GALA: Ja to Panu współczuję.

GRZEGORZ MIECUGOW: Bo?

GALA: Bo wciąż musi Pan byćc zabawny i atrakcyjny. Jak każdy człowiek mediów.

GRZEGORZ MIECUGOW: Ależ skąd! Ja jestem sobą. Im bardziej jestem naturalny, tym lepszy na ekranie.

GALA: E tam, nie ma czegoś takiego jak naturalność.

GRZEGORZ MIECUGOW: Jest. To jest zbiór dobrych emocji. I one dobrze przechodzą przez szkło telewizora. Naturalność wypracowuje się z czasem. Pamiętam swoje pierwsze wystąpienie w radiu w roku 1980. Miałem 25 lat. To była katastrofa! Nerwy mnie zżerały, miałem krakowskie naleciałości, więc długo nie wydawano mi karty mikrofonowej, czyli nie miałem prawa wchodzić na antenę na żywo. Ale pewnego razu musiałem to zrobić. Miałem wrażenie, że jest nas dwóch: jeden siedzi i bredzi do mikrofonu, a drugi się temu bredzeniu z boku przygląda i straszliwie się wstydzi. Dziś jestem już po tylu wystąpieniach na żywo, że zachowuję się w telewizji jak w domu, jak na spotkaniu z kolegami.

GALA: Często podkreśla Pan – aby zostać dziennikarzem, trzeba być ciekawym świata. Ale juz Pan troche pożył, zna życie. Wciąż jest Pan tak ciekaw wszystkiego?

GRZEGORZ MIECUGOW: O, proszę pani! Mnie interesują dziwne rzeczy. Jestem bardzo zainteresowany wszechświatem. Mam fioła na punkcie genetyki. Teorie dotyczące kosmosu wciąż nie dają mi spokoju!

GALA: I co Pana tak w tym wszechświecie interesuje?

GRZEGORZ MIECUGOW: Wszystko. A pani nie intersuje informacja, że już za parę lat będzie pani mogła zamówić sobie dziecko o określonym wyglądzie i płci? Że będziemy zmodyfikowani genetycznie? Ja się czuję jak bohater książek Lema. Zmiany zachodzą na naszych oczach! Wszystko tak szybko się zmienia. Jak oglądam „Szkło kontaktowe” sprzed pięciu lat, to nie mogę oczom uwierzyć. Kojarzy mi się z takimi starociami jak „Kobra”. Często też próbuję sobie wyobrazić, jak to było, gdy nie było niczego. Co było przed wielkim wybuchem? Te miliardy galaktyk, miliardy słońc wzięły się z niczego? Niepokoi mnie chłód kosmosu.

GALA: I wtedy od razu pojawia się myśl o Bogu...

GRZEGORZ MIECUGOW: Właśnie. Jakiś Poruszyciel musiał być. Bo tak naprawdę nie mieliśmy prawa powstać. Szansa, że bombardowanie aminokwasów promieniami kosmicznymi stworzy komórkę była bliska zeru. A jednak...

GALA: Miecugow wyszedł z czarnej dziury i bardzo się tym niepokoi...

GRZEGORZ MIECUGOW: Powiem więcej, ja nawet ostatnio zrobiłem obliczenia, które bardzo mnie niepokoją. Skoro mam dwoje rodziców, czworo dziadków, ośmioro pradziadków – to w 12. pokoleniu mam 2000 praszczurów! Jakim strasznym melanżem jesteśmy! Jakim strasznym zbiegiem okoliczności jest, że pani tu jest! Na dodatek mamy szczęście, że nasi praprapraprapradziadowie się spotkali, że nie zachorowali na ospę i nie umarli. No i możemy uważać, że wszyscy jesteśmy spokrewnieni.

GALA: Pan chyba nie lubi chodzić do zoo? Nie jest przyjemnie patrzeć na krewnego – szympansa siedzącego za kratkami?

GRZEGORZ MIECUGOW: Zgadła pani!

GALA: Fajnie jest tak podumać o szympansie czy pantofelku przed wejściem na antenę?

GRZEGORZ MIECUGOW: Fajnie . To daje dystans. Ja wiem, że mam jedno życie. Nie wierzę, że moja dusza pójdzie do jakiegoś raju. Po śmierci rozpadnę się na atomy. A one może w przyszłości będą krzesłem? Atomy krążą. Może jest we mnie kilka atomów, dajmy na to, Kościuszki? Jestem częścią większej całości. Szukam sensu tego wszystkiego. I oczywiście nie znajdę go.

GALA: Nie męczy Pana pytanie, po co to wszystko?

GRZEGORZ MIECUGOW: Męczy. Ale za bardzo nie należy o tym myśleć, bo wtedy lepiej strzelić sobie w łeb.

GALA: A według Pana teorii miłość istnieje? Czy to tylko efekt pewnych reakcji chemicznych w naszym organizmie?

GRZEGORZ MIECUGOW: Myślę, że istnieje...

GALA: Ejże, przecież według Pana teorii to tylko biologia...

GRZEGORZ MIECUGOW: Istnieje jednak coś nadprzyrodzonego. Dowodem na to jest to, że ja wyśniłem katastrofę concorda i okrętu podwodnego Kursk. Nie wszystko da się wyjaśnić racjonalnie. Ostatnio śniło mi się, że mnie jakiś facet wali butelką po głowie.

GALA: Pozwoli Pan, że zinterpretuję ten sen: walka przed Panem wielka.

GRZEGORZ MIECUGOW: Za proste.

GALA: To może: alkohol odbierze Panu rozum?

GRZEGORZ MIECUGOW: To już prędzej. Ostatnio śniło mi się, że jestem klepką w podłodze. Bardzo świadomą klepką. Miałem poczucie, że otaczają mnie klepki, z którymi nie mam kontaktu. I ja jeden, a właściwie: ja jedna widzę kawałek drzwi lekko uchylonych i wiem, że nigdy się nie dowiem, co za nimi jest. Bardzo cierpiałem. Koledzy, gdy opowiedziałem im ten sen, stwierdzili, że chyba jestem chory psychicznie.

GALA: Pan mi się tu wywinął, a ja pytałam, czy miłość istnieje?

GRZEGORZ MIECUGOW: Dobra. Miłości nie ma.

GALA: Są tylko wolne elektrony i reakcje chemiczne?

GRZEGORZ MIECUGOW: Jakiś czas temu w Zakopanem, w barze, przedstawiłem jednej pani teorię Leibniza, że jesteśmy monadami i że nie ma świata. Wstała, krzyknęła: „Chłopaki, ja nie istnieję!” I wyszła z baru. Więc skoro świata nie ma, miłości nie ma, to pani też nie ma.

GALA: To mnie Pan zaskoczył. Ale w przeciwieństwie do tej pani – nie wyjdę. Opowie mi Pan, skąd ma Pan takie dziwne nazwisko?

 

GRZEGORZ MIECUGOW: Mój dziadek przyszedł na świat w 1893 roku w Tbilisi. Jego mama była Ormianką urodzoną z mezaliansu z Gruzinem. Nazywała się Miecugian. Natomiast prababcia po kądzieli związała się z Brunonem Ogulewiczem, który był prawnikiem w Petersburgu. Zorientował się szybko, że świetnym interesem są szyby naftowe , więc pojechał do Tbilisi. I tam poznał moją prababcię. Dziadek uciekł do Polski podczas rewolucji październikowej. Wcześniej zdezerterował z armii i był konwojentem zwłok Chińczyków. Przewoził ciała bogatych kupców chińskich, którzy umarli w Rosji, a ich bliscy pragnęli pochować ich w rodzinnych stronach. Wreszcie z jednym Łotyszem, który – jak się potem okazało – był tajnym agentem Abwehry, zwiał do Polski. Miał przyjaciela oficera, który załatwił mu pracę w majątku w Iwoniczu Zdroju. Moja prababcia, szlachcianka, była garbuską i wyszła za kuśnierza. Z tego związku urodził się mój dziadek i jego brat – najlepszy uczeń z pracowni Kossaka. Podobno większość „kossaków” jest pędzla mojego stryjecznego dziadka.

GALA: W zeszłym roku odszedł Pana ojciec, znany krakowski dziennikarz Bruno Miecugow...

GRZEGORZ MIECUGOW: Dla niektórych śmierć może być ucieczką i wyzwoleniem. Nie zajmuję się śmiercią. Wiem tylko, że się rozpadnę. I już. I wcale mnie to nie przeraża. Zacząłem jedynie bardziej myśleć o przeszłości. Udało mi się dotrzeć do informacji o praszczurze, który urodził się w 1792 roku.

GALA: Kraków wciąż drzemie w Panu?

GRZEGORZ MIECUGOW: Jestem cały z mojego krakowskiego dzieciństwa. W naszej kamienicy mieszkała Wisława Szymborska, której jako noworodek obsikałem sofę. Bywał u nas w domu Mrożek, a na parterze mieszkał Kisiel z rodziną. Po jego synu donaszałem ubranka. Ten Kraków, który ja pamiętam, już nie istnieje. Brakuje mi go. Ja w Warszawie chodzę za wolno. A w Krakowie – za szybko. Bardzo się cieszę, że w Warszawie mieszkam na Żoliborzu, bo tu się chodzi powoli.

GALA: „Szkło kontaktowe” to program publicystyczno- rozrywkowy. Po co w ogóle zajmować się polityką?

GRZEGORZ MIECUGOW: Warto ją rozumieć. Bo jak przypilnuję polityków, to może na starość będę miał lepszą emeryturę? Zajmuję się tym, bo ja bardzo zyskałem na zmianach politycznych. W 1989 r. kupowałem sobie malucha. Teraz jeżdżę subaru.

GALA: I jest Pan szczęśliwszy?

GRZEGORZ MIECUGOW: Tak. Jestem beneficjentem zmian.

GALA: Ale za to, że Pan jeździ coraz lepszymi samochodzmi, ktoś płaci...

GRZEGORZ MIECUGOW: Czuję się odpowiedzialny za wszystkie żyjące istoty. Dlatego segreguję śmieci. Wpłacam jeden procent na zwierzęta. Czuję zobowiązania wobec psów, bo one są naszymi przyjaciółmi od dziesięciu tysięcy lat. Może za mało robię dla byłych PGR-ów na Pomorzu?...

GALA: Po tylu latach pracy w mediach nie czuje się Pan wypalony?

GRZEGORZ MIECUGOW: A skąd! Grywam w wielkich turniejach scrabble’a. Dzięki temu utrzymuję kondycję psychiczną. Namiętnie jeżdżę na nartach. W maju wyjdzie moja książka sensacyjna. Rzecz dzieje się w Nowym Jorku i w Warszwie. Główny bohater próbuje zmienić swoją tożsamość po wstrząsie, jakim była zdrada kobiety. Pisanie było niesamowitą przygodą! Byłem raz w Nowym Jorku, ale w internecie jest kamera, która sprawia, że mogę wejść do hotelu na Manhattanie i wiem, kiedy autobus z Japończykami przysłoni mi sklep po drugiej stronie ulicy. Wie pani, co ja najbardziej lubię oglądać w TV, mimo że mam 600 programów? Odkryłem kanał, który mnie zachwyca. Zbocze góry, szumiące liście. Tak przez trzy minuty. Siedziałem ogłupiały. Nagle przebiegło stado koni. A pod spodem napis: Nebraska, 4:58. To jest program o wschodach słońca. Genialny!

GALA: Całe dnie w wirtualnym świecie TVN i teraz na dodatek fikcja literacka. A gdzie jest konkret w Pana życiu?

GRZEGORZ MIECUGOW: Jedyny konkret w naszym życiu to śmierć, przemijanie, proszę pani... Ale są filozofowie, którzy twierdzą, że niekoniecznie umrzemy.

GALA: Pan jest chyba jednak trochę szalony...

GRZEGORZ MIECUGOW: Trochę?!

GALA: Co Panu w życiu przyszło z trudem?

GRZEGORZ MIECUGOW: Nic. Jestem farciarzem. O nic w życiu nie musiałem walczyć. Wszystko łatwo przyszło. Praca mnie znalazła, miłość mnie znalazła. Szczęście mnie znalazło.

GALA: Każdy dziennikarz wciąż robi jeden wywiad. Ma kilka swoich obsesyjnych pytań. Pana pytanie?

GRZEGORZ MIECUGOW: Po co to wszystko?