Marcin Mroziński czy Martin Fitch?

Wyprowadziłem się do Londynu 2 lata temu. Zacząłem wszystko praktycznie od nowa. Potrzebowałem innego, świeższego spojrzenia na siebie jako artystę, tego kim jestem i co chcę sobą powiedzieć. Nowy pseudonim artystyczny, który przyjąłem dał mi poczucie nowego startu. Nie wstydzę się tego, co do tej pory zrobiłem, bo jestem wdzięczny losowi za wszystko co mi dał, ale zrozumiałem też czego wreszcie chcę od życia.

W takim razie czego Martin Fitch chce?

Wyjechałem do Londynu, bo to było zawsze moje ulubione miasto. Tutaj nie ma nudy, poprzeczka jest postawiona bardzo wysoko, a ja lubię wyzwania. Ten rynek był zawsze taką  nieosiągalną twierdzą z grubym murem nie do przebicia, a ja postanowiłem ten mur przebić. To miasto bardzo mnie zainspirowało i odnalazłem tu wreszcie prawdziwego siebie. Zacząłem spełniać się artystycznie i pisać własne utwory. Poznałem niesamowitych ludzi, z którymi pracuję aktualnie nad moją debiutancką płytą. Kompletnie przypadkiem poznałem producenta, który współpracował z Ed'em Sheeranem, czy choćby Sonique, a teraz współpracuje ze mną. Płytę nagrywam dwujęzycznie i polskie teksty piszę wraz z niesamowitą Luizą Staniec, autorką m.in. hitu Eweliny Flinty „Żałuję”. 

Więc jednak wybrałeś muzykę. Skąd w takim razie wzięła się więc Twoja pasja do aktorstwa?  

Od dziecka byłem aktorem. Komediowym bardziej niż dramatycznym. Rodzina do tej pory wspomina moje występy w pokoju, jak to odgrywałem wszystkie reklamy telewizyjne w formie parodii. Później, w trakcie szkolnych lat obskoczyłem chyba wszystkie możliwe konkursy recytatorskie. Nie wiem skąd to przeświadczenie, że aktorstwo to jest moja przyszłość, ale faktycznie poszedłem do Akademii Teatralnej na egzaminy wstępne, studia skończyłem i zostałem dyplomowanym aktorem.

Ale nadal coś ciągnęło Cię w stronę muzyki.

Znalazłem taki złoty środek. Na 3. roku studiów wygrałem casting do musicalu „Upiór w operze” w Teatrze Muzycznym Roma i połączyłem dwie pasje w jedno. Później był „Boyband”, gdzie musiałem jeszcze nauczyć się tańczyć, co było piekielnie trudne, bo mama zawsze twierdziła, że mam dwie lewe nogi, ale dałem radę. Zagrałem łącznie w 6. musicalach. Ale obudziłem się pewnego dnia zastanawiając się kim tak naprawdę jestem i czego ja w sumie chcę. Wtedy odszedłem z teatru i wyjechałem z kraju.

Teatr Roma to ważny epizod Twojego życia.

Ba, jeden z najważniejszych! To 5 lat mojego życia artystycznego. Angaż w teatrze jeszcze w trakcie studiów, to marzenie każdego studenta aktorstwa. Co wieczór byłem na scenie, grałem dla dziesiątek tysięcy osób. Na studiach musiałem wyżyć za 750 zł miesięcznie, które dostawałem od moich rodziców emerytów, mieszkanie w Warszawie pochłaniało 3/4 tej sumy, a tu nagle miałem normalną pełnopłatną pracę i mogłem zapraszać moich kolegów ze studiów na sushi. Pieniądze, życie na innym poziomie i w pewnym momencie poczułem się zbyt bezpiecznie. Myślę, że w zawodzie aktora nie ma nic gorszego niż poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Jestem typem osoby, która uwielbia wyzwania i nie boi się zaczynać od nowa.

Wyjechałeś w najlepszym dla siebie czasie. Twoja kariera dopiero zaczynała nabierać rozpędu.

Nie przesadzajmy. Było mi w Polsce dobrze, nie narzekałem na za dużo wolnego czasu. Ale było jeszcze bardzo dużo przede mną. Zaryzykowałem i postawiłem wszystko na jedną kartę. Zrobiłem sobie mały rachunek sumienia i zadałem sobie pytanie, „jak nie teraz, to kiedy?”. Nic mnie nie trzymało na miejscu, nie miałem kredytu do spłacania. Co miałem do stracenia?

Nie chciałbyś powrócić do tamtych czasów?

Trudne pytanie. Wybór pomiędzy muzyką, a aktorstwem nie należał do najłatwiejszych. Wyprowadzając się do Londynu podjąłem decyzję, że skupiam się na tworzeniu własnej muzyki. Przyznam, że do tej decyzji musiałem dojrzeć. Kiedyś nie stać mnie było na artystyczny ekshibicjonizm emocjonalny. Dziś jestem bardziej otwarty na to co mnie boli, co kocham. Chcę to wyrażać, chcę opowiadać swoje historie przez moje utwory.

Nadal jednak bierzesz udział w castingach i pracujesz w telewizji.

W Londynie jest mnóstwo castingów do musicali, na które od czasu do czasu chodzę. Bardziej dla poczucia, że wciąż muszę o coś walczyć, niż samej chęci zagrania w musicalu. Na początku nikt nie traktował mnie tutaj poważnie. Polskie imię i nazwisko bardziej przeszkadza, niż pomaga, stąd zmiana z Marcina Mrozińskiego na Martin Fitch okazała się wizerunkowym strzałem w dziesiątkę. Natomiast poznaję dużo ciekawych ludzi. Tutaj na castingi przychodzi tysiące osób, w Polsce setki. Tutaj każdy tańczy, śpiewa, gra i jeszcze super wygląda. To daje mi siłę, widząc tych młodych, utalentowanych ludzi, tę ich pasje. Widzę siebie z czasów szkoły i pozwala mi to na nowo odkryć determinację w dążeniu do celu.

Ostatnio nawet w polskich mediach było głośno o tym, że wystąpiłeś u boku ulubionego komika Brytyjczyków w programie „Through the keyhole”?

Produkcja programu odnalazła mój profil aktorski na jednej z angielskich stron castingowych i zaprosili mnie na przesłuchania. Tajemnicą było, co to za casting, chodziło tylko o program w najlepszym czasie antenowym w sobotę u boku jednej z największych gwiazd Wielkiej Brytanii. Dostałem tę rolę i pojawiłem się w programie u boku Keitha Lemona. Faktycznie jest on jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy na wyspach. Po programie zostałem zaproszony na spotkanie z producentem, ale więcej nic nie mogę zdradzać.

Nawet trochę? 

Nawet odrobinę. Nie mogę o tym mówić. Ale za to mogę się pochwalić, że od przyjazdu zagrałem tutaj już w trzech filmach. W tym jedną główną rolę. Tak w ramach podtrzymywania mojego aktorskiego hobby.

Gratulacje. A jak wspominasz Eurowizję?

Fantastycznie. Wspaniała przygoda. W jednym momencie 180 milionów widzów ogląda Twój występ. Przerażające, a z drugiej strony niezapomniane. Choć przyznam szczerze, że ze stresu mało pamiętam z samego występu.

Miałeś tremę?

Straszną! Dałem z siebie wszystko. Nie jestem zadowolony z występu, dużo rzeczy bym zmienił, poprawił. Ale było minęło. To już przeszłość i całkiem interesująca pozycja w moim CV. 

Ale z tego co pamiętam, to miałeś z TVP konflikt po Eurowizji.

Byłem młody i głupi. Niepotrzebnie się uniosłem, chciałem za wszelką cenę wyrzucić z siebie negatywne emocje, powiedzieć wszystkim, że byłem sam i nikt mnie nie wspierał, tak jak to sobie wyobrażałem, że będzie. Ale tak jak mówię, było minęło. Bardzo się cieszę, że TVP zmieniło też nastawienie do tego konkursu. Widzę jak bardzo się teraz starają zapewnić polskim reprezentantom wszelką możliwą pomoc i wsparcie. Doceniam i cieszę się, że nadal mogę z nimi współpracować chociażby w programie „Jaka to melodia?”.

No właśnie. Nie odciąłeś się jednak od Polski tak całkowicie?

A dlaczego miałbym się odcinać? To przecież mój kraj. Jestem dumny z tego skąd pochodzę. Od kilku lat pojawiam się jako gość muzyczny w programie „Jaka to melodia?”. Nie wiem czy wolno mi zdradzać, być może mnie za to uduszą, ale program przejdzie poważną metamorfozę i zyska nowy wygląd już niedługo, a i będzie nagrywany w najnowszej technologii HD. Poza tym prowadzę też od lat programy dla stacji Cartoon Network. Więc od 16 października drugi już sezon programu „Ekspedycja Cartoon Network”. Nigdy nie uśmiałem się tak, jak podczas nagrywania odcinka z Iloną Ostrowską. Ta kobieta, to jest totalne tornado. Zresztą polecam obejrzeć, bo jej drużyna też totalnie mnie zmiażdżyła.

Zastanawia mnie tylko, dlaczego dopiero teraz chcesz wydać płytę, czy nie uważasz, że będzie Ci trudniej?

Trudniej? Świetnie! Nie chodzi o to, by było łatwo. Przekraczam magiczny próg, za chwilę będę miał 30 lat i dopiero teraz mogę spojrzeć w lustro i powiedzieć, że jestem gotowy. Rynek się zmienia, jest dużo młodych, świetnych artystów w Polsce. Ale mnie się nie śpieszy, nikt mnie nie pogania. Uważam, że jeżeli muzyka jaką się tworzy i utwory, które się śpiewa są zgodne ze swoim prawdziwym JA, to nie ma ograniczenia wieku, wyglądu, rasy. Chcę być uczciwy w stosunku do moich odbiorców i chcę im opowiedzieć część swojego życia, podzielić się swoimi emocjami. Wcześniej nie byłem na to gotowy.

Płyta jak wspomniałeś będzie dwujęzyczna?

Postanowiłem właściwie wydać dwie wersje płyty, polską i angielską. Uważam, że w taki sposób będę mógł pogodzić pracę w Polsce i w Wielkiej Brytanii.

Czy to znaczy, że nie chcesz wracać do Polski?

Nie mówię nie. Zacząłem tu życie dwa lata temu całkowicie od nowa. Tutaj nauczyłem się siebie. Bywają lepsze i gorsze dni, jak wszędzie. Ale nie wiem, co życie przyniesie. Nie chcę oczekiwać i planować, wolę być mile zaskoczony. To jest takie moje motto życiowe. I staram się je stosować w każdym aspekcie życia.

Nie jesteś pierwszym Polakiem próbującym zrobić karierę w Wielkiej Brytanii.

Na każdym rogu spotykam Polaków. Mogę teraz z innej perspektywy spojrzeć na to, jak ciężko tak naprawdę jest zostawić wszystko i wszystkich za sobą i budować swoją przyszłość  w innym kraju. Jak bardzo stereotypowo postrzegani jesteśmy przez Brytyjczyków, jak ciężko musimy pracować na to, by pokazać im, że nie przyjechaliśmy tu po zasiłki, ani kraść.

Nie aż tak wiele polskich gwiazd próbowało swoich sił w Anglii. Edyta Górniak na początku swojej kariery, czy ostatnio Tatiana Okupnik. Nikt nie daje jednak gwarancji, ale dopóki sam nie spróbuję, to nie będę wiedzieć, czy było warto.

Tęsknisz jeszcze za Polską?

Tęsknie za rodziną, przyjaciółmi. Tęsknie za malowniczością naszego kraju. Patrząc z dystansu mam obraz Polski, która stale się rozwija i na nowo definiuje swoją obecność w świecie. Imponuje mi to, że jesteśmy narodem, który o siebie walczy. Nie tęsknię za mentalnością.  Przykro mi, jeśli ktoś próbuje na siłę szukać dziury w całym, twierdząc, że nasz kraj jest w ruinie. Poza tym jakoś tak chyba mamy, że lubimy narzekać i zawsze znaleźć powód do bycia nieszczęśliwymi, najczęściej zrzucając winę na innych. W Anglii ludzie też narzekają, ale są dla siebie przy tym trochę  życzliwsi.