GALA: Gwiazd na tegorocznym festiwalu zatrzęsienie: Kwiecień, Watkins, Mutter, Buchbinder. Z jakim wyprzedzeniem pozyskuje się artystów tej miary?

ELŻBIETA PENDERECKA: Z Anne-Sophie Mutter zaczęłam rozmawiać przed czterema laty, gdy występowała w Warszawie z ówczesnym mężem sir André Previnem. Spytałam o termin, powiedziała: „Za cztery lata”, i słowa dotrzymała. Ze wspaniałym barytonem, artystą Metropolitan Opera Mariuszem Kwietniem, uzgodniliśmy występ ponad półtora roku temu. W Polsce zaśpiewa pierwszy recital, a będą to pieśni Beethovena, Schumanna, Ravela i Karłowicza, bo w tym roku przypada 100-lecie śmierci Karłowicza. Każdy z artystów, który występuje na naszym festiwalu, ma zapełniony kalendarz na kilka lat naprzód.

GALA: Rok 2009 to niezwykły zalew okrągłych rocznic.

ELŻBIETA PENDERECKA: To 200. rocznica śmierci Haydna, 250. – śmierci Händla, 200. – urodzin Mendelssohna, którego „Humboldt Kantate” odkryto niedawno w Niemczech. Napisana przez młodziutkiego kompozytora na cześć wielkiego przyrodnika Humboldta, będzie u nas wykonana po raz pierwszy w Polsce, a trzeci na świecie! Proszę sobie wyobrazić, powstała z okazji wielkiego zjazdu przyrodników w Berlinie w 1829 roku, na którym rozmawiano o... katastrofie klimatycznej! 180 lat minęło, a temat jest wciąż aktualny.

GALA: Twardo negocjuje się z największymi artystami? Trudno sprostać wymaganiom, żądaniom, kaprysom?

ELŻBIETA PENDERECKA: Z jednymi łatwo, z innymi trudno, ale obowiązują mnie tajemnice negocjacji. My ze swojej strony dbamy o to, by dowiedzieć się, co artysta lubi zjeść przed koncertem lub w przerwie. Na życzenie Anne-Sophie Mutter sprowadzamy specjalne płatki zbożowe, specjalne banany i specjalne mleko. Ale to nic w porównaniu z długimi, żmudnymi, męczącymi negocjacjami, nie tyle z Plácido Domingo, ile z jego menedżerami. Choć zdecydowanie najtrudniejszy przypadek to Jessye Norman, której kontrakt zawierał nieskończoną ilość warunków, poczynając od koloru kwiatów w garderobie przez kolor chusteczek do nosa po precyzyjne informacje, co je i pije.

GALA: Przyjaźń z artystami ułatwia czy utrudnia negocjacje?

ELŻBIETA PENDERECKA: Ułatwia. Tak było z Anne-Sophie Mutter. Znam ją od debiutu w wieku 13 lat, gdy grała z orkiestrą Filharmoników Berlińskich pod batutą Herberta von Karajana, a potem mój mąż skomponował specjalnie dla niej II koncert skrzypcowy „Metamorfozy” i II Sonatę na skrzypce z fortepianem.

GALA: Festiwal to wielkie przedsięwzięcie logistyczne.

ELŻBIETA PENDERECKA: Dwadzieścia kilka koncertów w Warszawie, kilkanaście w kraju, konferencje prasowe w tych miastach. Dla mnie festiwal właściwie zaczyna się miesiąc wcześniej. Osobiście sprawdzam zaproszenia, przygotowuję listy powitalne dla wszystkich artystów, sama je piszę i podpisuję.

GALA: Są sprawy od człowieka niezależne. Nawet największy artysta może się poślizgnąć albo zaziębić. Co wtedy?

ELŻBIETA PENDERECKA: Kilkakrotnie musieliśmy znaleźć zastępstwo w ciągu 24 godzin! Na przykład przedostatniego dnia na próbie okazało się, że śpiewaczka, która przez kilka dni nie wychodziła z hotelowego pokoju, straciła głos. Do dzisiaj nikt z nas nie wie, czy przyczyną było zaziębienie, strach przed bardzo trudną partyturą czy blokada psychiczna. Na szczęście solistka występująca poprzedniego dnia, która miała w repertuarze Mahlera, mogła pozostać dzień dłużej. Owszem, ryzyko jest niemałe, a stres ogromny.

GALA: Zaprosiła pani w tym roku księżniczkę Karolinę z mężem. Tym samym festiwal muzyki klasycznej stał się też wydarzeniem towarzyskim.

ELŻBIETA PENDERECKA: Najpierw zaprosiłam znakomitą orkiestrę filharmoników z Monte Carlo z dyrygentem Yakovem Kreizbergiem i solistą Larsem Vogtem, którzy będą po raz pierwszy w Polsce. Dopiero potem postanowiłam zwrócić się do księżniczki Karoliny i jej męża Ernesta Augusta, czy nie zaszczyciliby swoją obecnością koncertu. To wprawdzie wizyta prywatna, ale księżna będzie przyjęta przez pierwszą damę RP Marię Kaczyńską. A w przyszłym roku prawdopodobnie z oficjalną wizytą przyjedzie książę Albert, brat księżniczki Karoliny.

GALA: Mamy kryzys. Gwiazdy o nim wiedzą?

ELŻBIETA PENDERECKA: Kryzys nie ma wpływu na melomanów, artyści poproszeni o kilkuprocentowe zniżki – z chęcią przystali, ale sponsorzy, w dużej części, się wycofali. Wysoka kultura bez mecenatu państwa nie istnieje. Tak było za czasów Bacha, Mozarta i Beethovena, tak jest dzisiaj. Wysoka kultura kosztuje, ale i promuje kraj.

GALA: Pięć lat temu przeniosła pani festiwal z Krakowa do Warszawy. To była dobra decyzja?

ELŻBIETA PENDERECKA: Czuję się w Warszawie znakomicie. Jestem szczęśliwa, że festiwal cieszy się tu ogromnym zainteresowaniem, mamy coraz więcej młodzieży. Nie wiem, czy istnieje snobizm na bywanie na festiwalach muzyki klasycznej, ale jeśli dzięki niemu można pozyskać ludzi, którzy w innych okolicznościach nie przyszliby na koncert, to jest to snobizm pozytywny. I oby tak dalej.