Niebieska sukienka od Rebecki Taylor, wieczorowy makijaż i eleganckie szpilki. Eva Longoria wygląda, jakby wybierała się na ceremonię wręczenia Oscarów. Jednak jest coś, co odwraca uwagę od jej wspaniałego wyglądu. Mały, dziecięcy, kolorowy kocyk, który narzuciła sobie na ramiona. Kiedy kupowała go w hotelowym sklepiku, paparazzi szeptali między sobą, że jest w ciąży. Mówię jej o tym zaraz po przywitaniu. „Jutro pewnie przeczytamy o tym w tabloidach” – śmieje się w odpowiedzi. „Eva Longoria spodziewa się dziecka. Już kompletuje wyprawkę”.

GALA: Popularność ma nie tylko dobre strony.

EVA LONGORIA: Niestety. Życie w Hollywood przypomina fi lm dokumentalny albo reality show. Wszędzie, gdzie się ruszysz, ktoś robi zdjęcie czy nagrywa wideo. I wszyscy wszystko o tobie wiedzą. Jaką herbatę pijasz, gdzie robisz zakupy. Kiedy spotykam się ze znajomymi z branży, mogę im złożyć życzenia urodzinowe albo pogratulować kupna nowego samochodu. Wiem o tym nie dlatego, że tak dobrze się znamy i mamy regularny kontakt, tylko dlatego, że właśnie napisali o tym w gazecie.

GALA: To działa w obie strony.

EVA LONGORIA: Nie do końca. Nigdy nie dostałam życzeń od George’a Clooneya. Mam wrażenie, że wciąż jest we mnie dużo z fanki gwiazd. Kiedy widzę Clooneya, mam ochotę piszczeć jak reszta kobiet. Zapominam, jak się nazywam, nie jestem w stanie powiedzieć słowa. Chciałabym też poznać Johnny’ego Deppa. To najlepszy aktor na świecie. Jego mogłabym nawet poprosić o autograf. Na planie „Strażnika” pracowałam z Kim Basinger. Była dla mnie ikoną. W pierwszej chwili nie wiedziałam, jak się zachować. Zaprzyjaźniłyśmy się, ale to bardziej relacja mistrz – uczeń niż równorzędna. To wspaniała kobieta. Mam do niej duży szacunek.

GALA: Wspominasz jeszcze normalne życie?

EVA LONGORIA: Tęsknię za Halloween i zabawą z siostrzenicami. Tego dnia chodziłyśmy po domach w okolicy i prosiłyśmy o słodycze. Teraz musiałabym się przebrać za czarownicę, żeby nie wzbudzać sensacji. Na studiach pracowałam w sieciowym barze z hamburgerami. Przez długie cztery lata. Wtedy była to dla mnie najgorsza praca na świecie. Dziś są chwile, kiedy wspominam ją z sentymentem.

GALA: To chwile zwątpienia?

EVA LONGORIA: Nie, raczej ucieczka myślami w spokojny czas. Próba nabrania dystansu i mobilizacji do dalszej pracy.

GALA: Działa?

EVA LONGORIA: Jak do tej pory znakomicie. Pierwszy sezon „Gotowych na wszystko” był bardzo ciężki. Codziennie wywiady, spotkania z fanami, nagrania. Byłyśmy wyczerpane. Ale nie skarżyłam się. Cieszyłam się każdą minutą tego zamieszania. Właśnie przez to, że kiedyś musiałam smażyć hamburgery.

GALA: Teraz zamieszania jest jeszcze więcej. Grasz nie tylko w „Gotowych...”. Coraz częściej można cię zobaczyć w pełnometrażowych produkcjach.

EVA LONGORIA: Jestem pracoholiczką. Mogłabym pracować siedem dni w tygodniu. Nie przeszkadza mi to. Telewizja to maszyna. Ujęcie, powtórka, zmiana scenografi i, ujęcie, powtórka. I tak w kółko. Ciągle, z każdej strony słyszysz: szybko, masz dwie minuty, szybciej. Ostatni mój fi lm „Nawiedzona narzeczona” to zupełnie inna bajka. Czułam się, jakbym była na wakacjach. Tempo wręcz żółwie w porównaniu z „Gotowymi...”. Dyskusje, próby z dialogami, próbne ujęcia. I tak w nieskończoność. Mogłam iść z mężem na zakupy, na lunch. Kiedy wracałam na plan, wciąż nie było nic gotowe. Doszło do tego, że ja zaczęłam wszystkich poganiać. Robiłam sztuczne zamieszanie.

GALA: „Nawiedzona narzeczona” to pierwszy film, w którym grasz główną rolę. I giniesz w pierwszych minutach...

EVA LONGORIA: Ale wracam w wielkim stylu. Jestem duchem. Już kiedy dowiedziałam się, że rola Kate jest moja, pomyślałam, że to najlepsza postać. Mimo że praktycznie cały fi lm jest martwa. Robi żarty Ashley, do której zbliżył się jej niedoszły mąż, ciągle zaznacza swoją obecność. Jest wrażliwa, ale też trochę zołzowata.

GALA: Trochę jak Gabrielle z „Gotowych...”. Nie masz problemu z pozbyciem się jej zachowań, kiedy grasz w filmach?

EVA LONGORIA: Każda rola to nowe wyzwanie. Na pewno Gabrielle gdzieś już we mnie siedzi. Mogę patrzeć jak ona, mieć jej grymasy, ale staram się za każdym razem pokazać coś nowego. Nie bazuję tylko na tej postaci.

GALA: Niedawno pojawiły się plotki, że chcesz odejść z serialu.

EVA LONGORIA: Też o nich słyszałam. Ale to nieprawda. Marc Cherry powiedział, że zamierza robić „Gotowe...” przez siedem lat, czyli zostały nam jeszcze trzy lata współpracy. Nie zamierzam kończyć wcześniej.

GALA: Mężowi nie przeszkadza, że tak dużo pracujesz? Praktycznie nie macie czasu dla siebie.

EVA LONGORIA: Wcale nie jest tak źle, jak myślisz. Kiedy jest mało czasu, człowiek bardziej się mobilizuje. Widujemy się regularnie. Może nawet częściej niż pary, które prowadzą bardziej ustabilizowany tryb życia. Ja większość czasu spędzam w samolocie. Latam z San Antonio do Los Angeles i z powrotem. Tony jest zawodowym koszykarzem. Właściwie co wieczór gra mecz. Jest ciężko, ale nauczyliśmy się celebrować chwile, kiedy jesteśmy razem.

GALA: Co wtedy robicie?

EVA LONGORIA: Zwykle spędzamy wieczór w łóżku i oglądamy mecze w telewizji. Nie tylko koszykówkę. Razem z Tonym jesteśmy fanami futbolu amerykańskiego. Jak mamy więcej czasu, lubimy wyjść do restauracji na dobrą kolację. Uwielbiam jeść.

GALA: Sama też gotujesz?

 

EVA LONGORIA: Oczywiście. Nie tylko w „Gotowych...” jestem gospodynią. W prawdziwym życiu też potrafię zadbać o mojego mężczyznę i dom.

GALA: Podoba ci się ta rola?

EVA LONGORIA: Bardzo. Bałam się ślubu. Tego, że będę żoną Tony’ego. Myślałam, że to bardzo zmieni moje życie, że częściej będę stawała przed trudnymi wyborami. Myliłam się. Jest dużo łatwiej, niż kiedy zaczęliśmy się spotykać czy później po zaręczynach. Wiemy dokładnie, czego chcemy, i możemy na siebie liczyć w każdej sytuacji. Mamy wspólny cel – szczęście. To jest najwspanialsze w naszym związku.

GALA: Polecasz małżeństwo...

EVA LONGORIA: Mogę nawet zostać ambasadorką takiej akcji: „Weź ślub, a twoje życie stanie się piękniejsze”. Ale tylko pod warunkiem, że znajdziesz odpowiedniego partnera.

GALA: Jesteś już rozwódką. Twoje pierwsze małżeństwo nie było udane.

EVA LONGORIA: Z tego też wynikał mój lęk. Musiałam być bardziej pewna i bardziej przygotowana tym razem. Nie mogłam już pozwolić sobie na błąd.

GALA: W „Nawiedzonej narzeczonej” ludzie przychodzili do wróżki – medium – z pytaniami dotyczącymi przyszłości. Skorzystałaś z takiej porady przed ślubem?

EVA LONGORIA: O nie, nie powierzyłabym tak ważnej kwestii komuś, kto czyta z kart. Widziałeś zresztą, jak to działa.

GALA: Masz jakieś metafizyczne doświadczenia?

EVA LONGORIA: Kiedyś na ulicy podeszła do mnie kobieta. Powiedziała tylko: „Twoja ciotka jest przy tobie, cieszy ją to, co robisz, i wspiera cię w dobrych wyborach”. To było dziwne, bo moja ukochana ciotka nie żyje od dawna. Poczułam pozytywny przepływ energii. To był chyba znak, że ta kobieta mówiła prawdę. Uwierzyłam, że każdy człowiek ma swojego anioła stróża.

GALA: Wątpiłaś wcześniej?

EVA LONGORIA: Często. Parę lat temu brałam udział w castingu do komedii „Trudne słówka” o Meksykance, która z córką przeprowadza się do Ameryki. Bardzo chciałam dostać tę rolę. Na próbach poznałam Evę Mendes. Żadna z nas nie zagrała w tym filmie. Byłam załamana. Wtedy pomyślałam, że to wszystko na nic. I kiedy było naprawdę źle, wygrałam casting do „Gotowych...”. A Eva Mendes zagrała u boku Willa Smitha w „Hitchu”.

GALA: Myślisz, że ktoś na górze pociąga za sznurki?

EVA LONGORIA: Nie może być inaczej. To był pierwszy dzień castingu do roli Gabrielle. Tysiące dziewczyn bardziej utalentowanych, piękniejszych ode mnie. Weszłam jako pierwsza. Po chwili Marc Cherry skończył przesłuchania. Powiedział tylko: „Mamy ją”. Palec boży? Inaczej nie umiem tego nazwać.