Po 16 latach będzie Pani prowadzić nowy program. Zapytam zatem przewrotnie: czy to znaczy, że chce Pani już zawsze mieć  „36,6 °C” ? Ma Pani już dość stanu podgorączkowego?

Ciekawa diagnoza. (śmiech) Uważa pani, że „Rozmowy w toku”  to był mój stan podgorączkowy?

Oczywiście! Stan podgorączkowy, w którym była Pani  przez 16 lat!

(śmiech) I wszystko wskazuje na to, że nadal w nim będę. Ja nie umiem robić nic na chłodno. Nie umiem się dystansować do tego,  co robię, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Dziś rozmawiamy na konferencji 20-lecia TVN-u. Dla mnie to ważny moment, bo wspominam początki swojej pracy, ale jednocześnie rodzi się we mnie wyjątkowa emocja „budowniczego”: zaczynam kreować coś nowego – program „36,6”. Program o stanie podgorączkowym, a nawet zapalnym. Będę opowiadała o sytuacjach, które ratują życie, albo o przełomowych osiągnięciach, które ratują z sytuacji beznadziejnych. Będę pokazywać, jak ulżyć w cierpieniu. Mówiąc po domowemu: nie będę „zbijać gorączki”. Nadal będzie przejmująco, wzruszająco, czasami dramatycznie.

Czy ten program też Panią uzdrowi?

Oczywiście! Jest on dla mnie szansą na upragnioną normalność. Wreszcie będę się mogła wyspać. (śmiech) W końcu przez ostatnie 16 lat przygotowywałam program, który ukazywał się pięć razy w tygodniu. Wcześniej w radiu zdarzało mi się mieć  ponad 30 dyżurów w miesiącu.

Cztery godziny snu pod biurkiem w pracy w radiu, słynny śpiwór, z którym  chodziła Pani do pracy…

Proszę się tak nie dziwić! Praca dziennikarza to służba. Służba widzowi, czytelnikowi i słuchaczowi. To my, w imieniu zwykłych ludzi, mamy wydeptywać ścieżki, otwierać drzwi, zadawać pytania. Tłumaczyć skomplikowany świat i znajdować autorytety, które będą objaśniały to, co się dzieje dookoła. Całe życie tak pracowałam, bo w takie dziennikarstwo wierzę.

Po kim Pani ma to zaangażowanie?

Pewnie po rodzicach. Mama – pielęgniarka, tata – wojskowy. (śmiech) Chodzi o to, , by być blisko człowieka. Poprawiać to, co źle funkcjonuje. Mnie zawsze denerwuje, kiedy coś szwankuje. Oczywiście, mogłabym robić program o chorej służbie zdrowia. Ale z drugiej strony, pomyślałam sobie, że chcę pokazać lekarzy, którzy traktują swoją pracę jak misję.

Pani chce uleczyć zło świata?

Może... Wiem, wiem. Brzmi to bardzo naiwnie. Jeżeli nie będziemy pokazywać takich dobrych miejsc, to nie będzie dobrych wzorów. Nie można ciągle gnić w beznadziejności i w bylejakości. Historia autentyczna: jeden ze szpitali w Krakowie organizuje przyjęcia, zapisy na leczenie zaćmy. Zapisy odbywają się raz w tygodniu, w poniedziałek. Ludzie leżą pokotem na schodach, bo muszą wdrapać się na trzecie piętro, żeby zapisać się do lekarza, który ich  skonsultuje. Ale jest też inny szpital, po drugiej stronie miasta, gdzie pani w rejestracji mówi: „Proszę sobie usiąść, bo pewnie droga była długa. Proszę odpocząć i zaraz zrobimy wywiad”. Na operacje czeka się krócej i na dodatek nie ma upokorzenia w kolejce do zapisów. W tym programie będę uświadamiała, że nie musimy dawać się poniżać. Że można wszystko tak zorganizować, by pacjent był człowiekiem. Po prostu.

ZOBACZ TEŻ: Gwiazdy na prezentacji nowej ramówki TVN. Kto wyglądał najlepiej?

To straszne, że Ewa Drzyzga musi robić program, który tego uczy polskich lekarzy!

Lekarze czasami są bezsilni ze względu na system. Nie każdy jest tytanem. Ten program ma pokazać, że mamy wybór. Ma dawać podpowiedź, do jakiego lekarza pójść, jakiego rozwiązania medycznego  szukać. W pierwszym odcinku programu emitowanym 9 września pokażemy na przykład dr. Roberta Śmigielskiego, który leczy w Polsce, a nie w Bazylei, choć mógłby. To genialny ortopeda, który dokonał odkrycia na miarę Kopernikowskiego, bo pokazał całemu światu, że więzadło krzyżowe przednie jest płaskie: ma kształt taśmy, a nie pęczków, jak dotąd uważano. I cały świat jest zdziwiony i zmienia sprzęt medyczny, który uwzględnia autentyczny kształt więzadła!  W kolejnym programie widzowie spotkają kardiochirurga prof. Jerzy Sadowskiego, który zostaje w Krakowie i pacjenci mogą dalej korzystać z jego genialnej ręki i wielkiego serca. Żyjemy w kraju, w którym mamy wybór. Jeżeli jedziesz z małego ośrodka do dużego miasta, by poszukać swojego lekarza, szukaj takiego, który będzie ci współczuł. Bo ten program jest również dla lekarzy. Mówię w nim: możecie być tymi, którzy pochylają się nad pacjentem.

Zajęła się Pani sprawami zdrowia, bo Pani samej po latach pracy siadł kręgosłup?

Mnie kręgosłup boli od 14. roku życia.

Czyli od 14. roku życia jest Pani przepracowana!

Wtedy może po prostu za mało się ruszałam. Parę lat temu jedna z fizjoterapeutek, która próbowała mnie postawić na nogi, powiedziała: „10 sesesji terapii manualnej powinno pomóc”. Minęło 10. spotkanie  i nic. Wtedy pani Ola powiedziała, że bierze sobie za punkt honoru wyprowadzenie mnie z tego stanu, w którym się znalazłam. Jej zdaniem emocje innych ludzi, którzy dzielili się ze mną swoimi historiami w „Rozmowach w toku”, brałam za bardzo do siebie. Usłyszałam, że jeśli tego nie zmienię, nie pozbędę się bólu kręgosłupa.

Wzięła Pani sobie do serca tę diagnozę?

Tak. Są takie koncepcje, że jedni odchorowują stresy, napięcia, przepracowanie, spinając mięśnie. Mięsień robi wtedy się kamieniem, nerw jest uciskany i nie przewodzi w należyty sposób sygnałów.  A inni reagują na stres tak, że cierpią ich narządy wewnętrzne. Stres atakuje wątrobę, żołądek, serce... Ja musiałam się zatrzymać,  żeby ochronić moje zdrowie.

A może są dwie Ewy? Ta, która bardzo dużo na siebie bierze,  i ta delikatna, której nie znamy? Którą trzeba chronić i która, po prostu, nie daje rady?  Oczywiście, że jest we mnie także Ewa, która nie daje rady?

Przecież to, że płaczę w programie, jest często odreagowaniem przeze mnie stresu. Ja mam w sobie i tę silną Ewę tarana, i Ewę, która płacze.  W życiu prywatnym potrafię być słabo-silna. Jak trzeba, to zdenerwuję się na urzędnika i nawet przeklnę. Ale też mogę się przed nim rozpłakać.

Mam wrażenie, że w Pani jest taki anioł i diabeł. Jest Pani anielska w niesieniu ulgi, w akceptowaniu ludzkich słabości. Pokazała to Pani w swoich programach. Ale jest też ta część diabelska, która zanurza się we wszystkim, co złe, brudne,  zakazane. Wydaje mi się, że musi być Pani bardzo trudno  połączyć tego anioła i diabła, którego w sobie ma.

W każdym z nas jest anioł i diabeł. Przecież codziennie dokonujemy wyborów.

To proszę opowiedzieć o swojej ciemniejszej stronie.

Często pytano mnie, dlaczego rozmawiam z ludźmi, którzy krzywdzą innych. Dlaczego zapraszam do programu prostytutkę, dlaczego daję możliwość wypowiedzenia się pedofilowi? A mi zawsze chodzi  o to, by wysłuchać każdej ze stron, znaleźć przyczynę zła i sposób, jak się przed nim ochronić.

Poruszała Pani w swoich programach wiele tematów tabu.Ale za to zawsze płaci się pewną cenę. Jaka była Pani cena  za wchodzenie w te zakazane rewiry?

Mówi się, że pracoholik choruje dopiero wtedy, gdy idzie na urlop. Czyli dopóki jest w wirze pracy, jego organizm w równowadze utrzymuje potężna dawka adrenaliny. I dopiero kiedy wyjeżdża na urlop, to  dostaje anginy. I ze mną też tak było. Jak miałam dni wolne,  zawsze wtedy właśnie zapadałam na jakąś gardłową chorobę.  To była cena, którą moje ciało płaciło za pracę.

Nadal tak jest?

Już mniej. Ostatnio leciałam samolotem i dwa rzędy przede mną siedziała 13-latka, która tak się bała, że cała się trzęsła. Jej mama,  siedząca po drugiej stronie przejścia, dała jej leki uspokajające i pocieszała ją. Ale to nie pomagało. Dziewczynka zwinęła się w kulkę  na siedzeniu, a ja nie byłam w stanie opanować łez. Czułam jej  paniczny lęk.

Pani nie może nawet spokojnie polecieć samolotem,  bo wszędzie widzi Pani sytuacje, które ją poruszają?

Po prostu jestem otwarta na emocje innych.

To ciekawe, bo ja myślałam, że po tylu latach prowadzenia „Rozmów w toku” będzie Pani znieczulona.

Mam wrażenie, że im więcej historii usłyszałam, tym bardziej jestem w stanie zrozumieć to, co czuje druga osoba.

Co Pani zmieniła w Polakach swoimi programami?

Nie jestem tak zadufaną w sobie osobą, by uważać, że coś zmieniłam. Myślę jednak, że pokazałam, że można akceptować ludzkie słabości. Bo tak naprawdę zawsze chodzi o akceptację. Jak się ją dostanie, można góry przenosić!

Co jeszcze się w Polakach zmieniło po tych 16 latach?

Mam wrażenie, że wszystko w mniejszym lub większym stopniu. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to niesamowita zmiana, która zaszła w polskich kobietach. Jeszcze kilkanaście lat temu były one przede wszystkim gospodyniami, cudownymi, wspaniałymi opiekunkami domowego ogniska. Nawet jeżeli pracowały, miały niższe wynagrodzenia i stanowiska. Co więcej, była to praca na dwa etaty, bo przecież był jeszcze dom, który trzeba prowadzić. W ostatnich latach zauważyłam, że Polki mają odwagę powiedzieć: „Cieszy mnie to, że urodzę trzecie dziecko i zajmę się domem. Nie muszę się ścigać w pracy, nie muszę udowadniać, że jestem lepsza od mężczyzny”. Inne z kolei odważnie uznają, że mają prawo głośno walczyć o swoją karierę, o swój wolny czas. Głosy bardzo różnorodne, ale przecież o to chodzi w wolności, że możemy realizować odmienne cele i szanować się nawzajem. Ale największa nasza zdobycz ostatnich lat społecznych transformacji to budowanie związków, w których mężczyźni zaczęli być partnerami kobiet. Zaczęli się angażować w życie rodzinne, wspólnie podejmują decyzje, wspólnie dzielą obowiązki.

Ale czasami nie czuła się Pani po prostu zmęczona problemami innych ludzi? 

Pamiętam na przykład mężczyznę, który był przekonany, że ma  prawo bić żonę. I wtedy ogarnia mnie przeraźliwy smutek, myślę:  „Ale byłaś, Ewka, naiwna, że ci się wydawało, że coś tego osobnika zmieni”.

Czy teraz z perspektywy czasu czuje Pani, że jednak kogoś skrzywdziła swoim programem?

Oczywiście, że tak. Są momenty, że się boję,  że nie wszystko poszło tak jak powinno. Nie  jestem aż tak bezczelna, by uważać, że uda się zabliźnić każdą ranę. Zawsze podchodziłam  do tego programu i moich bohaterów z największą pokorą. Pamiętam, że bardzo bałam się rozmawiać z rodzicami, którzy stracili dzieci. W takich chwilach pomagało to, że przypominałam sobie, po co to robię. Nie, by rozdrapać tę ranę, tylko pokazać, jak podźwignąć się z takiej tragedii. Mam kilka tego rodzaju rozmów w mojej karierze, które nie pojawiły się na antenie.  Bohater uznał, że to, co go spotkało, było zbyt bolesne, zbyt niszczące.

Wiele osób nazywa Panią psychologiem Polaków.

Owszem, skończyłam akademię pedagogiczną i tam mieliśmy mnóstwo pedagogiki i psychologii, ale nigdy bym sobie nie uzurpowała prawa do bycia psychologiem. Mam specjalizację nauczycielską.  W programie od początku było wiadomo, że „sama Ewa” nie wystarczy. Trzeba jeszcze z bohaterem programu wykonać zakulisową pracę. To robił sztab psychologów.

A Pani sama korzystała z pomocy psychologa?

Nie. Mnie leczą moje programy. (śmiech) Zawsze korzystałam z myśli i uwag ekspertów, którzy przy nich pracują.

Jaki tytuł miałby program, do którego by Pani przyszła  jako gość?

„Jak być konsekwentnym rodzicem?”. To chyba jest najtrudniejsze  w wychowaniu synów. Może są tacy, którym się to udaje, ale dla mnie jest to bardzo trudne. Wychowanie to praca 24 godziny na dobę. Nie można sobie odpuścić. A jeszcze jak bardzo trzeba być z mężem jednomyślnym! I tyle spraw jest wciąż do obgadania i wyjaśnienia, tyle emocji. Czasami po całym dniu padam i marzę, by się położyć spać  o 22, a synowie koniecznie wtedy chcą ze mną pogadać.

Synowie komentują Pani pracę?

Nie, bo moje dzieci nie oglądały mojego programu. Ani Stachu, ani tym bardziej Ignacy. Telewizor mamy tylko w jednym pokoju i nie jest to salon – dostęp do niego jest reglamentowany. Młodzi ludzie  w dzisiejszym świecie mają wystarczająco dużo bodźców, nie muszą bez kontroli być bombardowani tym, co jest w setkach kanałów telewizyjnych.

Przeszkadza im, że mają znaną mamę?

Gdy ktoś mnie zaczepia na ulicy, często pytają: „Dlaczego rozmawiałaś z tą panią? Skąd znasz tego pana?”. Odpowiadam, że to moi widzowie. Generalnie jednak bardzo dbam, by nie musieli być synami swojej mamy.

A co to znaczy?

Chodzi o to, by mogli sami zapracować na swój własny sukces życiowy.

Będzie im trudno Panią przebić.

Nie muszą pracować w tym zawodzie co ja. Każdy z nich ma swoje pasje. Starszy syn, Staszek, ostatnio wrócił do swojej fascynacji samolotami i trzyma się tego, że chce zostać pilotem. Lata na symulatorach. Imponuje mi, gdy obserwuję, jak leci np. przez dwie godziny z Frankfurtu do Krakowa. Umie obliczyć te wszystkie trasy, siłę wiatru. Dzięki temu hobby uznał nawet, że matematyka jest mu do czegoś potrzebna. Bo do tej pory się zżymał, uważał, że jest humanistą i że uwielbia pochłaniać książki. Wcześniej była też astronomia i kosmos. Fajnie, że Staszek jest teraz bliżej ziemi. Gdyby chciał być kosmonautą, to byłby kłopot. (śmiech).

A Ignacy?

Dla niego ważna była piłka, ale uznał, że to chyba nie jest sposób na życie, więc traktuje ją hobbystycznie. Mój młodszy syn jest otwartą, dobrą duszą. Zastanawia się,  czy nie zostać weterynarzem. Mówi, że ma dylemat. Uspokajam go: „Słuchaj, spotykam się ze studentami na trzecim roku dziennikarstwa i oni dalej nie wiedzą, czy wybrali dobry kierunek studiów, więc jako 10-latek masz jeszcze czas  na ostateczną decyzję”.

Mąż nie jest zazdrosny, że prowadzi Pani nowy program  z dr. Krzysztofem Łabuzkiem?

Doktor jest przede wszystkim ekspertem. A mój mąż jest wyrozumiały i zna swoją wartość. (śmiech) Krzysztof zresztą wciąż podkreśla, że ja jestem starsza od niego, więc to wytrąca argument z ręki. (śmiech) Chociaż, patrząc na małżeństwo Macron… Ale nie, on jest starej daty, więc mąż może spać spokojnie. Cieszy się, że prowadzę nowy program. Dzięki temu mamy więcej czasu dla siebie i to jest  fajne. Można powiedzieć, że zyskaliśmy dzięki temu spokój.

Nowy program wpłynął na Pani życie osobiste i jest w nim więcej spokoju. A jak zareagowała Pani wieloletnia przyjaciółka?

Moja Celinka? Mieszka w Holandii, więc widujemy się od czasu  do czasu, ale za to intensywnie. Kiedy byłam u niej w tym roku,  zastanawiałam się, czy jak zwykle znowu będziemy spać razem  i gadać do rana. I oczywiście tak było…

Dlaczego ma Pani łzy w oczach?

Bo to jest takie… super uczucie, że ma się kogoś bliskiego. Kogoś,  kto nas zna od tylu już lat… Z kim gada się całą noc do ochrypnięcia  i kto daje poczucie, że jest się absolutnie rozumianym. Wciąż wzruszam się, jak mówię o mojej Celince.

Socjologowie piszą o czymś takim jak „drzyzgizacja” Polski. Miło to Pani słyszeć?

Nie, to nie Ewa Drzyzga wprowadziła wcześniej zakazane tematy do mediów. Internet sprawił, że nie ma dziś tabu. I to nie jest wina Ewy Drzyzgi, że wszystko wolno. A bycie wolnym człowiekiem jest bardzo trudne. Każdego dnia trzeba dokonać wyboru. Możesz wybrać albo łatwiejszą, albo trudniejszą ścieżkę.

Pani też ma swoje tematy tabu. Na przykład poprzednie małżeństwo.

Nie chcę wychodzić z moją prywatnością do świata. Rozmawiałam z ponad 25 tysiącami ludzi, którzy mieli w sobie taką potrzebę. Ja nie muszę dokładać do tego swojej historii. Mnie zależy  na słuchaniu tych ludzi, a nie mówieniu o sobie. Zwłaszcza że  to jest nie tylko moja historia, ale w grę wchodzi osoba trzecia. To trzeba też uszanować.

Słynna amerykańska dziennikarka, Oprah Winfrey,  mówiła o sobie.

To prawda. Ale ja się aż tak na niej nie wzoruję. Ja ją raczej wiele lat temu  wykorzystywałam do tego, żeby uczyć się języka angielskiego. (śmiech) Mam zresztą z nią śmieszne wspomnienie.  Jako studentka byłam u znajomych w Stanach i oni pokazali mi w pewnym momencie niesamowicie długą kolejkę – taką jak  u nas w czasach minionych po reglamentowany towar. Okazało się, że ci ludzie czekali, by wejść na nagranie programu Oprah.  Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będę robiła podobny,  codzienny talk-show w Polsce.

Jaką Ewę zostawiła Pani wraz z tamtym programem,  a jaką witamy w nowym? Powiem pani w tajemnicy: reżyser programu każe mi być  bardziej stonowaną, co mnie okropnie denerwuje.

Ma Pani mieć 36,6?

Tak, a nie umiem! Ja mam odpuścić i wyluzować?! Nie da rady! Przecież nawet odpoczywanie wciąż przychodzi mi z trudem. Uczę się odpoczywać bez wyrzutów sumienia. Ostatnio dałam sobie więcej wolnego. I wie pani, już drugi dzień mam nierozpakowane i nieuprane rzeczy z wakacji. Dla mnie to szok! 

Anna Kaplińska-Struss