"Mieszkam na czwartym piętrze w starej kamienicy bez windy - opowiada Grażyna Wolszczak. - Chodzenie po schodach jest dla mnie testem na kondycję. Jeśli łapię zadyszkę, to znaczy, że trzeba wziąć się za siebie i zacząć ćwiczyć". Niedługo skończy 50 lat, ale kiedy na nią patrzę, nie mogę uwierzyć. Wygląda o kilkanaście lat młodziej i zapewnia, że nigdy nie czuła się lepiej. "Wszyscy mnie pytają, jak ja to robię - uśmiecha się. - Przeczytajcie moją książkę".

GALA: Przechowujesz w zamrażarce swoje zdjęcie?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Ja akurat nie, to patent Iwony Koniecznej, z którą razem napisałyśmy tę książkę. Zdjęcie musi pochodzić z najlepszego okresu w życiu. I zawsze kiedy sięgasz do lodówki, powinnaś obdarzyć się jakimś czułym komplementem. To sposób na opóźnianie starzenia. Nic nie szkodzi spróbować, byleby to nie był jedyny wysiłek.

GALA: Najciekawsze role zaczęłaś dostawać w okolicach czterdziestki.

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Tuż przed. I nadal mam dużo pracy. Aktualnie występuję w czterech przedstawieniach w teatrze. Zaczęłam też zdjęcia do komedii "Nieoczekiwana zmiana płci", do której scenariusz napisał Cezary Harasimowicz (partner życiowy Grażyny - przyp. red.). W filmie gram fikcyjną panią prezydentową. Prezydentem jest Piotr Gąsowski. Prezydentowa trochę z przypadku, trochę z zemsty decyduje się startować w wyborach jako konkurentka męża. Staje się coraz bardziej zdecydowana, męska, on zaś odwrotnie - nabiera wrażliwości, miękkości. Aż pewnego dnia zamieniają się rolami, to znaczy płciami.

GALA: Wcześniej zagrałaś w filmie "Ja wam pokażę!" na podstawie powieści Katarzyny Grocholi. Miałaś wystąpić w serialu telewizyjnym pod tym samym tytułem.

GRAŻYNA WOLSZCZAK: W ostatniej chwili moją rolę dostała Edyta Jungowska. Było mi przykro. Kiedy się z tego otrząsnęłam, spojrzałam na sprawę z innej strony. Co straciłam i czego mi tak żal? No właściwie... Tylko pieniędzy.

GALA: W książce przekonujesz, że pieniądze jednak dają szczęście.

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Dają poczucie bezpieczeństwa, co akurat dla mnie było zawsze bardzo istotne. Czasem na pustą kieszeń pomaga odrobina magii. Ja powiesiłam na ścianie gałązkę lipową zerwaną podczas nocy świętojańskiej. I zadziałało. Pieniądze przyszły z nieoczekiwanej strony.

GALA: Co skłoniło cię do pisania?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: 40-procentowa zniżka na notebooka. Kupiłam komputer w promocji, ale nie umiałam go obsługiwać. Kiedy się wreszcie nauczyłam, przyszła propozycja od wydawcy. Chciał, żebym napisała książkę "Klucz do szczęścia według Grażyny Wolszczak". Wydało mi się to absurdalne, wręcz śmieszne. A potem pomyślałam: zaraz, zaraz, tylu ludzi pyta mnie o różne sprawy, radzi się. I zaczęłam jednym palcem wystukiwać pierwszy rozdział. Szło mi jak po grudzie, bo nie mam smykałki do pisania, ale poczułam, że jest mnóstwo rzeczy, którymi chciałabym się podzielić.

GALA: Nie wolałaś pozostać tajemnicza?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Oczywiście, mam swoje tajemnice, ale chyba niewiele. Żyję spokojnie, bez skandali. Paparazzi nie czatują pod moimi oknami. Prowadzę zdrowy, higieniczny tryb życia.

GALA: Nic dziwnego, skoro się miało mamę higienistkę.

GRAŻYNA WOLSZCZAK: O tak, mama dbała o mnie do przesady, a w sprawach higieny była nieugięta. Konsekwentnie izolowała mnie od otoczenia. Nie jeździłam na szkolne wycieczki, bo to niebezpieczne. Nie jadłam oranżady w proszku, bo to niezdrowe. Boże, jak ja zazdrościłam dzieciom, które zlizywały ją sobie z ręki, a mnie nie wolno było, bo to brud i zarazki. Nie wychodziłam o zmroku, bo ktoś mógłby mnie napaść, do kina mogłam się umówić tylko po południu.

GALA: Dla równowagi tata cię rozpieszczał?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Tata był najważniejszym człowiekiem w moim życiu. Kochałam go nieprzytomnie, a każda chwila bez niego dłużyła się w nieskończoność. Denerwował się tylko wtedy, gdy gubiłam klucze do domu. To on wymyślił mi imię. Pojechał pociągiem w podróż służbową gdzieś na południe i trafił do przedziału, w którym siedziała wyjątkowo rezolutna dziewczynka o imieniu Grażynka. Dosłownie uwiodła go, chociaż ledwo umiała chodzić. I zostałam Grażynką.

GALA: Wierzysz w przeznaczenie?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Wierzę, że to, co się w życiu przydarza, nie jest przypadkowe, że czegoś ma nas nauczyć. Mnie nauczyło, by nie stawiać oporu przeznaczeniu. Czasem lepiej ulec, spasować przed decyzją losu.

GALA: A starość? Wielu się przeciw niej buntuje.

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Da się ją przyjąć bez lęku, ze spokojem, w poczuciu spełnienia. I wierzę, że na taki stan ducha można zapracować. Staram się pielić stresy jak chwasty, wyrywać je z korzeniami i palić w ognisku. Ta metoda okazała się skuteczniejsza niż leki na depresję, kremy przeciwzmarszczkowe czy na cellulit.

GALA: Ale wizyty w salonie urody sobie nie odmówisz?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Uwielbiam zabiegi upiększające. Większość ma działanie relaksujące. Kiedy ktoś się mną zajmuje, a jeszcze wiem, że potem będę wyglądać pięknie, robi mi się lekko i sennie. Moim ulubionym miejscem jest Miejska Farma Piękności w Warszawie.

GALA: Miałaś w młodości kompleksy?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Za nic nie chciałabym mieć znowu osiemnastu lat. Mój stopień niezadowolenia z życia i z siebie był wówczas monstrualny. Pisałam w pamiętniku: "Nie cierpię swojej gęby". Nie nosiłam też bluzek z odsłoniętymi ramionami, wstydziłam się swoich kościstych rąk.

GALA: Kiedy spojrzałaś na siebie inaczej?

 

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Pierwszy raz, gdy kolega z liceum plastycznego zrobił mi sesję zdjęciową. Zaczęłam coś w sobie dostrzegać. Potem w jakimś piśmie zobaczyłam modelkę z figurą podobną do mojej. Nic jednak nie było w stanie skrócić mojej udręki związanej z nosem. Miał garb u nasady. Przeżywałam katusze, kiedy musiałam siedzieć bokiem do chłopaka, który mi się podobał, darłam wszystkie swoje zdjęcia z profilu.

GALA: Aż wreszcie odkryłaś, że to nie nos jest ważny, lecz to, co dzieje się w głowie.

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Późno to odkryłam. W mojej książce opisuję obserwacje, jakie poczyniłam na rozdaniu Feliksów, polskich Oscarów, w Warszawie. Impreza wlokła się niemiłosiernie. Panie zaczęły wstawać i wychodzić. Wymykały się chyłkiem skulone, między stolikami, chciały być niewidzialne. Tylko Magda Cielecka wstała wyprostowana jak świeca, pewna swej klasy i urody. I przemaszerowała z wysoko uniesioną głową, zmuszając nas wszystkich do podziwiania każdego szczegółu jej postaci. Tamte kulące się panie wcale nie wyglądały gorzej, ale prawdopodobnie nie miały o tym pojęcia. Mnie też trudno, po latach niezadowolenia z siebie, zmienić nawyk przemykania pod ścianą. Wciąż się tego uczę.

GALA: Wiesz, jak zrobić dobre wrażenie?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Zacytuję jedną z rad Diane Brill, amerykańskiej modelki o wyglądzie lalki Barbie i z włosami Violetty Villas. Oto jej sposób na wielkie wejście: najważniejsza jest postawa. Głowa do góry, dumna poza, pełna witalnej energii. Patrz przy tym śmiało, omiataj wzrokiem obecnych. Wyobraź sobie, że Brad Pitt, zwisając z sufitu, złapał cię za biustonosz i ciągnie do góry. Ramiona do tyłu, krok zdecydowany. Naprzód!

GALA: Wiadomość zostawiona na poczcie głosowej może być początkiem romansu?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Romansowanie wymaga zimnej krwi i refleksu, więc trzeba błyskawicznie się rozluźnić. Na sygnał początku nagrania musisz mieć głos kobiety w dobrym nastroju. Postaraj się mówić odrobinę wolniej, trochę niższym głosem, jakbyś w myślach hołubiła słodką tajemnicę. To poruszy w nim instynkt odkrywcy.

GALA: Cezarego Harasimowicza też zdobyłaś sposobem?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Kilka lat temu zrozumiałam, że nie chcę być sama. I napisałam list do Pana Boga z zamówieniem na seksownego monogamistę. Jakiś czas potem fotograf z agencji pokazywał mi zdjęcia, jakie zrobił. Nagle patrzę: Czarek Harasimowicz! Znałam go z dawnych czasów, z Wrocławia. Kiedyś graliśmy w jednym filmie, nawet całowaliśmy się służbowo. Na zdjęciu dostrzegłam wytatuowane azteckie słońce na jego ramieniu, które prezentował z tajemniczym uśmiechem. Zadzwoniłam, żeby pożartować z tego wizerunku.

GALA: Twój list dotarł do adresata.

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Nie od razu. Minął rok bez żadnego kontaktu, aż niespodziewanie dostaję SMS-a od Czarka. Okazało się, że rozwiódł się, mieszka z mamą i ona kupiła pismo ze mną na okładce. Zaczęliśmy się spotykać. Wierzę, że ktoś na górze ułożył ten scenariusz, ja tylko mogłam w lot złapać szansę albo ją przegapić. Jakieś półtora roku po naszym spotkaniu zajrzałam do szuflady. Razem ze starymi rachunkami telefonicznymi i wyciągami z banku leżał mój list do Pana Boga. Przeczytałam go i coś ścisnęło mnie za gardło. Dostałam sto procent tego, co chciałam!

GALA: A syna dostałaś dzięki Laurze Łącz?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: To było kilkanaście lat wcześniej. Z Laurą dzieliłam garderobę w Teatrze Polskim w Warszawie. Opowiadała mi, jak bez powodzenia stara się o dziecko. Zasiała we mnie niepokój - a jeśli ja nie mogę mieć dzieci? Powiedziałam o tym Markowi (Sikorze, mężowi - przyp. red.) i też zaczęliśmy starać się o dziecko. Minął miesiąc i nic. Tak jak czułam, jestem bezpłodna! - zaniepokoiłam się. Więc w następnym miesiącu tłumaczyłam ginekologowi, że miesiączka się spóźnia, ale to na pewno przez jazdę konną, bo dużo trenuję. Lekarz spojrzał na mnie jak na kretynkę, a potem oznajmił: "Gratuluję, siódmy tydzień". Laurze też się udało zaraz potem.

GALA: Pozwalasz Filipowi na to, czego tobie zabraniano?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Filip jest już dorosły, w tym roku zdaje maturę. Daję mu wolność, ufam mu. Czasem tego nadużywa, ale nigdy poważnie.

GALA: Narzuciłaś domownikom zdrowy styl życia?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Nikogo tym nie katuję. Sami zaakceptowali zmiany, jakie wprowadziłam. Na przykład kiedyś kupowałam dużo słodyczy, które po dwóch dniach znikały. Teraz w domu są suszone owoce i orzechy, gorzka czekolada i batoniki muesli. Nie pijemy krowiego mleka, obywamy się bez cukru i białej mąki. Stosujemy diety, a niekiedy także głodówki. Ale zdarza się nam zjeść też coś niezdrowego. Bez przesady!

GALA: Znasz tyle diet, ćwiczeń gimnastycznych, zdrowych przepisów. Do wszystkich się stosujesz?

GRAŻYNA WOLSZCZAK: Boże broń! Nie miałabym na to czasu.