. Po prostu za długo byłyśmy ofiarami. Ale teraz kobiety nie są już tak bierne i bezbronne. Ważne, by partner wiedział, czego chcę i jak chcę. Mamy w ręku niesamowitą broń, dzięki której możemy upokorzyć faceta. I na pewno istnieje w nas wielka pokusa, żeby manipulować nimi poprzez seks. Możemy ukryć nasze pożądanie i możemy zawsze powiedzieć, że udawałyśmy orgazm. Ich to musi przerażać.

GALA: Wyobrażasz sobie życie bez erotyki?

EDYTA OLSZÓWKA: Nie. Podziwiam mnichów, ale sama nie nadawałabym się do klasztoru. Mnie pociąga wszystko co zmysłowe. Lubię seks. Czuję się inaczej, gdy jestem spełniona. Seks to dziedzina sztuki, która daje dużo radości.

GALA: Musisz lubić swoje ciało, skoro dwa razy pozowałaś dla „Playboya”.

EDYTA OLSZÓWKA: To nie było łatwe! Za pierwszym razem tak się przeraziłam, że gdy zakręcili mi wałki na głowie, wsiadłam do malucha i uciekałam, a za mną moja agentka z umową. Ale wróciłam i wspominam to bardzo dobrze. Pomogło mi to w odblokowaniu się.

GALA: Nie czułaś się zażenowana?

EDYTA OLSZÓWKA: Nie. Rajcowało mnie, że mogę kogoś podniecać.

GALA: Nie przeszkadza ci, że ktoś może się przy twoich zdjęciach masturbować?

 

EDYTA OLSZÓWKA: Nie mam z tym problemu. Masturbacja nie jest niczym złym. Musisz najpierw sama poznać swoje ciało, żeby wiedzieć, czego potrzebujesz. Dla mnie to naturalne. Ciało jest piękne, seksualne i służy do osiągania przyjemności.

GALA: Podobno każdego faceta prędzej czy później dopada kryzys wieku średniego i w związku z tym musi wymienić żonę na młodszy model.

EDYTA OLSZÓWKA: Mężczyźni mają nad nami tę przewagę, że w połowie życia mogą wszystko zacząć od początku. My chyba nie.

GALA: To, co przydarzyło się tobie i Piotrowi Machalicy, może być tak oceniane. Byłaś tą młodszą...

EDYTA OLSZÓWKA: Ja i Piotr to wielka miłość i wielka przyjaźń. Jedno z piękniejszych spotkań w moim życiu. Tyle.

GALA: Starość cię przeraża?

EDYTA OLSZÓWKA: Tak. Rzadko widzę uśmiechniętych staruszków. Dlatego sfera ducha to jest mój wentyl bezpieczeństwa. Wtedy nie myśli się o ciele. Nie chcę być zaszczuta myśleniem o tym, jak wyglądam, nie chcę pędzić za wieczną młodością.

GALA: Komedia „Lejdis” ma podtytuł: „amoralna”. Coś w ogóle może być amoralne w dzisiejszych czasach?

EDYTA OLSZÓWKA: To jest gra słów. „Komedia amoralna” może równie dobrze znaczyć „komedia o miłości”, czyli pochodząca od Amora. Na plakatach „Lejdis” litery „amor” w słowie „amoralna” są zresztą innego koloru, by tę dwuznaczność podkreślić. A co do amoralności dzisiejszych czasów? Nie wiem... Hierarchie wartości się zmieniły. U mnie miłość zawsze stoi na pierwszym miejscu.

GALA: Miłość? W filmie mówi się, że „miłość to niewola, płacz i zgrzytanie pochwy”.

EDYTA OLSZÓWKA: Korba, jedna z Lejdis grana przez Anię Dereszowską, ma powody, by tak mówić, bo została w młodości bardzo skrzywdzona. Natomiast moja bohaterka Łucja jest naiwna i wierzy w miłość. Ona jest jak „czysta, żywa wełna”. Tak jak ja zresztą.

GALA: Jesteś naiwna?

EDYTA OLSZÓWKA: Idę za uczuciem, wpadam w nie po uszy. Nie stać mnie na wyrachowanie. Ale mam już swoje lata, dużo przeżyłam i nie dam się tak łatwo oszukać. Tak jak Łucja wierzę, że marzenia się spełniają. Sama jestem tego najlepszym przykładem. Marzyłam o zawodzie aktorki. To źródło mojego szczęścia i satysfakcji. Trzeba pójść za głosem serca.

GALA: Definicja miłości?

EDYTA OLSZÓWKA: Wrażliwość na drugiego człowieka. Duchowa bliskość, szacunek dla drogi, którą sobie wybrał. Żeby było mu dobrze, żeby czuł się spełniony.

GALA: Ja bym to nazwała poświęceniem, nie miłością.

EDYTA OLSZÓWKA: Jest cienka granica między miłością i poświęceniem. Każdy kat szuka ofiary, ale i ofiara szuka kata. Przerobiłam już ten schemat. Ważne, by umieć się z tego wyzwolić. Sama teraz pracuję nad tym, żeby nauczyć się kochać siebie. Jeśli nie nauczymy się kochać siebie, nie pokochamy drugiej osoby. Ale w miłości ważne jest też, by pozwolić partnerowi realizować jego cele. Towarzyszyć mu w tym i wspierać.

GALA: Ten film powiela stereotyp, że kobieta musi sobie w końcu znaleźć faceta, bo inaczej jest nieszczęśliwa. Że lekarstwem na wszystkie nasze paranoje jest mąż i rodzina.

EDYTA OLSZÓWKA: W moim przypadku tak jest. Mnie potrzebny jest mężczyzna. Chcę się dzielić z kimś moim życiem, smakować je, razem oglądać piękne rzeczy. Mam silną potrzebę bliskości. Czasami czuję się okropnie samotna, mimo że wokół mnie jest tylu ludzi. Potrzebuję takiej wyjątkowej relacji.

GALA: Znasz szczęśliwe samotne kobiety?

EDYTA OLSZÓWKA: Te, które znam, najczęściej są skazane na samotność, a nie ją sobie wybrały. Do szczęścia potrzebny nam drugi człowiek. Rodzimy się i umieramy zawsze sami, ale w związku ta samotność jest chyba mniej dotkliwa. Może Łucja podświadomie chce być zdradzana? Może potrzebne jest jej to doświadczenie, żeby dojrzała do nietoksycznego związku?

GALA: Ty też potrafisz krzywdzić?

EDYTA OLSZÓWKA: Nie da się przejść przez życie, nikogo nie krzywdząc. To jest niemożliwe. Trzeba zbłądzić, żeby nauczyć się odróżniać, co jest dobre, a co złe. Nie da się nikogo nie zranić. Ale wiesz co ci powiem? Pewnego dnia zorientowałam się, że najbardziej w życiu krzywdzę samą siebie. Doszłam w tym do perfekcji.

GALA: Co przez to rozumiesz?

EDYTA OLSZÓWKA: Z natury jestem typem autodestrukcyjnym. Zabijam siebie, źle o sobie myśląc. Na planie „Lejdis” uważałam, że jestem beznadziejna. Bo im bardziej mnie chwalą, tym bardziej podejrzewam, że to spisek.

GALA: Aż dziwne, że z tak niskim poczuciem własnej wartości tyle osiągnęłaś.

EDYTA OLSZÓWKA: A co ja takiego osiągnęłam?!

GALA: Edyta, nie kokietuj!

EDYTA OLSZÓWKA: Nie myślę o sobie w kategoriach „zdolna i piękna”. Jestem człowiekiem, który ma ze sobą duży problem. Marzę o tym, żeby o sobie powiedzieć: „Edyta, jesteś OK”. Dlatego nie chcę, żeby stawiano mnie na piedestale. Bo na pewno nie spełnię tych oczekiwań. Nie jestem superproduktem.

GALA: Mówi się, że dziewczyny nie mogą sobie ułożyć życia z facetami, bo miały niedobre relacje z rodzicami. Masz takie doświadczenia?

EDYTA OLSZÓWKA: To zaklęty krąg. Ponosimy konsekwencje dzieciństwa w dorosłym życiu. Ale nasi rodzice też są tacy, bo mieli swoich rodziców, swoje dzieciństwo. Ważne, żeby przerwać łańcuch toksycznych relacji. Żyć świadomie.

GALA: Co nosisz w sobie z dzieciństwa?

EDYTA OLSZÓWKA: Takie sprawy załatwia się latami w zaciszu gabinetów psychoterapeutycznych.

GALA: Kino często wyśmiewa wizerunek psychoterapeuty, np. Woody Allen.

 

EDYTA OLSZÓWKA: Z lęku. Bo to poważna sprawa. Chodzi o zasadnicze pytanie: jaki jest sens mojego życia? Więc rozglądam się tak po świecie i pytam: Komu ja tu jestem potrzebna?

GALA: Jak brzmi odpowiedź?

EDYTA OLSZÓWKA: Sobie! Jestem potrzebna sobie. Żeby się sobą zaopiekować, żeby siebie zaakceptować. Bo to życie tak szybko mija...

GALA: Czujesz się wolna jako kobieta?

EDYTA OLSZÓWKA: Nie czuję, że jest mi mniej wolno niż facetom. Zawsze chodziłam swoimi drogami i nikt mi niczego nie narzucał. Feministką się nie czuję, ale uwielbiam feministyczne zdanie, że „grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam, gdzie chcą”.