Ewa Farna w programie „Idol” szuka nowych talentów. Na scenie występuje od 13. roku życia. Świętując 10-lecie kariery, mówi, że nie warto niczego robić na pół gwizdka: ani kochać, ani śpiewać.

Jak odnajdujesz się w roli jurorki programu „Idol” w telewizji Polsat?

Ewa Farna: Zdecydowanie wolę być po tej stronie stołu jurorskiego. Podziwiam uczestników za odwagę, bo nie wiem, czy sama zdecydowałabym się poddać ocenie. Moim obowiązkiem jest doradzanie młodym talentom, to oni mają czerpać z programu jak najwięcej. „Idola” można potraktować jako przyspieszony kurs w szkole muzycznej. Rozwój, który normalnie zajmuje artyście 10 lat, uczestnicy programu mają szansę skrócić do kilku miesięcy, pracując z najlepszymi specjalistami od dźwięku, choreografii, kostiumów.

Co dla Ciebie oznacza słowo „idol”?

To ktoś obdarzony charyzmą. Wielu uczestników, którzy nie przechodzą do kolejnych etapów programu, dziwi się, słysząc jurorskie „nie”, bo przecież potrafią śpiewać. Ale nie mają zadatków na kogoś, kto na scenie zachwyca, podnosi z krzesła albo w nie wciska. W świecie muzy trzeba być jednocześnie odrobinę bezczelnym i totalnie pokornym. Wiem, że to brzmi jak kwadratura koła, ale ta równowaga jest ważna. Oraz inność, która fascynuje. Szkoła uczy, że powinniśmy być płascy, tacy sami, nie wychylać się. A my szukamy osób, które wykraczają ponad przeciętność.

Czujesz odpowiedzialność za fanów, dla których jesteś gwiazdą?

Tak, ale nie możesz pozwolić, by ta odpowiedzialność cię przytłaczała i sterowała całym twoim życiem. Za swój największy sukces uważam, że pozostałam sobą. Kocham być szczera, ale przyznam, że czasami muszę się hamować. Tabloidy wyciągają wypowiedzi z kontekstu, by brzmiały bardziej kontrowersyjnie, więc nie wypowiadam się na temat polityki, choć to dla mnie ważne. W czasach, gdy zamiast zdań używamy hasztagów, łatwo coś źle zinterpretować. Z drugiej strony, nie umiem być mdła, przynajmniej lekkie kontrowersje są wpisane w DNA rock and rolla.

Nagrywasz „Idola”, Twoje dwa przeboje, do filmów „Wszystko albo nic” i „Sing”, zajmują pierwsze miejsca na listach przebojów. Czujesz, że teraz jest Twój czas?

Nie, wszystko, co osiągam dzisiaj, to efekt dziesięcioletniej pracy. W tym roku świętuję jubileusz w Polsce. 10-lecie muzycznie uczczę na scenie jubileuszowym występem, do tego letnia trasa koncertowa i premiera dokumentu, który nagrywaliśmy w ciągu całego roku.

Występujesz na scenie od 13. roku życia. Masz poczucie, że coś straciłaś, zaczynając karierę tak wcześnie?

Dla mnie liczy się to, że bilans jest dodatni. Na razie uważam, że więcej zyskałam, niż straciłam. Moi znajomi studiują, czasami nie wiedząc, czego chcą. A ja już mam pracę, którą kocham! Ale oczywiście czasami muszę odreagować, bo sama sobie skradłam trochę dzieciństwa. Mam nadwyżkę energii, więc uwielbiam takie programy jak „Idol”, gdzie mogę wyszaleć się na scenie. I nigdy nie jestem do końca poważna.

Rodzice nadal traktują Cię jak małą dziewczynkę?

Mama wcale mnie tak nie traktuje! Czasami nawet proszę ją, by dzwoniła do mnie częściej, a ona mówi, że przecież nie mam czasu, bo pracuję. Nie kontroluje mnie. Dopiero jak wracam do domu, to się zaczyna. (śmiech)

Jesteście ze sobą blisko?

Tak, mama jest moją najlepszą kumpelą. A moim najlepszym przyjacielem jest też mój chłopak, Martin. To dla mnie podstawa związku.

Jesteście razem już trzy lata. Przyjaźń to recepta na udany związek?

I codzienna praca. Tak jak w mojej piosence „Na ostrzu”, w miłości nie zawsze jest pięknie, zdarzają się górki i dołki. Ale żeby było warto, musi być przewaga tego, co dobre.

Jesteś silną kobietą. Nie przeszkadza to Twojemu mężczyźnie?

Nie. Mam świetnego faceta, który nie boi się być z silną kobietą. Podziwiam go za to. Wiem, że wiele kobiet nie potrafi znaleźć mężczyzny, który zaakceptuje to, że nie codziennie jest obiadek na stole, posprzątane w domu, a dzieci otoczone opieką. Trudno czasem być facetem gwiazdy – mężczyźni boją się, że to odbiera im męskość. Ale w domu nie mam potrzeby dominacji. Z moim chłopakiem chcę po prostu być – zrobić dobrą kolację, napić się wina, zobaczyć serial. Bez presji.

Nie kusi Cię czasem, by rzucić wszystko i być beztroską 23-latką?

Czasami chciałabym zrobić sobie pół roku przerwy od sceny. Uwielbiam gotować, więc pojechałabym pomagać jakiemuś sławnemu kucharzowi w Paryżu albo Londynie. Wtedy przez chwilę byłabym kimś zwyczajnym, a nie Ewą Farną, która śpiewa. Albo mogłabym grać na ulicy z moim chłopakiem. I wyłożyć kapelusz na monety. Ciekawe, czy wtedy ludzie chcieliby mnie słuchać...

Przez chwilę studiowałaś prawo, więc miałaś szansę na normalne młodzieńcze życie.

Tak, ale zrozumiałam, że muszę skupić się na jednej rzeczy, żeby robić ją dobrze. Poszłam na studia prawnicze, bo na chwilę uległam złudzeniu, że pewną pracę zdobędę tylko po studiach. Potem zrozumiałam, że przecież już mam pracę i nawet daję zatrudnienie innym. A poza tym, jeśli ja się zatrzymam, przyjdzie młodsza, szczuplejsza, zdolniejsza... Dlatego postawiłam wszystko na jedną kartę.

Czujesz się kobietą czy dziewczynką?

Kobietą, bo kobiecość oznacza dla mnie siłę. Poczułam się kobietą, gdy założyłam własną firmę. Pewność siebie daje mi to, że załatwiam sprawy z księgowymi, prawnikami, producentami. Odpowiedzialność – to, że teraz potencjalna porażka będzie zależna od mojej decyzji i będę musiała przyznać się do błędu – uczyniła mnie dorosłą.

Przeglądałam Twój profil na Instagramie. Wszyscy zachwycają się Twoją urodą. Traktujesz to jako komplement?

Naprawdę? Nie ma absolutnie takiego odczucia, bo wcale nie uważam się za piękną! Nie czuję się seksbombą. Mam parę kilogramów więcej, łatwo mi zrobić kiepskie zdjęcie, nie budzę się rano, wyglądając tak jak po dwugodzinnym makijażu do „Idola”. Ludzie rzadko mnie poznają na ulicy.

Ale akceptujesz siebie?

Tak, ale musiałam się tego nauczyć, bo inaczej nie przetrwałabym w show-biznesie i w życiu też nie. Akceptacja jest bardzo ważna, bo jesteś ciągle oceniana. Bez niej można zwariować. Cóż, nie palę, nie biorę narkotyków, nie imprezuję. Mam spokojne życie. Ale jestem smakoszem. Nie potrafiłabym ograniczyć diety do liścia sałaty. I wiesz co, wcale nie chcę wyglądać tak jak wszystkie! Jak jesteśmy ubrane, zrobione i odchudzone, przestajemy się wyróżniać.

Ostatnio byliście z Martinem na road tripie po Stanach. Chciałabyś tam zrobić karierę?

Nie, tam co najwyżej mogłabym podawać mikrofon Beyoncé. Jak osiągniesz sukces w Stanach, presja jest gigantyczna. A ja wolę spokojnie zjeść kolację z przyjaciółmi, niż mieć zakontraktowane, że nie mogę przytyć ani kilograma, bo w przeciwnym razie tracę pracę. I tak irytuje mnie czasem to, że nie jestem anonimowa. W banku, w restauracji czy w sklepie zdarza mi się, że ktoś znienacka przechodzi ze mną na „ty”, bo wydaje mu się, że mnie zna, skoro ogląda mnie w telewizji. Wie o mnie wszystko, a ja o nim nic. Nie chcę czuć się jak obserwowane przez paparazzich zwierzę w klatce. A więc dobrze mi tak, jak jest. Mogę skupić się na śpiewaniu w Polsce, w Czechach i móc obok tego normalnie żyć. Nie sprzedałabym wolności za sławę.