GALA: Twój apartament jest wysmakowany i nieco ekstrawagancki, jak na gwiazdę przystało. Czujesz się nią czy uważasz, że jest to określenie trochę na wyrost?

EWA SZABATIN: Nie czuję się gwiazdą! Jestem zawodową tancerką, a teraz próbuję swoich sił także w modzie. Z moją przyjaciółką Elą Dąbrowską stworzyłyśmy pierwszą kolekcję, którą niedawno zaprezentowałyśmy na pokazie w Warszawie. Choć spodziewałyśmy się komentarzy, że tancerce zachciało się być projektantką, podjęłyśmy tę decyzję świadomie i jesteśmy z niej, jak i z samej kolekcji, dumne. To było ekscytujące wyzwanie. Cały okres przygotowań i sam pokaz były tak nierzeczywiste, że czułyśmy, jakby nie działo się to naprawdę. Tym bardziej miłe były dla nas opinie przyjaciół, gości pokazu, a szczególnie tych, którzy w tej branży mają niekwestionowaną pozycję, m.in. Teresy Rosati.

GALA: Skoro nie czujesz się gwiazdą, to dlaczego zgodziłaś się na udział w programie „Ranking gwiazd”?

EWA SZABATIN: Lubię wyzwania. Gdyby ktoś zaproponował mi rolę w serialu, to mimo że nie jestem aktorką, chciałbym spróbować. Każda taka propozycja jest dla mnie impulsem, by sprawdzać się na nowym polu. Taniec nauczył mnie dążenia do perfekcji. W każdym innym projekcie artystycznym byłoby podobnie.

GALA: W zagranicznych edycjach „Rankingu gwiazd” uczestniczki obrzucają się błotem i odpowiadają na naprawdę trudne pytania. Nie bałaś się, że tu będzie podobnie?

EWA SZABATIN: Gdy przed podjęciem decyzji dostałam do obejrzenia holenderski „Ranking gwiazd”, byłam nieco zszokowana. Ale prawdziwy stres dopadł mnie, gdy otrzymałam listę pytań, na które miałam odpowiedzieć. Kilka było naprawdę ostrych.

GALA: Szczerze odpowiedziałaś na wszystkie?

EWA SZABATIN: Tak, ale niektóre tematy, np. dotyczące operacji plastycznych, są tak negatywnie i stereotypowo postrzegane, że odnoszenie się do nich byłoby antyskuteczne… I tak „Kowalski” jest przekonany, że każda z nas miała ich dziesiątki. Nawet gdybym powiedziała, że nie robiłam operacji plastycznych, każdy wierzyłby w swoją prawdę. Aby mieć spokój, mogłabym powiedzieć: „Korygowałam sobie nos” – tyle że ja nie lubię kłamać! Mimo tego typu wątpliwości wszystkie doszłyśmy do wniosku, że to najlepszy i najbardziej zabawny program, w jakim brałyśmy udział. Bo podczas nagrań było tak wesoło, że nawet panowie kamerzyści płakali ze śmiechu.

GALA: Któraś z uczestniczek cię zaskoczyła?

EWA SZABATIN: Edyta Górniak. Okazała się cudowną, pełną luzu dziewczyną. Zakochałam się w niej. Ujmuje swoją wrażliwością i ciepłem. Miłym zaskoczeniem była dla mnie też Weronika Rosati. Wcześniej wiedziałam o niej tylko to, co wypisuje prasa brukowa, i z przykrością muszę przyznać, że musiała się tym sugerować, odpowiadając na pytania. Mówię „z przykrością”, bo Weronika jest niezwykle delikatna i skromna.

GALA: Ty, podobnie jak Weronika, nie masz dobrej prasy…

EWA SZABATIN: Wiem, że mój wizerunek w brukowcach nie jest najlepszy. Wszystko przez to, że moja rozpoznawalność przyszła tak nagle. Chyba nikt z tancerzy nie był świadom tego, co się z tym wiąże. Nagle normalne zachowania, które są udziałem każdej anonimowej osoby, przerodziły się w problem tylko dlatego, że stały się publiczne. A publiczna osoba nie może sobie już pozwolić na imprezę w klubie czy brak makijażu. Wszystko postrzegane jest przez pryzmat „wizerunku publicznego”. Los pisze różne scenariusze, niezależnie od tego, czy ktoś jest, czy nie jest rozpoznawalny. Mój związek z Colinem był takim przykładem. Czasami padam ofiarą swojej szczerości, często też przypisywane są mi słowa, których nigdy nie wypowiedziałam. Brukowce lubią wszystko uogólniać i redukować na potrzeby tytułów prasowych! Wymyślają też coraz to nowe historie: o wszczepianiu implantów w policzki, o tym, jaki rzekomo lubię seks itp.

GALA: Teraz masz okazję wszystko zdementować.

EWA SZABATIN: Po co? To kreatywności redaktorów-fantastów nie zmniejszy. O tym, jaka jestem, niech świadczy moja praca, a nie prasa!

GALA: Josh, Amerykanin, który dwa lata spędził w Bułgarii, przyjechał do ciebie pół roku temu. Jak odnalazł się w Polsce?

EWA SZABATIN: Dobrze, bo mamy fajnych znajomych. Dzięki temu nie czuje się samotny, ale widzę, że czasem tęskni. Gdy w święto Wszystkich Świętych zabrałam go na Powązki, nie ukrywał wzruszenia. Niedawno odszedł jego dziadek, z którym nie mógł się pożegnać. Zrobiliśmy to, zapalając znicz na zapomnianym grobie.

GALA: Czy to prawda, że gdy się tu dla ciebie przeprowadził, prawie wcale się nie znaliście?

EWA SZABATIN: Nieprawda. Poznaliśmy się w sylwestra, rok temu. Josh po studiach podróżował po świecie, a potem postanowił, że będzie działał charytatywnie. Organizacja Peace Corps, w której był wolontariuszem, wysłała go do Bułgarii. Na sylwestra, razem z dwoma kolegami, przyjechał do Polski. Potem jednak musiał wrócić do Bułgarii. Na szczęście pod choinkę dostałam od rodziców komputer. To był najlepszy prezent! Dzięki niemu mogliśmy z Joshem wymieniać się mailami i rozmawiać po kilka godzin dziennie. Znajomi mnie nie poznawali – siedziałam w domu nawet w soboty, gdy inni szli na imprezę. Dzięki tym mailom i rozmowom, gdy Josh przyjechał do Polski po raz drugi, wiedzieliśmy o sobie już naprawdę dużo.

GALA: Wtedy zapadła decyzja, że się do ciebie przeprowadzi?

 

EWA SZABATIN: Nie. Nawet gdyby chciał, nie mógłby tego zrobić, bo był związany kontraktem. Josh pojechał do Bułgarii, by pisać m.in. programy edukacyjne. Mieszkał w małej miejscowości, mówiąc delikatnie – dość skromnie. Były przypadki, że wyłączali mu czasowo prąd i wodę, gdy za oknem była minusowa temperatura. On się jednak nie skarżył. Opowiadał o tym jak o pracy, która przynosi mu satysfakcję. Podziwiałam go, bo życie w takich warunkach, z dala od bliskich, to duże poświęcenie. Gdy stanęliśmy pod ścianą i wiedzieliśmy, że musimy coś postanowić albo się rozstać, Josh nie przedłużył kontraktu w Bułgarii i przyjechał tutaj.

GALA: I jak wam się razem mieszka?

EWA SZABATIN: Jesteśmy podobni do siebie, więc w domu non stop jest bałagan. Pełno porozrzucanych płyt, papierów, ubrań. Czasami się wkurzam, bo tego artystycznego nieładu jest dwa razy więcej niż wtedy, gdy mieszkałam sama. Lubię otaczać się pięknymi przedmiotami, a Josh w ogóle nie zwraca na to uwagi. Jego zdaniem to niepotrzebny wydatek.

GALA: Czyli jest oszczędny. A czy znalazł tu sobie jakąś pracę?

EWA SZABATIN: Kilka razy wystąpił jako model, choć nie kręci go to zbytnio. Ma też trochę zaoszczędzonych pieniędzy. Teraz pracuje nad pewnym projektem na biznes w Polsce.

GALA: Wszystko wskazuje więc na to, że powoli się tu zakorzenia. Planujecie wspólną przyszłość, padły już jakieś deklaracje?

EWA SZABATIN: Nie, żyjemy z dnia na dzień, choć oczywiście mówimy sobie, jak widzielibyśmy się w przyszłości. Nie mamy też problemu z wyrażaniem uczuć, nie narzekam więc na brak słowa „kocham”. Skupiamy się na cieszeniu się sobą

GALA: A wyobrażasz sobie siebie jako żonę i matkę?

EWA SZABATIN: Nie myślę o tym, choć miejsce dla dziecka w moim życiu na pewno będzie. Na razie dodatkowy pokój zaadaptowałam na garderobę. Jestem ciuchomanką i mogłabym wydawać mnóstwo pieniędzy na ubrania, buty i torebki. Na szczęście dużo rzeczy wyszukuję w second-handach, np. na Portobello w Londynie.

GALA: Stamtąd też przywiozłaś meble?

EWA SZABATIN: Nie, z Anglii przywiozłam tylko gałkę do szafy i włączniki do świateł. Jeśli chodzi o inne meble, wiele z nich zdobyłam przez przypadek. Na przykład krzesła z kuchni wypatrzyłam w Niemczech w knajpce. Okazało się, że właścicielka wyprzedaje meble, bo zmienia wystrój. Kupiłam je bardzo tanio. Ale wielu rzeczy wciąż jeszcze nie mam.

GALA: Od początku wiedziałaś, jakie ma być to mieszkanie?

EWA SZABATIN: Marzyło mi się, żeby było urządzone w stylu wiejskiej chatki, całe na biało. Ale gdy opowiedziałam o tym pomyśle Kindze Mostowik, projektantce, która pomagała mi je urządzić, spytała mnie, czy na pewno będę w stanie codziennie funkcjonować w bieli. Zaczęła mi proponować różne rozwiązania, ja także przeglądałam magazyny wnętrzarskie. To, co powstało, jest wypadkową pomysłów Kingi i moich.

GALA: Remont wspominasz jako gehennę czy przygodę?

EWA SZABATIN: Momentami to była masakra. Miałam straszne problemy z podłogą. Jest wykonana z żywicy zmieszanej z piaskiem i miała być szara – tak, żeby przypominała beton. Ale pan zatrudniony do jej wykonania wcielił w życie własny projekt i zrobił podłogę kremowo-brązową, a następnie wyjechał za granicę. Na szczęście jego pomocnik doprowadził podłogę do jako takiego stanu.

GALA: To mieszkanie jest domem twoich marzeń?

EWA SZABATIN: Gdy pierwszy raz weszłam do niego po remoncie, przeraziłam się. Szara ściana i podłoga sprawiały, że mieszkanie wydawało mi się zimne. Myślałam: „Boże, jak ja mam tu żyć?!” Nie byłam pewna, czy będę je w stanie oswoić. Na dobry początek postanowiłam dodać trochę złota, różu i fioletu, żeby je ocieplić. Dobrze się tu czuję i to ważne. A jeszcze ważniejsze jest to, że właśnie podpisałam akt notarialny i wreszcie jest tylko moje!

GALA: A do tej pory do kogo należało?

EWA SZABATIN: Po połowie do mnie i mojego byłego partnera. Udało mi się go spłacić i trzeba będzie to opić (śmiech).

GALA: Gratulacje. Musisz dużo zarabiać…

EWA SZABATIN: Nie żartuj sobie. Przez całe życie nic nie zarabiałam. Bo taniec to skarbonka bez dna. Za wszystko musisz płacić sama: przeloty, hotele, stroje. Płacisz też za możliwość wystartowania w jakimś turnieju. A jeśli wygrasz, to dostajesz… puchar. I to wszystko. Gdy pojechałam do Stanów na turniej, razem z partnerem i z drugą parą tancerzy mieszkaliśmy w malutkim pokoiku i jedliśmy tylko tanie jedzenie. A w Londynie nocowałam w miejscu, gdzie w materacu były robaki, które mnie zresztą pogryzły. Gdyby nie moi rodzice, nie wiem, jak bym sobie dała radę. Na szczęście, odkąd pojawiłam się w „Tańcu z gwiazdami”, zaczęłam zarabiać, usamodzielniłam się. Mogę też myśleć o nowych projektach, m.in. o modzie.

GALA: Nie pozostaje mi więc nic innego, jak znowu ci pogratulować. Czy to względy materialne zaważyły na tym, że teraz zostałaś projektantką?

EWA SZABATIN: Nie. Przestałam tańczyć w turniejach i mimo że robimy dużo pokazów z grupą tancerzy, mam czas, by zająć się moją drugą pasją. Modą interesowałam się zawsze. Projektowałam wszystkie swoje sukienki do tańca, robiłam to na tyle dobrze, że z czasem zaczęły się do mnie zgłaszać inne tancerki, abym i dla nich coś wymyśliła. Na moje stroje, gdy jeszcze nie byłam znana, zwracali także uwagę polscy projektanci, np. duet Paprocki & Brzozowski czy Gosia Baczyńska. Gdy poznałam Elę i okazało się, że ona jest tak samo zwariowana na punkcie mody jak ja, postanowiłyśmy wspólnie coś stworzyć, choć przyznajemy się, że nie skończyłyśmy odpowiednich szkół.

GALA: A nie uważasz, że pięć czy nawet siedem tysięcy za sukienkę debiutujących projektantek to jednak za dużo?

 

EWA SZABATIN: Cena sukienki to nie tylko nazwisko projektanta, ale też koszt materiałów, z jakich jest uszyta. Nasze ubrania są drogie, bo zostały wykonane z najlepszych materiałów, m.in. z naturalnego jedwabiu. Nie jest jednak prawdą, że sukienka kosztuje u nas siedem tysięcy. W rozmowie z Olivierem Janiakiem zażartowałam, że tyle kosztuje sukienka z wybiegu. Tak naprawdę modele pokazowe są bezcenne, bo na razie nie planujemy ich sprzedaży. Jeżeli komuś spodobał się dany projekt, może sobie go u nas uszyć na miarę, także z tańszych materiałów. Cena zależy od indywidualnego zamówienia. Szacujemy, że nasze kreacje będą kosztować od dwóch do czterech tysięcy. Aby zacząć przyjmować klientki, musimy skończyć remont butiku. Mam nadzieję, że po powrocie ze Stanów będę mogła do niego zaprosić „Galę”.

GALA: Wcześniej jednak będą święta. Wasze pierwsze wspólne z Joshem. Spędzicie je u ciebie w mieszkaniu?

EWA SZABATIN: Nie, lecimy do jego domu w Seattle. Wreszcie poznam rodzinę Josha. I już się nie mogę doczekać, na razie mieliśmy możliwość rozmawiać tylko na Skypie.

GALA: Czego możemy ci życzyć w nowym roku?

EWA SZABATIN: Może więcej czasu dla przyjaciół i dla siebie. Ostatni rok to był wir pracy i planowanie... Na owoce tej pracy przyjdzie jeszcze poczekać, mam jednak nadzieję, że nowy rok nie zaskoczy mnie niczym niepożądanym.