To jest szokująca książka. Bo dotyka czegoś bardzo intymnego. czegoś, o czym ludzie nie mówią publicznie – odchodzenia, umierania.

Bardziej niż o umieraniu opowiadam w niej o bliskości i czasie, którego okazuje się za mało. Miłość między matką a córką jest jednym z najsilniejszych uczuć. Na co dzień po prostu wiemy, że ta więź istnieje. Pewnie dlatego nie okazujemy czułości tak często jak powinnyśmy. I wtedy wydarza się coś, co każe nam liczyć każdą sekundę. W każdym geście zmieścić tyle miłości, ile to możliwe. Trudno dotknąć tego tematu...

Nie podejrzewałam, że Grażyna Szapołowska tak się odkryje…

Chciałam zapisać, co czuje kochające serce. A odkrywałam moją wrażliwość przez całe życie, tyle że pod maską postaci filmowych lub teatralnych. We wszystkich swoich rolach zostawiałam elementy siebie, własnej psychiki, interpretacji rzeczywistości. Po prostu jest to bardziej komfortowe, bo odbiorcy widzą bohaterów, a nie nas – aktorów. Fantazja jest silniejsza niż realność. Na tym polega piękno sztuki. Niestety to wyobrażenie rodzi też dużo nieporozumień. Może następną książkę napiszę o złudzeniu?

W „Ścigając pamięć” jest bardzo dużo czułości, miłości, ale też bardzo dużo bezradności. Jest pani, jak my wszyscy, bezradna wobec lekarzy, wobec choroby.

Kiedy byłam przy mamie, zrozumiałam, jak niewiele można dać odchodzącej osobie, jak niewiele ja mogę dać mamie. Właściwie nic. Tylko obecność, dotyk, spojrzenie. A może to jest najważniejsze? Sama przeszłam dziewięć operacji nogi i byłam dziewięciokrotnie usypiana. Pamiętam, jak potrzebowałam dotyku przed podaniem narkozy. Zawsze w drodze na blok operacyjny chwytałam dłoń pielęgniarki. Wydawało mi się, że jeśli tego nie zrobię, to nie wrócę, nie wybudzę się. W ostatecznym momencie odejścia dotyk jest szalenie ważny. Nikt nie powinien być wtedy samotny. Wydaje mi się, że chociaż na te ostatnie kilka godzin najbliżsi powinni przyjść, potrzymać za rękę...

Łatwiej byłoby pani napisać książkę o romansach, miłościach, zdradach, szaleństwach młodości. A pani pisze o smutku odchodzenia.

Piszę o jednym i o drugim. Opisywana teraźniejszość splata się z moim wspomnieniem. Jak w życiu. Smutek miesza się ze śmiechem. Powaga z absurdalną codziennością. Szukam leków w aptekach i spotykam kogoś z mojej przeszłości. Sprzątam dom i odnajduję zapomniane listy, zdjęcia, zeszyty z notatkami mamy. Nie funkcjonujemy tylko w jednym czasie. Wszystkie te minuty, godziny nosimy ze sobą. Jestem już dojrzałą osobą. Zaczęłam pisać o tym, co teraz jest dla mnie istotne i ważne. Mogę sobie na to pozwolić. Już nie muszę kokietować świata, uwodzić wszystkich dookoła.

To wymaga odwagi?

Może to wydać się pani dziwne, ale śmierć nigdy mnie nie przerażała. Nie chodzi tu oczywiście o lęk o najbliższych – o córkę czy wnuczkę – bo on zawsze jest. Sama śmierć nie wydaje mi się odpychająca. Chyba ją oswoiłam, zanim zdążyłam się jej bać. I to dzięki sztuce. Był rok 1980. Wystawialiśmy „... i Dekameron” w Teatrze Narodowym. Adam Hanuszkiewicz zaproponował, żebym zagrała Śmierć. „Ja mam grać Śmierć?” – wykrzyknęłam zdziwiona. A Hanuszkiewicz powiedział: „Grażyno, śmierć to jedyna prawdziwa przyjaciółka. Nigdy cię nie zawiedzie”. Jeżeli tak się na to spojrzy, to zupełnie zmienia perspektywę.

Po tym spektaklu w reżyserii Hanuszkiewicza recenzenci pisali: „No, jeżeli Śmierć tak wygląda, to ja bardzo proszę”.

To jest oczywiście takie żartobliwe oswajanie tematu. Byłam wtedy młodziutką aktorką i wydawało mi się to zabawne. Natomiast teraz jest inaczej. Uświadomiłam sobie coś bardzo istotnego – obecność przy odchodzącej osobie, którą się kocha, jest zaszczytem.

To bardzo intymny moment. Tę intymność odnajduje się w pani książce. Opisuje też pani piękne sceny, kiedy masuje pani nogi mamy, maluje jej paznokcie, kładzie się pani przy niej.

To bliskość matki i córki. Czasami długo na nią czekamy. Zrywamy z matką, walczymy z nią, a tak naprawdę marzymy o tym najprostszym geście – przytuleniu. Bliskość matki daje nam energię na całe życie. Zaczyna się to od pierwszych chwil istnienia. W czasach, kiedy rodziłam Kasię, dzieci odbierano matkom natychmiast po porodzie. Dzieci były pozbawiane poczucia bezpieczeństwa, które przecież buduje spojrzenie matki, ciepło jej skóry, fizyczna czułość. Często rozmawiam o tym z Mártą Mészáros, z którą się przyjaźnię. Zastanawiam się, czy nie jest tak, że ta zapomniana tęsknota tkwi ciągle w dzieciach i wpływa na ich obecne życie. Márta bardzo wcześnie straciła mamę. Ale do tej pory pamięta jej ciepło. Otrzymała od niej ten niesamowity „pierwszy dotyk”, jaki pozostaje w człowieku na zawsze. Dotyk miłości. Kilkadziesiąt lat później nadal odnajduje obecność swojej matki w pamięci tego przytulenia.

Czy czuje Pani taki dotyk matki?

Moja mama nie tylko mnie dała ten dotyk, ale także mojej córce. Łagodziła moją nieobecność, gdy nie było mnie przy maleńkiej Kasi z powodu ciągłej pracy. Dlatego wiązało je szczególnie intensywne uczucie i porozumienie. Często się ścierałam z córką. Moja mama nas uspokajała. Zawsze jej mówiła, że wszystko będzie dobrze. Ja panikowałam. Bałam się, że coś zrobię źle i świat się zawali. A mama wtedy powtarzała: „Jeżeli było źle, to teraz będzie dobrze”. Mama miała też bardzo duże poczucie humoru.

A Pani lubi żartować?

 

Żartuję bez przerwy. Lubię tworzyć zabawne sytuacje. Kiedyś byłam z koleżanką w olimpijskim ośrodku sportowym w Spale. Kiedy zmęczone siedziałyśmy przy recepcji, zaproponowałam: „Pobawmy się, pożartujmy”. Na ścianie wisiał ogromny zegar. A my zaczepiałyśmy przechodzących mężczyzn, pytając: „Bardzo pana przepraszam, która jest godzina?”. Oni spoglądali na swoje zegarki i grzecznie odpowiadali. Podnosiłyśmy wzrok na zegar nad nami i stwierdzałyśmy: „A, rzeczywiście. Zgadza się”. Tego rodzaju absurdalny humor uwielbiam.

Ale po co to Pani było? To granie, zaczepianie, ta maska?

Żeby wyjść z ogólnokrajowej depresji.

Także po to, żeby stworzyć ten wizerunek wiecznie uwodzącej, wiecznie grającej?

Nie, nie, nie chodziło o uwodzenie. Nie zaczepiałam ich jako Szapołowska. Byłam normalną dziewczyną ubraną w dres i po prostu żartowałam. Ale w końcu całe życie jest grą.

Ten Pani śmiech, żart to takie wagary od Szapołowskiej?

Tak! Wagary od Szapołowskiej. Jestem na wagarach i piszę książki. Moje „teatralne wakacje” spowodowały silną chęć opowiadania. I zaręczam, że to nie jest takie łatwe. To fizyczna, męcząca praca. Od siedzenia boli pupa i kręgosłup. Czasami nie śpi się w nocy, bo myśli się o scenach.

A pamięta Pani taki moment, kiedy poczuła ścisk w żołądku i lęk związany z tym, że się Pani zestarzała, że już pewnych rzeczy nie zrobi?

Tak. Dopadło mnie to jakieś pół roku po śmierci mamy. Zaczęłam myśleć, że też kiedyś będę w tym miejscu. Coraz mocniej, coraz intensywniej to odczuwam.

Opisy w książce pokazują Pani ogromny spokój. Ale rozpacz potrafi być głośna, nerwowa.

Ludzie różnie reagują. Niektórzy płaczą, inni krzyczą. U mnie to przebiegało inaczej. Wobec tajemnicy stałam się pokorna i cicha. Rozmawiałam z księdzem, który przychodził do mamy. Powtarzał, że w ostatecznym momencie człowiek potrzebuje spokoju. Jego dusza w tych chwilach dostaje „motylich skrzydeł”. Musi się to odbywać w ciszy. Inaczej dusza spłoszy się i pokaleczy.

Mówi Pani, że po tym doświadczeniu stała się odważna. Na czym to polega?

Na szczerości wobec samej siebie. Znałam człowieka, który powiedział mi: „W życiu nie powinno się bać, kłamać i wstydzić się swoich uczuć”. Powtarzał to jak mantrę, tymczasem kłamał, bał się i wstydził swoich uczuć. Znam swoje lęki, słabości. Nie odsuwam ich od siebie, przyznaję się do nich i nie pozwalam, by mnie zatrzymywały. Tracę złudzenia i odbudowuję je. Już się nie boję, że ponownie zostaną mi odebrane.

A przemijanie urody boli?

Urody – nie. Zostawiłam po sobie filmy, sesje zdjęciowe. Wszystko jest gdzieś zapisane. Byłam taka, teraz jestem inna. Bardziej przejmuję się przemijaniem kondycji fizycznej. Kiedyś biegałam z psem dziesięć kilometrów. Ten dystans z wiekiem staje się coraz krótszy. Cały czas dbam o siebie. Szanuję swoje ciało. Są jednak dni, kiedy budzę się zmęczona.

Pamięta Pani pierwsze wspomnienie związane z mamą?

Poza tymi wspomnieniami, które zapisałam w książce, pamiętam święta wielkanocne. Każdego roku mama szyła mi sukienkę jako symbol nowego początku. Wszystkie były w pięknych wiosennych kolorach. Pamiętam jej wzrok, kiedy obserwowała mnie z uśmiechem. Ale pamiętam też, że zawsze się przeziębiałam, bo było to przedwiośnie. Mama nauczyła mnie też krawiectwa. Najpierw ze skrawków materiałów tworzyłam kukiełki – same królewny. Podobały się sąsiadkom. Mama była dumna. Później pod jej czujnym okiem uszyłam pierwszą sukienkę z granatowego aksamitu. Zdałam w niej egzamin do szkoły teatralnej. Chyba mi pomogła.

Ta książka to hołd złożony Pani mamie. Ale zastanawiam się też, jaką Pani była córką. Bo wydaje mi się, że jednak trochę trudną.

Trudne były rozstania. Często się spieszyłam, wyjeżdżałam, znikałam w pracy. Ale wtedy byłam jedyną żywicielką rodziny. Dzięki filmom, kręconym też poza granicami naszego kraju, mogłam podarować mamie tę odrobinę luksusu. Z drugiej strony ta nieustanna gonitwa powodowała, że mama jeszcze bardziej chciała mnie przy sobie zatrzymać. A mogła mi tylko pomagać, nakarmić, przestrzec i pomachać na pożegnanie, tuląc małą Kasię w swoich ramionach.

A Pani jako nastoletnia dziewczyna? Buntowała się Pani przeciwko niej?

Zbuntowałam się tylko raz. Po cichutku wyjechałam do Jeleniej Góry, żeby grać w zespole pantomimy Tomaszewskiego.

Za co teraz chciałaby Pani mamę przeprosić, gdyby Pani mogła?

Może za zbyt częste zmiany, jakie zachodziły w moim życiu...

Dla niej to było trudne?

Dla każdej matki jest trudne, jeżeli coś się kończy i zaczyna się coś nowego. Ale mama słowem nie wspominała, że to jest złe. Każdy mój wybór akceptowała. Po każdym rozczarowaniu mówiła: „Nie przejmuj się. Wszystko się ułoży. Tak musi być”. Tą zdolnością do akceptacji mnie zaraziła. Tak lubimy wszystko negować, a życie jest naprawdę króciuteńkie. Tu nie ma czasu na negację. Jest tylko czas na przeżywanie. Tak samo myślał Krzysiu Kieślowski, który powiedział mi kiedyś bardzo ważne słowa: „Nie możemy kochać ludzi dlatego, że są do nas podobni. Powinniśmy doceniać właśnie to, że są inni. Że są różni, mają inne myśli, inaczej się zachowują”.

Czy dla tej delikatnej, stojącej nieco z boku mamy Pani wyjazdy, plany zdjęciowe nie były zasmucające?

Były, jak dla każdej matki zasmucający jest moment, kiedy dzieci oddalają się od domu rodzinnego. Mama zawsze powtarzała: „Za dużo pracujesz” i „Nie pozwól się rozbierać”. A jeżeli coś zrobiłam dobrze, to zawsze mówiła: „Bardzo ładnie to zagrałaś” albo „Byłaś autentyczna” czy „No, nawet podobało mi się”. Od kiedy pojawiła się prasa kolorowa i zaczęto pisać o mnie nieprawdę, starałam się mamę uchronić. Nie dopuszczałam do niej tych artykułów. Dla rodzin jest to bardziej bolesne niż dla osób opisywanych.

A czym ją Pani zraniła?

 

Na pewno raniłam ją brakiem czasu. Ale ze wszystkich zdarzeń z reguły osadzają się w człowieku jedna, dwie codzienne sytuacje, które zapewne nie mają znaczenia, ale powracają jako ciągły wyrzut. Janek Nowicki kiedyś bardzo pięknie napisał o swojej matce. Nakrzyczał na nią, kiedy stłukła jego perfumy, bo były drogie, francuskie. I do końca życia nie wybaczy sobie, że podniósł na nią głos. Janek kochał matkę szalenie. Wiem, co czuł. Gdy odeszła, zniknął, zerwał próby do „Don Juana”. Adam Hanuszkiewicz ani przez chwilę nie negował jego zachowania. Nie miał pretensji. Zdecydował, że spektakl odłożymy na później. Adam szanował ludzi i wychodził im naprzeciw. Dzięki niemu zagrałam w „Innym spojrzeniu” (film węgierski w reżyserii Károlya Makka – przyp. red.). Byłam wtedy obsadzona w trzech sztukach, panował stan wojenny. Mógł powiedzieć: „Nie zwolnię cię, bo sypie mi się repertuar”, a zamiast tego dodawał mi skrzydeł, mówiąc: „Jedź. To jest twoja szansa. Spotkasz wielkiego reżysera. Zrobicie dobry film”.

Czy w Pani pamięci jest podobna sytuacja do tej, kiedy Jan Nowicki był zły na swoją mamę?

Tak. Pojechałam na plan zdjęciowy. Mama została z Kasią w domu. Były w nim dwie łazienki. Mama używała tej, która znajdowała się na górze, ale tego dnia postanowiła wykąpać się w drugiej, zielonej łazience. Wcisnęła korek, a później nie wiedziała, jak go wyjąć. Trzeba było przekręcić przycisk znajdujący się pod kranem. Kiedy wróciłam, mama stała przy drzwiach. Powiedziała, że coś zepsuła. Nie pomyślałam i rzuciłam, że niepotrzebnie w ogóle używała tej łazienki, skoro ma swoją na górze. Weszłam i zobaczyłam na krawędzi wanny miseczkę, malutką, niewiele większą od dłoni. Mama próbowała przenieść nią całą wodę. Przeprosiłam ją, pokazałam, jak wszystko łatwo działa. Śmiałyśmy się. Może zupełnie nie umiałaby przywołać tego momentu, ale ja mam wciąż przed oczami tę scenę. Innym razem spiesząc się, trzasnęłam drzwiami i nie wzięłam przygotowanych przez mamę konfitur. Do dziś to pamiętam.

W książce pisze Pani, że Jan Frycz po sposobie, w jaki Pani grała, domyślał się, jak czuje się Pani mama.

Janek jest wrażliwą osobą. Obserwował mnie jako przyjaciel, jako aktor i jako człowiek.

A Pani jest dobrą przyjaciółką? Czego nie umie Pani dawać w przyjaźni, w miłości?

Trzeba zapytać mojego Erica, czego nie umiem dawać. Czasami mówi, że jestem zbyt impulsywna. Nie mam w sobie spokoju, za bardzo wszystko przeżywam. On to czuje i też się denerwuje. Niedokończone czy niewyjaśnione sprawy strasznie mnie bolą. Wtedy nie umiem się zachować. Popełniam błędy, zwłaszcza kiedy jestem w pułapce.

Czy doświadczyła Pani bezradności zostawionej kobiety?

Nie. To nie jest bezradność, tylko ból. Kiedy byłam młoda, przeżywałam rozstania. Nieprzespane, nerwowe noce, brak poczucia gruntu pod nogami. Świat się walił. Wtedy ratowała mnie praca. Telefon, reżyser, nowy scenariusz, niesamowita mobilizacja organizmu, wszystko inne zostawiałam za sobą. Każdy scenariusz, każdy film ratują mnie.

W Pani książce jest jedna biała plama, taki martwy punkt – to jest brak ojca. W ogóle nie ma go we wspomnieniach. Dlaczego?

Ojciec miał bliższe relacje z moją starszą siostrą – Lidką. Ze mną nie. Był świetnym myśliwym. Kilkakrotnie zabierał mnie na polowania. Byłam wtedy dzieckiem. Strzelanie do kaczek czy innych zwierząt odczuwałam po prostu jako śmierć. Odszedł od nas, kiedy miałam 11–12 lat.

Trudny moment.

Bardzo trudny. Odsunęłam się od niego. Coś się we mnie bezpowrotnie zamknęło. Całą miłość przelałam na mamę. Ojciec już nie żyje. Pękło mu serce.

To wpłynęło na Pani relacje z mężczyznami?

Być może podświadomie szukałam go w moich partnerach.

Czy dziś jest Pani szczęśliwą kobietą?

Miałam wspaniałą mamę, która odeszła w wieku 91 lat, ale nigdy nie przestanę odczuwać jej miłości. Zdążyłam poznać mamę Erica. Odeszła rok wcześniej od mojej. Mam zawód, jaki mam. Jestem z Erikiem. Moja córka realizuje się, jest reżyserem. Mam cudowną wnuczkę, wspaniałych przyjaciół. To jest szczęście.