Najpierw z okazji okrągłych urodzin chciała wyprawić wielki bankiet, zaprosić wszystkich, których lubi – około 50 osób. W ostatniej chwili zmieniła zdanie. „Wolę być tylko z wami” – oznajmiła mężowi Waldemarowi Błaszczykowi i 7-letniej córce Marysi. Był prawdziwy szampan, jej ulubione sushi i tort z czterema świeczkami, które zdmuchnęła razem z Marysią. To z rodziną nadrabia stracony czas i spełnia swoje kolejne spóźnione marzenie – buduje dom pod Warszawą. Chce, by w tym domu był szeroki stół i dużo miejsca dla gości.

GALA: Czas na życiowy bilans?

Ewa Gawryluk: Dla mnie czterdziestka wcale nie jest punktem zwrotnym. Już wcześniej przewartościowałam swoje życie. Niedawno umarł mój tata. Wtedy poczułam się w pełni dorosła. Po pogrzebie zajrzałam do jego szafy. Odkryłam, ile on rzeczy chował na później: prezenty, które dostawał, perfumy, których nie otwierał, książki, których nie przeczytał, piżamy, których nie nosił. Pomyślałam: „Matko Boska! Po co to wszystko”. To myślenie, że jeszcze zdążę. Guzik zdążę! Ojciec chciał zamieszkać w górach, snuł plany, ale nigdy ich nie zrealizował. Przyrzekłam sobie, że niczego nie będę już odkładać na potem.

GALA: Miałaś dobry kontakt z ojcem?

E.G.: Tak, ale w dzieciństwie rzadko go widywałam. Często wyjeżdżał służbowo. Moja starsza o cztery lata siostra Małgosia powtarza: „To ja cię wychowałam, bo rodzice nie mieli czasu” (śmiech). Jako dziewczynka lubiłam chodzić do mamy do pracy do PSS „Społem”, uczyłam się tam pisać na maszynie. Wolałam mamę w pracy. W domu zawsze się spieszyła. Obiad, zakupy, nerwówka. Kupowała nam identyczne ubrania. Małgośka była wściekła, a ja zadowolona, że mam to, co starsza siostra. Dawałam się jej we znaki. Najpierw psułam swoje zabawki, potem zabierałam się za jej.

GALA: Próbowałaś zwrócić na siebie uwagę?

E.G.: Chyba nieświadomie. Musiałam coś robić, żeby mnie zauważyli. A z siostrą do dziś łączy mnie „kosmiczna” więź. Ja urodziłam się 13 grudnia, ona 11 – cztery lata wcześniej, obie w środę. Małgosia ma córkę o 9 lat starszą od mojej Marysi, ale termin porodu miałyśmy wyznaczony na ten sam dzień. Któregoś dnia dzwonię do niej, a ona: „Muszę wytrzeć ręce, bo właśnie robię gołąbki”. „Ja też mam dziś gołąbki” – odpowiadam. Nie umawiając się, często gotujemy to samo. Mieszka w Miastku, pracuje w firmie spedycyjnej męża. Chyba nie robi tego, o czym marzyła. Miała zdolności plastyczne, zabrakło jej siły przebicia. Ja od początku wiedziałam, że chcę wyjechać.

GALA: Dajesz Marysi to, czego ci brakowało?

E.G.: Staram się poświęcać jej dużo czasu i wciąż okazywać zainteresowanie. Mówię jej: „ładna jesteś”, „kocham cię”.

GALA: Tobie nikt tego nie powtarzał?

E.G.: Kiedyś znajomy zagadnął moją mamę: „O, to młodsza córka? Jaka ładna”, a mama na to: „Gdzie tam ona ładna! Ta starsza to jest dopiero ładna”. Zabolało mnie. Moja siostra rzeczywiście była ładniejsza, miała długie blond loki, a mnie ścinano włosy krótko. Nie nosiłam spódnic, bo byłam chuda. I inni się często mylili i mówili na mnie „synek”. Potem podsłuchałam, jak tata zwierzył się, że wolałby mieć chłopca. Nabawiłam się kompleksów. W szkole było jeszcze gorzej.

GALA: Dlaczego?

E.G.: Mając siedem lat, ważyłam tylko 16 kilo. Byłam mała, wątła, w dodatku leworęczna i siłą zmuszano mnie do pisania prawą ręką. Cztery dziewczynki z klasy uwzięły się na mnie. Czaiły się po lekcjach, przezywały, biły. Nikomu o tym nie mówiłam. Kiedy się wreszcie poskarżyłam, w obronie moich prześladowczyń stanęły siostry zakonne. Wtedy przestałam chodzić na religię.

GALA: Długo się tak buntowałaś?

E.G.: Długo czułam się brzydka, gorsza i nie wyobrażałam sobie, że mogłabym się komuś spodobać. W drugiej klasie liceum zakochałam się. Tomka odbiłam koleżance. Do dziś nie wiem, jak mi się to udało. Był najprzystojniejszym chłopakiem w mieście. Zdecydowanie męski typ. Chodził do zawodówki. Koledzy się z niego śmiali, że zadaje się z taką chudą, a on się tym nie przejmował. Potrafił okazać, że jestem dla niego najważniejsza. Ważniejsza od kolegów. To było lekarstwo na moją chorobę. Potem znalazłam sobie inne – aktorstwo.

GALA: Aktorstwo jako lek na kompleksy?

E.G.: Tak. Paradoksalnie kompleksy mi pomogły. Nie ceniłam swojego wyglądu, zero narcyzmu. Dlatego chętnie się zmieniałam, nie bałam się być charakterystyczna. Wiedziałam, że jak ktoś będzie miał uwagi, to do postaci, a nie do mnie. Granie okazało się najlepszą terapią.

GALA: Która z twoich ról dała ci najwięcej?

E.G.: Bardzo lubiłam Alę w „Tangu”, którą grałam dziewięć lat temu w Teatrze Współczesnym. Dzięki niej pierwszy raz poczułam się wolna. Mam skłonności depresyjne i łapię chandry, więc wolę grać w komediach. To mnie oczyszcza z czarnych wizji, poprawia nastrój. Gdybym nie była aktorką, wyglądałabym teraz o 20 lat starzej i bałabym się wyjść z domu.

GALA: Dla szkoły aktorskiej poświęciłaś miłość.

 

E.G.: Tak, on został w Miastku, a potem ożenił się z inną. Ja ruszyłam do Warszawy i oblałam egzaminy. Próbowałam szczęścia w Łodzi. Na ulicy zapytałam o szkolę teatralną. „U nas takiej nie ma” – usłyszałam. „A co, zamknęli?” – dopytywałam się zaniepokojona. „Tutaj jest szkoła filmowa”. Na studia przyjęto mnie warunkowo jako pierwszą pod kreską. Przez pierwsze dwa lata wstydziłam się grać. Co semestr byłam zagrożona i miałam poprawki. Ze stresu zaczęłam się objadać i niepostrzeżenie przytyłam. To był dramat, nie dość, że niezdolna, to jeszcze gruba!

GALA: Który moment był przełomowy?

E.G.: Jak wszystko w moim życiu, sukces przyszedł z poślizgiem. Pod koniec drugiego roku dostałam pierwszą rolę – szkockiej dziewczynki w filmie Juliusza Janickiego „Wiatraki z Ranley”. Zostałam zauważona, doceniona. Na trzecim roku grałam w przedstawieniach szkolnych i zaczęłam się podobać. Były pochwały, ciekawe propozycje. Podbudowałam się. Kiedy byłam na czwartym roku, Sławomir Kryński, wykładowca z łódzkiej Filmówki, szukał bohaterki do „Dziecka szczęścia”. Podczas przerwy usiadł na ławce w korytarzu. Potem powiedział: „Byłaś jedyną, która mnie potraktowała z góry. Wszystkie studentki podchodziły, wiedziały, że jestem reżyserem, przymilały się. W jednej chwili postanowiłem, że u mnie zagrasz”. Pocztą pantoflową rozeszło się, że jestem zdolna.

GALA: Jako jedyna z roku dostałaś się do Teatru Współczesnego w Warszawie.

E.G.: Wcześniej wystąpiłam w Teatrze Telewizji w sztuce „Ojciec” Strindberga. Grałam u boku Tadeusza Łomnickiego. Sprawdziłam się. Reżyser Jan Maciejowski polecił mnie w Warszawie. Zaproponowano mi pracę we Współczesnym. Dalej występowałam też w spektaklach telewizyjnych. Edward Dziewoński nazywał mnie „Ewką – Niagarą seksu”. Grałam u niego prawie wszystkie role. Mało kto wie, że oprócz reżyserowania z zapałem fotografował. Kiedyś mieliśmy próby w jego domu. Zadzwonił Tadeusz Konwicki. „Tadziu przyjdź, jest u mnie Gawryluk, zrobię wam zdjęcie” – zachęcał Dziewoński. I Konwicki przyszedł. Usiadł koło mnie na kanapie. Pstryk. „To ty już sobie Tadziu idź, bo my tu mamy próby” – rzucił Dziewoński.

GALA: Najciekawszy komplement?

E.G.: Kiedyś zagrałam w czarnej peruce i ktoś przysłał mi kwiaty z karteczką: „Jest pani piękniejsza od Sophii Loren”. Wspaniały komplement dla blondynki. Bronisław Pawlik mówił: „Lubię na panią patrzeć”. Potem przyznał się, że lubi też mnie słuchać, bo mówię głośno i wyraźnie, a on już wtedy miał problemy ze słuchem. Dostawałam od niego czekoladki z likierem. Ceniłam tę niewinną adorację, bo w tamtym czasie większość mężczyzn widziało we mnie raczej obiekt pożądania.

GALA: Dostawałaś dużo propozycji rozbieranych ról?

E.G.: Był czas, że dużo. Wstydziłam się, ale grałam. Potem zaczęłam odmawiać. W serialu „Dom” miałam ściągnąć stanik i wskoczyć do wody. Umierałam z zażenowania. Po latach oglądam tę scenę i myślę: „Jaka byłam zgrabna. Czym ja się tak stresowałam?”. Albo w fi lmie „Sztos” Olaf Lubaszenko zaproponował mi rolę kobiety mafi oza. Ja w rozpaczy. „On chyba zwariował, jestem za stara”. Wystarczyło, że operator się skrzywił, a ja już się trzęsłam: „Na pewno wypatrzył mój olbrzymi nos, nie podobam się”. Zatruwałam się takimi myślami.

GALA: Postawiłaś tylko na pracę i karierę?

E.G.: Nie, ale paradoksalnie powodzenie w pracy nie szło w parze ze szczęściem w uczuciach. Zależało mi na miłości, ale w żadnym związku nie czułam się dobrze. Dostosowywałam się, a potem miałam wrażenie, że jestem wykorzystywana. Pakowałam manatki i uciekałam. Czułam, że na nic nie zasługuję. I że swoje problemy muszę rozwiązać sama.

GALA: I poradziłaś sobie?

E.G.: Kompletnie się pogubiłam. Uciekałam w środki antydepresyjne, alkohol. Na szczęście nie jestem typem nałogowca. Pojawił się sygnał: Stop! Źle ze mną. Rano nie miałam siły ani ochoty, żeby wstać z łóżka. Chodziłam na psychoterapię, ale nie dowiedziałam się niczego nowego. W końcu postanowiłam: nie pozwolę się niszczyć. Będę sama. Żadnych związków. I właśnie wtedy spotkałam Waldka.

GALA: Ty, znana aktorka, on, student szkoły filmowej.

E.G.: Jest ode mnie młodszy dokładnie o 5 lat i trzy miesiące. Mieszkał z moim przyjacielem Rafałem Mohrem. To jeden z tych nielicznych, co zawsze mieli dla mnie czas. Kiedyś obejrzałam w telewizji „Autoportret z kochanką”, w którym Waldek partnerował Kasi Figurze. Zadzwoniłam do Rafała i pochwaliłam Waldka. A Rafał na to: „Sama mu to powiedz” i przekazał słuchawkę. Waldek speszony mówi: „Przyjdź do nas kiedyś na obiad”. No i od tego obiadu wszystko się zaczęło.

GALA: Na początku ukrywaliście swój romans.

E.G.: Nie chciałam mu zaszkodzić. Bałam się stereotypów, domysłów, czy związał się ze starszą aktorką dla kariery. W dodatku, wróżono nam, że nie przetrwamy próby czasu.

GALA: Ludziom trudno było uwierzyć w waszą miłość?

E.G.: Miałam 32 lata z hakiem. Znajome pytały: „Planujesz operację plastyczną? Młodszy facet będzie cię zdradzał”. Ja czułam się bezpieczna i kochana. Nadal tak jest. Waldek widzi we mnie piękną kobietę. O nic nie muszę z nim walczyć. Robi zakupy, uczy Marysię pływać i jeździć na rowerze, potrafi nawet zapleść jej warkocze.

GALA: Nie denerwowały cię złośliwe komentarze, że mąż jest na twoim utrzymaniu?

E.G.: Oczywiście, że denerwowały. Bo to nasza sprawa, jak dajemy sobie radę. Gdy Waldek był jeszcze w szkole, ja zarabiałam więcej. Nawet jeśli jemu to przeszkadzało, nie dawał mi tego odczuć. Dziś zarabiamy podobnie, ale wolę, żeby to on rozporządzał pieniędzmi, bo ja nie mam do tego głowy.

GALA: Późno zdecydowałaś się na dziecko.

E.G.: Miałam 33 lata. Chciałam mieć prawdziwy dom. Wcześniej nie byłam zadowolona z życia. Rano próby, wieczorem przedstawienia, grałam po dwadzieścia spektakli w miesiącu. Do tego radio, telewizja, fi lmy, seriale. Czułam zmęczenie, a nie umiałam odpoczywać.

GALA: Ambicja to pułapka?

 

E.G.: Wtedy tego nie rozumiałam. Jak budziłam się rano i nie miałam napiętego planu zajęć, to wpadałam w czarną rozpacz. Telepało mną: „Boże, nikt nie dzwoni, nikt mnie nie chce. To już koniec”. A potem znowu rozjazdy i wieczny brak czasu. Walczyłam z migreną. Nakładałam ciemne okulary i zamykałam się w pokoju. Ból ustąpił, kiedy życie prywatne postawiłam na pierwszym planie. Do szóstego miesiąca ciąży występowałam na scenie. Kiedy dziecko zaczynało kopać, automatycznie ściszałam głos. Taka gra nie miała sensu. Odeszłam z pracy.

GALA: Telefony przestały dzwonić?

E.G.: Tak, a trzeba było spłacać kredyt. Było ciężko. Gazety mogłam sobie poczytać jedynie w kiosku. Żyliśmy z jednej pensji, trochę pomogli nam rodzice. Dziś wiem, że wytrzymamy wszystko. Mam satysfakcję, że sami wychowaliśmy Marysię. Kiedy się urodziła, nie wyobrażałam sobie, że mogłabym ją zostawiać z opiekunką. Chciałam nacieszyć się zwyczajnym byciem w domu. To jedna z moich najlepszych decyzji.