GALA: Panuje opinia, że aby dostać dobrą posadę w Hollywood, trzeba przejść przez wiele łóżek...

EDYTA ŚLIWIŃSKA: Jeśli pytasz, przez ile łóżek przeszłam, to cię rozczaruję. Nie spałam z nikim z Hollywood oprócz mojego męża. Czasy się zmieniły, przespanie się z kimś nie wystarcza. Kiedyś było łatwiej zrobić karierę przez łóżko, obecnie w Hollywood jest wiele pięknych blondynek z bujnym biustem, które nie robią kariery. Nie są wystarczająco interesujące ani zdolne.

GALA: Skoro mowa o sztucznych biustach, ile miałaś operacji plastycznych?

EDYTA ŚLIWIŃSKA: Nie miałam żadnej. Ale kiedy będę miała około pięćdziesiątki, może zrobię sobie botoks czy inną odmładzającą kurację. Na pewno nie pójdę pod skalpel, by zmienić swoją twarz czy figurę.

GALA: O figurę ty akurat nie musisz się martwić...

EDYTA ŚLIWIŃSKA: Nigdy nie miałam kłopotów z nadwagą. Tańczę od dziesiątego roku życia. Po dwóch latach z moim partnerem zdobyliśmy mistrzostwo Warszawy. Potem były turnieje krajowe i zagraniczne.

GALA: Taniec to dosyć drogie hobby. Pochodzisz z bogatej rodziny?

EDYTA ŚLIWIŃSKA: Przeciwnie. Mam dwie siostry i brata. Mama była kucharką, ale głównie zajmowała się nami. Tata utrzymywał dom, pracował w firmie transportowej. Mimo że było im ciężko, niczego nam nie brakowało. To rodzice opłacali mi bardzo kosztowne lekcje z zagranicznymi instruktorami, większość pieniędzy wydawali na mnie. Jestem wdzięczna mojemu rodzeństwu, że to rozumiało.

GALA: Pamiętasz swój pierwszy turniej?

EDYTA ŚLIWIŃSKA: Do końca życia nie zapomnę sukienki, w której zatańczyłam. Uszyła ją koleżanka mamy. Krawcowa amatorka. Pamiętam, że sama ją projektowałam. I nie wyglądała gorzej od drogich kreacji, które miały na sobie inne dziewczynki. Kiedy miałam 15 lat, zaczęłam pracować, by odciążyć rodziców. Roznosiłam ulotki po Warszawie. Nie cierpiałam tego. Ciężka praca i słabo płatna. Wreszcie za namową koleżanki mamy zaniosłam swoje zdjęcia do agencji modelek. Przyjęli mnie. Zarabiałam występami w reklamach, m.in. jogurtu i samochodów. Wszystkie pieniądze wydawałam na lekcje tańca.

GALA: Tęsknisz za rodziną w kraju?

EDYTA ŚLIWIŃSKA: Bardzo. Mama i siostry to moje najlepsze przyjaciółki. W Polsce staram się być trzy razy w roku, jeśli się nie udaje, to ktoś z bliskich przylatuje do Los Angeles. W tym roku nie spędziłam świąt z rodziną i była to najgorsza Gwiazdka w moim życiu. Miałam straszną chandrę, nic mnie nie cieszyło. Moi bliscy dają mi ogromną życiową energię, poczucie bezpieczeństwa. W Los Angeles życie jest nerwowe i szybkie. Na nic się nie ma czasu.

GALA: Nawet na miłość?

EDYTA ŚLIWIŃSKA: Z miłością zdążyłam. Mam szczęście, że mój mąż Alek też jest tancerzem. Tak jak ja bierze udział w amerykańskiej edycji „Tańca z gwiazdami”. Dzięki temu non stop jesteśmy razem. W Hollywood 80 procent małżeństw się rozwodzi, bo ludzie nie mają dla siebie czasu Gdybyśmy razem nie pracowali, pewnie już dawno nie bylibyśmy małżeństwem.

GALA: To była miłość od pierwszego wejrzenia?

EDYTA ŚLIWIŃSKA: Nie. Poznaliśmy się na turnieju tańca w Anglii. Szukałam partnera, on też nie miał z kim tańczyć. Przez godzinę tańczyliśmy razem w małej salce, dobrze nam wychodziło. Postanowiliśmy spróbować. Przyjechałam do Stanów na trzy miesiące. Obiecałam sobie, że jeśli nam nie wyjdzie, rzucę taniec, wrócę do Polski i dalej będę studiować historię na Uniwersytecie Warszawskim.

GALA: Ale nie wróciłaś?

EDYTA ŚLIWIŃSKA: Bo się zakochałam. Alek jest nie tylko świetnym tancerzem, ale też przystojnym mężczyzną. Mimo to broniłam się przed tym uczuciem. Nie chciałam łączyć życia prywatnego z zawodowym. Na początku nie było mi łatwo. Nie znałam dobrze angielskiego, więc mieliśmy kłopoty z komunikacją. Na treningach krzyczeliśmy na siebie. Byłam bardzo sfrustrowana. Nie miałam w Alku żadnego wsparcia. Był zamkniętym w sobie mrukiem. Potem przyznał, że podobnie jak ja bronił się przed uczuciem. Skapitulował po roku, kiedy zobaczył, że jestem bliska wyjazdu do Polski. Po sześciu latach znajomości wzięliśmy ślub w San Francisco. Na uroczystość przyleciała z kraju cała moja rodzina.

GALA: Jak zazwyczaj wygląda twój dzień w Los Angeles?

EDYTA ŚLIWIŃSKA: Jeśli nagrywamy „Taniec z gwiazdami”, wychodzę z domu o ósmej rano, wracam o północy. Kilkugodzinne próby, przymiarki kostiumów, sesje zdjęciowe i przyjęcia promocyjne, na których musimy się pokazywać. Po zakończeniu programu wyruszamy zwykle na trzymiesięczne tournée po Stanach i Kanadzie. Kocham swoją pracę, ale czasami jestem bardzo zmęczona.

GALA: Którego partnera z „Tańca z gwiazdami” wspominasz najmilej?

 

EDYTA ŚLIWIŃSKA: Lubię aktora George’a Hamiltona. Jest przesympatyczny, bardzo zabawny. Mimo że ma ponad siedemdziesiąt lat, wciąż jest pełen energii. Pięściarz Evander Holyfield na próbach miał huśtawki nastrojów. Czasami nic nie mówił. Innym razem opowiadał historię swego życia przez kilka godzin. Z innych gwiazd naszego show zakolegowałam się ze Spice Girl, Mel B. Ona jest typową gwiazdą Hollywood. Prawie w każdą noc szaleje w klubach w Los Angeles. Bryluje na przyjęciach. Byliśmy na jej urodzinach wyprawionych z wielką pompą. Były sztuczne ognie, magicy i około trzystu gości. Jej przeciwieństwem jest była żona Elvisa Priscilla Presley. Jest starszą panią z klasą, odnosi się do ludzi z dystansem. Zaś aktorka Jane Seymour zawsze była bardzo otwarta. Przed każdym show dawała nam małe upominki na szczęście.

GALA: Udział w polskim „Tańcu z gwiazdami” wiąże się z dobrymi zarobkami. Jaką ty masz pensję?

EDYTA ŚLIWIŃSKA: Mogę powiedzieć tylko tyle, że dostaję dobre pieniądze. Jako tancerze zarabiamy też, występując na bankietach, w reklamach telewizyjnych. Mam za sobą debiut aktorski. Zagrałam nauczycielkę tańca z Manhattanu w serialu kryminalnym „CSI: NY”. Wydaliśmy też z Alkiem DVD z lekcjami tańca. Nie jest źle.