GALA: Zanim usiedliśmy przy stole, powiedział pan: ,,Córka robi wszystko, czego nienawidziłem”. Mocno powiedziane.

GRZEGORZ TURNAU: Może „nienawidziłem” to za mocne słowo, ale robi rzeczy, na które ja zwykle nie miałem czasu ani ochoty. Na przykład Antosia studiuje. Ja nie miałem na studia ochoty, ale przede wszystkim nie miałem czasu. Jak studiowałem, to już wtedy moje życie miało drugi tor i musiałem wybrać – albo udaję studenta, albo biorę byka za rogi i próbuję zrobić z tego, co mnie cieszy, zawód. A to polegało na śpiewaniu piosenek i uczestniczeniu w kabarecie (Piwnica pod Baranami – przyp. red.). A to, o czym mówiłem pani przed sekundą, to jest po prostu zdrowy tryb życia, na który nie było mnie nigdy stać, a moje dziecko – tak.

ANTONINA TURNAU: Bez przesady.

GRZEGORZ TURNAU: Ona od początku była dzieckiem sportowym, dzięki czemu nauczyłem się jeździć na nartach albo znacznie częściej sięgałem po rower. Uruchamiałem się fizycznie, chociaż mnie to wcześniej okropnie nudziło i męczyło. Wolałem coś poczytać, zagrać...

ANTONINA TURNAU: Bardzo ci dziękuję, tatusiu! Teraz wyjdę na debila, który nic nie czyta, skacze i męczy się na siłowni od rana, a ty to intelektualista, który czyta książki i słucha klasyki.

GRZEGORZ TURNAU: Chodzi o to, że Antosia pięknie stosuje starą zasadę ,,Mens sana in corpore sano” („W zdrowym ciele zdrowy duch” – przyp. red.). Dzieciństwo spędziła na obozach sportowych, na potwornym wysiłku fizycznym: łyżwy, narty, rowery, pływanie albo tenis.

ANTONINA TURNAU: W liceum mi kompletnie przeszło.

GRZEGORZ TURNAU: W liceum paliłaś papierosy jak każdy licealista.

ANTONINA TURNAU: Wróciło mi, jak zaczęliśmy czytać to samo, np. Andrzeja Bobkowskiego, wyrywając sobie książki.

GALA: Myśli pan, że córka, wychowana w wolnej Polsce, dostała bonus od losu?

GRZEGORZ TURNAU: To naiwne i trochę infantylne myślenie, że nam jest dobrze, rodzicom było źle, a dziadkom jeszcze gorzej. To nieporozumienie, bo oceniać możemy tylko wstecz, czyli patrząc historycznie. A skąd ja wiem, czym skończy się jej życie? Nie mam pojęcia, co się zdarzy, nie mogę ocenić przyszłości. Ostatnio, będąc z żoną na urlopie, czytaliśmy w prasie taki niby-horoskop polityczny dla świata na najbliższe 50 lat. Wyszło temu panu, jakiś Amerykanin to napisał, że w 2050 roku będzie totalna wojna. Pierwsze, o co twoja mama zapytała, to: ,,Ile Antosia będzie miała wtedy lat?”. Wyszło, że zaledwie 62.

ANTONINA TURNAU: Nie, ja umrę młodo.

GRZEGORZ TURNAU: Młodo umierają wybrańcy bogów, jak mówi poeta, więc uważaj. Antosia jest pierwszym pokoleniem po komunizmie. My, moje pokolenie, niby mieliśmy trudniej, ale z drugiej strony łatwiej. Oni mają łatwiej, a przez to trudniej. Jest w tym paradoks i strasznie łatwo popaść w banał, mówiąc, że im trudniej za młodu, tym lepiej. A niby dlaczego młodym ludziom ma być trudniej? Chodzi raczej o to, żeby było mądrzej.

ANTONINA TURNAU: Myślę, że różnica między nami a wami jest przede wszystkim taka, że my nie mamy wspólnego wroga.

GRZEGORZ TURNAU: Za to macie więcej kolorów. Dużo więcej możliwości, niż myśmy mieli, ale to nie znaczy, że od razu to pokolenie staje się swobodniejsze i ma mniejszy problem ze znakiem zapytania, po co to wszystko. Oni też szukają i potrzebują jakiejś pomocy, autorytetu.

GALA: Krzysztof Zanussi na jednym ze spotkań z młodymi ludźmi powiedział pocieszająco: ,,Młodość to najgorszy moment w życiu. Już potem nigdy nie będzie wam tak źle”.

ANTONINA TURNAU: Nie mam poczucia, że to jest jakiś straszny czas, ale na pewno nie jest najprostszy. Z jednej strony wydaje mi się, że to bardzo ciekawy moment mojego życia, z drugiej nie wiem, co mnie spotka.

GALA: W wieku Antosi podjął pan jedną z najważniejszych decyzji życia.

GRZEGORZ TURNAU: To nie był żaden wybór, tylko właściwie zaniechanie. Myślę, że człowiekowi z wiekiem ubywa wstydu, a rośnie strach. To, o czym mówi Antosia, też przeżywałem. W tym wieku nie podejmuje się decyzji, tylko korzysta z rozmaitych okazji, często przypadkowych. Mam takie wspomnienie z czasów, gdy Antosia była bardzo mała, że nie wiedziałem, co ja mam właściwie dalej robić. Żyć ze śpiewania nie za bardzo się dało, ciągle coś tam pożyczaliśmy, ja jeszcze udawałem studenta. To było przerażające, a żyliśmy jak w bajce. Jak pomyślę, że dziś mógłbym być w takiej sytuacji, ogarnia mnie paniczny strach.

ANTONINA TURNAU: Dziś zostałbyś kierowcą autobusu.

 

GRZEGORZ TURNAU: Na pewno byłbym bliski podjęcia decyzji o szukaniu jakiejkolwiek pracy, natychmiast. Ale w wieku 21–22 lat człowiek w ogóle tak nie myśli. Ma barierę, jakiś bufor psychiczny, co jest właśnie przymiotem i przywilejem młodego wieku, który pozwala nie panikować. Dlatego odpowiedź, która do mnie przyszła, kiedy sam siebie zapytałem – co ja w takim razie mógłbym robić – była jak w dowcipie o bacy: „Baca całe życie wychodził rano z bacówki i niezadowolony krzyczał: »O! k...«. Pewnego dnia wstał, wyszedł, przeciągnął się i krzyknął: »O! Jaki piękny dzień!«. Ale echo, z przyzwyczajenia, odpowiedziało: »... mać, ... mać, ... mać«”. I ja mniej więcej coś takiego usłyszałem. Echo, które mi odpowiedziało: „nic, nic, nic”. Nic, bracie, nie umiesz, musisz śpiewać. Teraz z kolei, jak myślę o sobie, że 42-letni facet dalej śpiewa, to przecież jest niepoważne. Młody ma przynajmniej biologiczny zew.

ANTONINA TURNAU: Nie przesadzaj, nie jest tak źle.

GRZEGORZ TURNAU: Ale zew odpływa, jak u Lampedusy. Coraz większymi strumieniami. W każdym razie dzisiaj byłoby mi znacznie trudniej podjąć jakąś tego typu ważną decyzję, więc rozumiem Antosię, która swobodnie np. ostatnio ogłosiła, że będzie jednak niezależna i wyjedzie do Nowego Jorku.

ANTONINA TURNAU: To taki mój refren od kilku lat: Nowy Jork – ziemia obiecana. Ostatnio doszłam do wniosku, że albo tam nigdy nie dojadę, albo pojadę teraz.

GALA: Co panią tam tak ciągnie?

ANTONINA TURNAU: Nie wiem. Czasami muszę tupnąć nogą i powiedzieć, że wyjeżdżam, mam dość, ale potem mi przechodzi.

GRZEGORZ TURNAU: To był znakomity plan jeszcze pół roku temu, kiedy dolar był po dwa złote.

ANTONINA TURNAU: Kraków jest miejscem, w którym przyjemnie się mieszka. Mam dodatkowo komfort i luksusową sytuację życia w najlepszym tego słowa znaczeniu, ale to nie zawsze jest tylko cudowne...

GRZEGORZ TURNAU: Czasem trochę ogranicza...

ANTONINA TURNAU: Bo cały czas gdzieś są tu dobrzy koledzy tatusia.

GALA: Czyli znani krakowscy poeci, muzycy, aktorzy, pisarze... Córka wychowywała się w środowisku pana przyjaciół.

GRZEGORZ TURNAU: Później, kiedy dorosła, została przez nich zaakceptowana jako dorosły partner, ale proszę zwrócić uwagę, że powiedziała koledzy, a nie koleżanki...

ANTONINA TURNAU: Bo ja generalnie mam kolegów. I to twoich coraz częściej. W każdym razie żyjąc tu, trudno jest – a czasami trzeba – trochę uciec, poczuć się anonimowo. To może za mocno powiedziane, ale poczuć się tak... niewidzialnie. Czasem ogarnia mnie potrzeba takiej właśnie niewidzialności.

GRZEGORZ TURNAU: I jak już ją ogarnia, to wtedy jedzie do Lanckorony, bo to jest jednak łatwiejsze do wykonania niż Nowy Jork.

ANTONINA TURNAU: Czasami wystarczy pojechać na obiad do Willi Tadeusz, bo oni tam genialnie gotują. Ale mit Nowego Jorku jest. Od ,,Manhattanu” Woody’ego Allena przez ,,Śniadanie u Tiffany’ego”, a kończąc na ,,Seksie w wielkim mieście”, który też uwielbiam.

GRZEGORZ TURNAU: Ukazała się niedawno piękna książka pani Małgorzaty Szejnert ,,Wyspa klucz” o dziejach Ellis Island, małej wysepki u wybrzeży Nowego Jorku, gdzie od końca XIX wieku do lat 50. zeszłego stulecia działał port dla imigrantów z całego świata, między innymi ogromnej fali Żydów z Rosji. Tak sobie myślę o małej Tosi, która przybywa tam w 1892 roku z ówczesnym bagażem doświadczeń podróżnych – pod pokładem, w jakiejś sterowni, a nie samolocikiem: cyk-cyk, Kraków – Nowy Jork, cyk-cyk, kompletna nuda.

GALA: Czy pani czuje się czasami przytłoczona talentem ojca?

GRZEGORZ TURNAU: Może powinienem wyjść?

ANTONINA TURNAU: Nie wychodź, odpowiem. Być może za 30 lat, jak nic mi się nie uda w życiu osiągnąć, a wiele na to wskazuje, będę miała z tym większy problem. Na razie nie mam. Zawsze byłam z taty bardzo dumna, nigdy nie wstydziłam się, że nazywam się tak, a nie inaczej. Zajmujemy się trochę innymi rzeczami, więc nie ma powodu, żeby ze sobą konkurować, porównywać się czy sobie zazdrościć.

GRZEGORZ TURNAU: Zazdrościsz mi samochodu.

ANTONINA TURNAU: Ale ty mi go ciągle pożyczasz, więc jakoś to znoszę.

GALA: Pana ostatnia płyta to, w pewnym sensie, wasza wspólna praca.

GRZEGORZ TURNAU: Zleciłem Antosi całą robotę redakcyjną. Płyta miała być sentymentalną podróżą i ona tego pilnowała. Była konsultantem, zaczęła grzebać w archiwach, pojechała do radia, znalazła różne kawałki, o których ja nawet nie pamiętałem.

ANTONINA TURNAU: No i czasem mówiłeś, że nie widzisz powodu, żeby dawać ten czy inny utwór, a mnie się podobały. Niektóre nagrania są nietypowe. Kiedy np. jesteś sam z fortepianem, brzmisz inaczej niż w utworze zaaranżowanym i wymyślonym do ostatniej nuty. A ja lubię taką twoją warsztatową wersję.

GRZEGORZ TURNAU: Podoba mi się to, bo ona powinna mieć do mnie właściwie stosunek pogardliwy: ,,Jezu, co to ma być?!”.

ANTONINA TURNAU: Czasami trochę mam. Ostatnio nie popisałeś się przy „Don Giovannim”.

GRZEGORZ TURNAU: Jechaliśmy na narty i ona mi przyniosła do auta „Don Giovanniego” i kazała mi się zachwycać. Na litość boską, ja wszystko rozumiem, ale jadąc na narty, człowiek chciałby się zrelaksować, a ona siedzi obok i śpiewa równolegle z tym nagraniem, na dodatek po włosku. I jeszcze wykazuje mi moją ignorancję.

GALA: Słuchałam płyty „Do zobaczenia” i zdziwiły mnie utwory, przy których był dopisek: „ulubiona piosenka Antosi”, np. ,,Szli tędy ludzie”. Wszystkie mają wspólny klimat – melancholii, przemijania, niespełnienia. Nie pasowało mi to do pani, zazwyczaj uśmiechniętej, pogodnej.

ANTONINA TURNAU: Zawsze mi się podobała ta piosenka, jest ciekawa, no i napisana do wspaniałych wierszy Leśmiana.

GRZEGORZ TURNAU: Antosia, jak każde dziecko, ma w życiorysie jakiegoś szampana wykończonego za rogiem salonu, z kieliszka cioci czy wujka. Ilekroć się zdarzyło przy dużych imprezach, jeszcze np. w Piwnicy pod Baranami, że Antosia nieupilnowana dopiła gdzieś w kącie kieliszek wina czy szampana, zawsze potem płakała. Ma to po mnie. Bardzo późno nauczyłem się obchodzić z alkoholem tak, żeby mnie nie wprowadzał w ponure stany. Antosia też miała okres melancholii po winie.

 

ANTONINA TURNAU: Po wszelkiego rodzaju zmęczeniu, powiedzmy. Bo ja wolę moll niż dur.

GRZEGORZ TURNAU: Moje dziecko!!! No właśnie, ,,czemu żegnam w moll, nie w dur, nie najlepszą z roku pór”?

GALA: Córka namówiła pana kiedyś na jakieś szaleństwo?

GRZEGORZ TURNAU: Jeździliśmy razem na rajdy samochodowe. Mieliśmy jeepa i dzieliliśmy się prowadzeniem pół na pół. Nie były to poważne trasy, ale dość ryzykowne.

ANTONINA TURNAU: W naszej rodzinie nie jest łatwo znaleźć kamikadze czy Sindbada Żeglarza. Łatwiej o ostrożnych dziwolągów.

GRZEGORZ TURNAU: Gdyby nie wiadome wypadki historyczne, bylibyśmy spokojnym, mieszczańsko- ziemiańskim rodem. W pokoleniu mojego ojca stężenie profesora zwyczajnego na metr kwadratowy jest nieprzyzwoite. Ja i moi bracia się z tego wyłamaliśmy, ale Antosia, mam nadzieję, tę średnią utrzyma.

ANTONINA TURNAU: Może przynajmniej skończę studia. Ale, ale... Obiecałam sobie, że będziemy mówić w wywiadzie, że czytamy ,,Tygodnik Powszechny”, który jest kapitalny i należy go kupować.

GRZEGORZ TURNAU: Antosiu, to nie jest wywiad w telewizji, gdzie możesz pokazać gazetkę i pomachać nią do kamery.

ANTONINA TURNAU: Jakoś tak myślałam, że to zrobi dobre wrażenie.