Kiedy w latach 70. wprowadził się do wieżowca na warszawskim Mokotowie, za oknami wywiesił monstrualną trupią czaszkę na znak protestu przeciwko odhumanizowanym blokom. Le Corbusiera, pomysłodawcę blokowisk, stawia w jednym rzędzie obok Hitlera i Stalina. Mimo to nigdy się stamtąd nie wyniósł.

GALA: Piękny ma pan widok z okien. Na całą Warszawę.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Dobrze, że nie na całą Polskę, bo to najbrzydszy kraj świata.

GALA: A to dlaczego?!

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Zacznijmy od pań. Jak tylko którejś przybywa na wadze, zaczyna wkładać obcisłe rzeczy. I od razu wychodzą nieapetyczne wałeczki. Najgorszy jest ten między biustonoszem a talią.

GALA: Tylko Polki się tak ubierają?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Wszystkie kobiety na świecie, ale Polki aż w 90 procentach, z czego 80 procent ma lekką nadwagę i kiedy włożą kostium, zamieniają się w baleron. Chodzę na gołą plażę, bo nie znoszę tekstyliów. Panie wyglądają w nich strasznie. Kiedyś przede mną szła jakaś koszmarna kobieta w kostiumie. Leżę potem na plaży, podnoszę głowę, a obok mnie dwa metry powierzchni pięknego, opalonego ciała. To była ta sama kobieta! Z kolei na wychudzonych paniach kostium nieapetycznie wisi. Gdy się rozbiorą, wszystko wygląda lepiej.

GALA: To dlatego w 1952 roku gimnastykował się pan nago na dziedzińcu Akademii Sztuk Pięknych? Bo nagość jest piękna?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Tak, tylko trzeba mieć świadomość ciała. Większość kobiet martwi się, gdy coś im wisi. Mówię tak: cyc nie kutas, nie musi stać. Ważne, żeby był ładny. Kształty są różne. To obrzydlistwo, fałda na plecach jest dużo gorsza od wiszącego cycka. Bo cycek stojący może być brzydki, a wiszący ładny.

GALA: Kobiety biorą kredyty na plastyczne operacje piersi. Jak artysta patrzy na takie poprawianie natury?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Z takim samym uznaniem, z jakim panie reagują na mężczyzn z powiększonymi penisami. Wprawne oko natychmiast wychwyci sztuczność. Te wszystkie powiększania, wstrzykiwania w pośladki, o nie! Kiedyś dosadnie skomentowałem to w towarzystwie.

GALA: I spoliczkowano pana?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Nie.

GALA: Nigdy?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Kiedyś coś takiego nieważnego było. Mężczyźni raczej ze mną nie zaczynali, bo wiedzieli, że dwudziestogroszówki zginałem w palcach.

GALA: Wierzę, widziałam pana zdjęcia z tamtych czasów.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Nago?

GALA: W stroju kąpielowym.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Byłem w finale konkursu Mister Polski w 1955 roku. Teraz po operacjach mięśnie mi zginęły, ale kiedyś miałem 42 cm w bicepsie. Dzisiaj przy tych wszystkich testosteronach to nie jest wynik, ale moje bicepsy były naturalne. A wracając do kobiet, nie powinny zwłaszcza usuwać zmarszczek w kącikach oczu. Trzeba je nosić jak Virtuti Militari, bo każda oznacza tysiąc orgazmów.

GALA: Liczba przeżytych orgazmów podbija wartość kobiety?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Oczywiście, to oznaka radości życia. Jak się dziewczyna uśmiechnie i zobaczę te zmarszczki, wiem, z kim mam do czynienia! Trafiam bez pudła.

GALA: Kto jest dziś dla pana uosobieniem kobiecości?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Żeby mnie coś zatkało, to nie ma takiej. Trzy czwarte pań trzeba by odrobinkę podtuczyć.

GALA: Przecież 80 procent ma nadwagę!

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: No i jak się rozbiorą, miło popatrzeć. A najgorsza u pań jest świadomość estetyki. Chociaż przeciętna kobieta mieszka ładniej niż mężczyzna, jej mieszkanie z lekka przypomina burdelik.

GALA: No wie pan! A to dlaczego?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Tak się urządzają. Panie kupują na bazarach „słodkie rzeczy” i z nich sobie harmonię układają, co przypomina burdelik. I za cholerę nie umieją ułożyć bukietów. W ohydnych wazonikach rozstawiają po pięć fiołeczków, po trzy konwalie. To nie do przebaczenia.

GALA: To ja chyba u innych pań bywam.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Niech pani popatrzy na dole (mieszkanie jest dwupoziomowe, rozmawiamy na górze – przyp. autorki), jakie bukieciki moja żona sobie porobiła, a jest historykiem sztuki. Jej koleżanki to w większości panie z wykształceniem plastycznym. U żadnej nie widziałem porządnie ustawionych kwiatów.

GALA: A jak mężczyzna układa kwiaty?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Zaprosiła mnie kiedyś do siebie piękna dziewczyna. Wymyśliłem dla niej oryginalny bukiet. Przychodzę następnego dnia i co widzę? Kwiaty porozkładane po wazonikach w bukiecikach. Mężczyzna nigdy by tego nie zrobił.

GALA: Piękno jest względne, pamięta pan przykład Woltera z ropuchą? Dla samca ropuchy piękna jest jego samica, dla czarnego mieszkańca Gwinei piękno to ciemna skóra, głęboko osadzone oczy i płaski nos. A dla diabła piękno jest rogate.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Istnieją wartości uniwersalne. Zasady harmonii są wszędzie prawie takie same, czy to Chiny, starożytna Grecja, czy Afryka. Nie byłaby inaczej powszechnie uznawana za piękność Naomi Campbell. Chociaż ja akurat czarnych kobiet nie lubię.

GALA: Oj, niepoprawny pan politycznie!

 

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Niepoprawność polityczna stwarza tak wiele bezsensownych hamulców, że nie jestem w stanie jej pojąć. Ona nie ma nic wspólnego z savoir-vivre’em, który zresztą w Polsce się rozleciał wraz z reformą rolną, kiedy to rozbito w proch nasze wielkie obyczaje. A były one od szlachcica zagrodowego po księcia Radziwiłła w Nieborowie takie same. Tyle że jedne ze wspaniałymi sztućcami, kamerdynerami, a drugie bez tej luksusowej oprawy. Problemem był tylko gust Polaków, gdyż u nas wielka sztuka nie przenikała, jak w Niemczech czy Francji, do sztuki ludowej. I dlatego dziś mamy kłopot z urodą kraju.

GALA: Co pana najbardziej irytuje?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Telewizja. Programy miały piękne czołówki, np. „Teleexpress” – pędzący srebrzysty pociąg. I nagle jakiś debil stwierdził, że zimne kolory odpychają i nakazał wszystko wsadzić w jajecznicę. I teraz wszystkie czołówki są obrzydliwie żółte. Nikt też nie zauważył, że większość amerykańskich filmów nie nadaje się do polskiej telewizji, gdyż kopie wymagają innego systemu. Dlatego na ekranach jest brudny obraz, co wprowadza posępny nastrój. A posępność jest groźna, gdyż odbiera ludziom poczucie luksusu.

GALA: A co dla pana jest luksusem?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Szpalery bukszpanowe i ich zapach. Każdy, kto ma domek z ogródkiem, czyli jedna czwarta Polaków, może to sobie zafundować. Luksus, czyli wielki design, dobre zapachy, samochody, biżuteria, to najbardziej dochodowy biznes na świecie. Szkoda, że Polacy nie mają w tym udziału. U nas nadal funkcjonują perfumy „Czar pegeeru”, tylko pod bardziej wyszukanymi nazwami.

GALA: Dostęp do tego wielkiego luksusu nie dodaje Polsce urody?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Luksus jest u nas używany tak samo jak w czasach komunistycznych, kiedy młodzi ludzie dekorowali mieszkania zachodnimi puszkami i butelkami po piwie. Dzisiaj tę rolę pełnią flakony po francuskich perfumach. Potrzeba luksusu jest, ale brak nam jego przywódców, takich jak Dior czy Chanel.

GALA: Polscy projektanci są za słabi?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Nie istnieją w świecie. Kiedyś w Warszawie było kilka luksusowych firm. Kazimierz Balary szył męskie koszule na miarę, a Jan Kielman robił znakomite buty. Dzisiaj jest tylko jedna fabryka, która produkuje Rolls Royce wózków dla dzieci. Proszę mi pokazać jeszcze coś luksusowego. Oscypek? Niedobry ser. Przed wojną mieliśmy jeden z najlepszych serów na świecie – gomółki. Cudo! A ementaler produkowany w majątku siostry mojej matki wygrał europejski konkurs. Ale wymyślono reformę rolną i zniszczono strukturę Polski budowaną przez tysiąc lat: dwory, kapliczki, biblioteki, rolnictwo, wszystko.

GALA: Wolność nie przełożyła się na estetykę?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Wielka moda, kontakt ze światem stają się u nas dowodem prowincjonalizmu. W 1966 roku byłem w Paryżu. Pojawiły się tam pierwsze minispódniczki. Jak szła panienka w mini, komentowała to cała ulica. Po powrocie przeżyłem największy szok uliczny. Wychodzę na Nowy Świat i co widzę?! Nie ma ani jednej dziewczyny, która by nie była w minispódniczce. I na tym polega gust prowincjonalny, że moda jest absolutnie obowiązująca.

GALA: Jeszcze jakieś przykłady?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Tak samo było w końcu XVIII wieku, w okresie dyrektoriatu we Francji. Całkowita zmiana mody. Zamożny szlachcic zajechał w Rzeczpospolitej na przyjęcie do kogoś z wielkiej arystokracji. Wspaniały pałac, tarasy, ogród, a zamiast pięknych polskich kobiet same Diany i Minerwy. Gospodyni chodziła z łukiem, a za cały strój miała przepaskę na biodrach. W Paryżu tak pokazało się na przyjęciach kilka dam, a do nas dotarło to jako obowiązek.

GALA: W czym dzisiaj przejawia się prowincjonalizm?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Niech pani pójdzie na bal. Wszystkie panie są na czarno. A przecież to nie pogrzeb. Kiedy w okresie socrealizmu ktoś coś napaćkał, krzyczał: „Tak się maluje na Zachodzie!”. Plebeizacja gustów objęła nawet dobra luksusowe. Dostałem niedawno nagrodę w europejskim konkursie na najpiękniejszy autograf – pióro Mont Blanc. Wielka firma, wielkie pudło, a w środku coś, co pisze jak długopis. Po co robić luksusowe pióro, które udaje długopis?! Na jednym z czołowych uniwersytetów dwóch profesorów zaprosiło mnie na obiad. I co widzę w uniwersyteckiej stołówce? 100 metrów kwadratowych siorbiących mózgów. Ja tym ludziom już nie wierzę. Ani prawdom, które odkryją. Bo za prawdą musi stać forma. Powinna istnieć cenzura, która by nad tym czuwała.

GALA: Cenzurę już mieliśmy. Może po prostu telewizja powinna propagować właściwe wzorce?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: I pokazuje. W reklamach. Wchodzi młody człowiek do domu, bierze z lodówki puszkę, wali się na kanapę i je obiad. Mało kto sobie zdaje sprawę ze szkodliwości tej reklamy. Brak formy ma wielki wpływ na życie. Proszę zauważyć, jak paskudni ludzie są u nas w opozycji! Od czasów Łokietka nie było równie brzydkiego rządu jak poprzedni. I działają w sposób wyjątkowo nieszlachetny. Tacy ludzie nie mogą mieć wielkich myśli.

GALA: Interesuje się pan polityką?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Niestety. Często przy polityce jem kolację. A w niedzielę – śniadanie.

GALA: To gdzie ta piękna forma? Mam nadzieję, że jest chociaż śnieżnobiały obrus.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Nie ma, jem na deskach. Przesadna filiżanka Rosenthal to również plebeizacja gustu.

GALA: A polityka przy jedzeniu nie?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Nie dam rady pani przewalczyć.

GALA: A billboardy na ulicach podobają się panu?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Wspólnoty w Stanach Zjednoczonych wywalczyły zakaz umieszczania ich wewnątrz osiedli. I raptem ohydnie wyglądające osiedla stały się luksusowe! Połowę billboardów robią amatorzy. W czasach socrealizmu Lucek Jagodziński zrobił plakat „Zostań górnikiem”. Niuanse w wyrazie twarzy widziało się z odległości 30 metrów. A dzisiaj połowy plakatów nie jestem w stanie odczytać. To wynik nieumiejętności i trochę feminizacji zawodu plakacisty.

GALA: Dlaczegoż to feminizacja zawodu miałaby negatywnie wpływać na przekaz? Antyfeminista z pana wychodzi.

 

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Nigdy nim nie byłem. Lubię kobiety. Ale przykłady mówią same za siebie. Byłem na hiperplebejskim przyjęciu na Mazurach z okazji powieszenia wiechy na domu. Rozmawiano o wspólnocie europejskiej i Karolu Wielkim. Zwykli robotnicy budowlani mieli sensowne uwagi. Zapytałem, skąd mają taką wiedzę. „Bo weszliśmy do Unii, musimy wiedzieć” – odpowiedzieli.

GALA: Musieli się przygotować na pana przyjazd. Pan zawsze o to pyta…

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Nie, nie. Zadałem potem to pytanie paru paniom. Nie wiedziały nic. Niech mi pani wymieni chociaż jedną wielką malarkę...

GALA: Wymienię wielką poetkę Wisławę Szymborską i inną wielką Polkę – Marię Skłodowską-Curie, która nie tylko posiadała wiedzę, ale i miała temperament.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Męża zaje... na śmierć!

GALA: Sam pan widzi, kobieta wyjątkowa! Można się tylko dziwić, że dotąd nie nakręcono o niej filmu.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Przydałoby się porno. Nie żartuję, jej seksualne wyczyny były słynne. Ale… nie było ani jednej wybitnej filozofki.

GALA: Bo wszystkie zostały zawczasu spalone przez mężczyzn na stosach Europy. Mężczyźni zawsze dbali, żeby kobietom się nie przewracało w głowach. W średniowieczu mogły jeść tylko resztki ze stołu, kiedy panowie od niego odeszli.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Wielki savoir-vivre w stosunku do kobiet to był XII–XIII wiek.

GALA: Chyba w drodze na stosy. Kobiety nigdy nie miały dobrego PR. Począwszy od filozofów greckich, którzy uważali, że to gorszy gatunek człowieka, skończywszy na stalinowskich teoriach, głoszących, że skoro ma mniejszy mózg, musi być głupsza...

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Ale w malarstwie była kobieta, która wyrażała ważne rzeczy, Käte Kollwitz. Jej wczesne grafiki, np. „Bunt kaczy”, są wybitne. A wracając do brzydkiej Polski, widziała pani nowy budynek telewizji? Co on pani przypomina?

GALA: Radziecki konstruktywizm, Tatlina i jego „Wieżę”, pomnik Międzynarodówki.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Nawet nie chcę wiedzieć, kto jest autorem jego projektu.

GALA: Powiem panu: Czesław Bielecki.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Nie chciałem wiedzieć, bo miałem zamiar nabluzgać, a teraz nie mogę. To nieudolna kopia z Tatlina.

GALA: Nie tęskni pan za czasami, kiedy mimo trudnych warunków artyści pędzili barwne życie? Mieszkał pan z Hłaską...

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Tęsknię, ale co zrobić. Środowisko się rozleciało. Z Markiem lubiliśmy przesiadywać w Kameralnej. Któregoś dnia, gdy wracaliśmy w nocy, napadło nas trzech byczków. Kazali wyskakiwać z marynarek, butów i pieniędzy. A ja na to: „Chłopaki, uwaga!”. Ich przywódca zorientował się: „O, pan Byk… Przepraszamy pana i pańskiego kolegę”. „Jan Byk” to był mój pseudonim, plebejski na przekór szlacheckiemu nazwisku. Wracamy, a Marek, człowiek gadatliwy, nie odzywa się ani słowem. Przemówił dopiero następnego dnia wieczorem: „Czymże jest sława pisarza? Jedna wielka marność!”. Nie mógł znieść, że zostałem rozpoznany, a on nie. Potem się rozeszliśmy. Trochę za dużo pił, zrobił się zarozumiały. Podobnie było ze Zbyszkiem Cybulskim, który zresztą przeze mnie zginął.

GALA: Przez pana? Zginął pod kołami pociągu, wskakując w biegu.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Wpadł pod pociąg, usiłując wykonać mój popisowy numer: po wskoczeniu do pociągu, trzymając się jedną ręką za uchwyt, drugą trzeba było nakreślić w powietrzu znak chorągiewki.

GALA: Cybulski, Hłasko, Ireneusz Iredyński, Kalina Jędrusik, z każdą z tych osób wiąże się wiele anegdot. O dzisiejszych artystach trudno powiedzieć jedną. Mitologie wymagają czasu czy świat się zmienił?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Kiedyś środowisko artystyczne trzymało się razem. Wszystko o sobie wiedzieliśmy. Van Gogh pisał do innych impresjonistów po trzy listy tygodniowo. Dzisiaj wszyscy są sobie obcy.

GALA: A może kryje się za tym pogoń za pieniędzmi i brak czasu?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Istniały kluby. Siedzieliśmy w nich odizolowani od świata. I tam powstawała wielka sztuka. Najeżdżali na Iwaszkiewicza, który był zaraz po pierwszym sekretarzu partii. Dzisiaj nie ma nikogo o takim autorytecie.

GALA: To może ważna jest sztuka życia?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Nigdy taka myśl nie przyszła mi do głowy, odkąd babcia opowiedziała mi anegdotę o stonodze. Pytają stonogę: „Którą nogą ruszasz?”. A stonoga: „Pierwszą”. Ale potem nie wiedziała, która jest tą pierwszą i nie mogła ruszyć. Jak się zacznie rozmyślać, co to jest sztuka życia, człowiek od razu schodzi na manowce. Robi się podatny na doktryny. Nie czytam książek, bo nie lubię żyć w świecie czyichś złotych myśli.

GALA: Ale kiedyś pan czytał.

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Wszystko, co trzeba, przeczytałem, a jako dziecko pisałem nawet wiersze w stylu Verlaine’a. Poezja jest człowiekowi potrzebna. Kiedy świat się wali, można powiedzieć: „W tej chwili Bóg przelatał pełen wspomnień wiekuistych…”. W czasach studenckich z tym wierszem Leśmiana miałem przygodę. Polska w latach 50. to był socjalistyczny klasztor, a dziewczyny straszne niedajki. Mnie się podobała malarka Maria Anto. Razem rysowaliśmy, czytaliśmy. Ale nic ponadto. Po kilkunastu latach spotykamy się na plenerze. I Maria pyta: „Czy mogę przed kolacją wpaść do ciebie?”. Wchodzi w długiej hinduskiej sukni, odwiązuje kokardkę, staje nago i recytuje całego „Pana Błyszczyńskiego”. Dobrze, aktorsko. Wkłada suknię i wychodzi.

GALA: Pan nie zdążył zareagować?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: To się czuje, kiedy można, a kiedy nie. Recytacja była zamknięciem niedopełnionej historii.

GALA: Zawsze pan mówił, że widz oczekuje od artysty, aby go zgorszył, obraził, zaszokował. Czy to się panu ostatnio udało?

FRANCISZEK STAROWIEYSKI: Udało się w przeciwną stronę. Ludzie tak się przyzwyczaili do tego, że ich gorszę, że są zgorszeni i oburzeni, jak ich nie gorszę.