GALA: Pański serial rozpalił widzów i polityków do czerwoności. Już od tygodni toczy się dyskusja „Londyńczycy a sprawa polska”. Także w Sejmie. Posłanka PO Joanna Fabisiak zarzuciła nawet filmowi, że szkaluje dobre imię Polaków.

GREG ZGLIŃSKI: Przypuszczałem, że tak się stanie. Emigracja to jeden z najbardziej palących problemów społecznych w Polsce. Każdy z nas ma kogoś z rodziny lub ze znajomych za granicą. A przed „Londyńczykami” nikt w filmie nie zajął się falą najnowszej emigracji.

GALA: Ze spokojem przyjmuje pan opinie pojawiające się na forach internetowych, że „Londyńczycy” to film propagandowy, sponsorowany przez rząd, ma zniechęcić młodych do emigracji.

GREG ZGLIŃSKI:  Spiskowa teoria dziejów zawsze cieszyła się u nas wzięciem. Bardziej cieszą mnie wpisy: „Gratuluję, przeżyłem to na własnej skórze”. Ale każdy widzi to przez pryzmat swoich doświadczeń i własnej wiedzy na dany temat. Problem polega na tym, że wielu widzów bierze fikcyjny serial za rzeczywistość. My natomiast nie zamierzamy konkurować z dokumentalistami ani socjologami, którzy powinni przedstawiać obiektywny obraz emigracji. „Londyńczycy” nie są reprezentatywnym filmem o Polakach w Anglii, ale o ludziach z kręgów polonijnych, którym zdarzają się różne historie. I nie są one zupełnie wyssane z palca. Nasi scenarzyści spędzili kilka tygodni w Londynie i opisali wydarzenia z życia wzięte. Oczywiście w filmie jest to udramatyzowane, podkręcone, bardziej wyraziste, ale takie są prawa gatunku. Kręcimy serial, który z założenia ma trafić do szerokiej publiczności. Sensacyjne wątki podnoszą atrakcyjność.

GALA: Tak jak historia Wojtka, granego przez Marcina Bosaka, który handluje narkotykami, współpracuje z rosyjską mafią i kradnie samochody?

GREG ZGLIŃSKI:  To jedna z wielu postaci serialu. Mamy tu całą gamę charakterów. Prawda jest taka, że większość emigrantów szanuje prawo i nie wchodzi w konflikty, ale są też tacy, którzy szukają łatwych pieniędzy. Kradną, kombinują, wykorzystują naiwnych – w dużej mierze – rodaków.

GALA: Czy prawdą jest, że „Londyn potrafi wyciągnąć najgorsze cechy z człowieka”, jak ktoś napisał na forum internetowym?

GREG ZGLIŃSKI:  Na wyjeździe równocześnie zyskuje się i traci. Ktoś, kto nie ma doświadczeń emigracyjnych, nie zdaje sobie sprawy, że każdy zarobiony tam funt ma swoją ludzką cenę. Człowiek pozbawiony jest nagle tego całego zaplecza emocjonalnego – więzi rodzinnych i przyjacielskich, które tworzy się latami i które są nie do zastąpienia. Znajduje się więc w sytuacji ekstremalnej, musi przetrwać, często odrzucić swoją dotychczasową wizję świata. Zdarza się, że uczucie wyobcowania i tęsknotę topi w wódce, narkotykach, przelotnych związkach.

GALA: Rozwody wśród emigrantów przybrały już rozmiar epidemii?

GREG ZGLIŃSKI:  Często ludzie wiążą się ze sobą w nieco cieplarnianych warunkach. Mają wsparcie rodzin, przyjaciół, jakąś pracę, a co za tym idzie – pewne poczucie bezpieczeństwa. To również może sprawić, że widzi się partnera przez pryzmat otoczenia. Na emigracji ta otoczka opada. W serialu test na trwałość małżeństwa przechodzą Ewa (Gabriela Muskała) i Marcin (Robert Więckiewicz). Trzy lata rozłąki powodują, że ginie gdzieś między nimi uczucie bliskości. Ewa na emigracji rozwinęła się, poznała język, inną kulturę. Przestała pełnić wyłącznie rolę żony i matki. I spotkała też nową miłość.

GALA: Niektóre Polki przedstawia pan w niekorzystnym świetle. Nasze rodaczki są „hot and easy” (gorące i łatwe), jak mówi w serialu angielski kolega Darka?

GREG ZGLIŃSKI:  Darek (Przemysław Sadowski), choć obrotny i przystojny, ma kłopoty ze znalezieniem dziewczyny. Wiele Polek nie chce się wiązać na emigracji z rodakami, woli z dużą determinacją ustawić się przy Anglikach. To z życia wzięte.

GALA: Ciekawą postacią w serialu jest dwunastoletni Staś (Michał Włodarczyk), który musi zaadaptować się w obcych warunkach.

GREG ZGLIŃSKI:  Dla dzieci najważniejsze jest po prostu bycie z najbliższą rodziną, z matką i ojcem. Dramat narasta, gdy rodzina rozjeżdża się po świecie. Dzieci tracą grunt pod nogami, czują się porzucone. Buntują się i zaczynają mieć problemy w szkole. Smutne, że co czwarte dziecko w Polsce to eurosierota.

GALA: Oprócz Pawła (Rafał Maćkowiak), który robi karierę w londyńskim City, i Darka, który prowadzi własną firmę, rodakom w pana filmie raczej kiepsko się wiedzie.

GREG ZGLIŃSKI:  Cierpliwości! Według prawideł dramaturgii każdy, kto osiąga sukces, musi najpierw przejść swoją drogę, wcale nie usłaną różami.

GALA: Tylko około ośmiu procent emigrantów pracuje na poziomie swoich kwalifikacji. To marnotrawienie „mózgów”?

GREG ZGLIŃSKI:  Przykładem tego, o czym pani mówi, jest Marcin, świetny nauczyciel historii, który pracuje w londyńskiej knajpie na zmywaku, potem przy przeprowadzkach. Nie oszukujmy się! W Wielkiej Brytanii „nasi” to w ogromnej większości budowlańcy, hydraulicy, kelnerzy, pielęgniarki, sprzątaczki. Duża część emigrantów, którzy pragną awansować do klasy średniej, nigdy nie osiąga tego statusu. Czasami to, co z polskiej perspektywy uchodzi za oszałamiający sukces, w Anglii nim nie jest.

GALA: Jak sami Anglicy oceniają naszych rodaków?

 

GREG ZGLIŃSKI:  To zostało zarysowane w kilku scenach, ale z założenia kręciliśmy film z punktu widzenia Polaków. Ciekawe jest natomiast zainteresowanie Brytyjczyków serialem. Dzienniki takie jak „Guardian” czy „Daily Telegraph” umieściły bardzo pozytywne recenzje, podkreślając, że to unikalna produkcja, którą warto wyemitować w brytyjskiej telewizji. Rozmowy na ten temat podobno są już w toku. Przejmując taki sposób myślenia, ja sam jako Polak chętnie obejrzałbym serial np. o Wietnamczykach w naszym kraju. Ciekawiłoby mnie, jak oni siebie widzą, a przy okazji jak odbierają Polskę.

GALA: W związku z kryzysem mówi się o masowym powrocie Polaków do kraju. Czy któryś z pana bohaterów w drugiej serii „Londyńczyków”, której realizacja jest zapowiadana, wybierze powrotny bilet?

GREG ZGLIŃSKI:  Tego nie mogę pani zdradzić. To tak, jak czytać kryminał od końca...