Słynni goście? Mogę opowiedzieć o tych, którzy już nie żyją – mówi menedżerka pięciogwiazdkowego hotelu Badrutt’s Palace w St. Moritz. Dobre i to na początek. Pytam o szczegóły. – Jednym z naszych gości był Alfred Hitchcock – zdradza po chwili. A współcześnie? – próbuję dalej. – Wszystkich gości traktujemy jak gwiazdy – oznajmia z uśmiechem. Cóż za szczyt dyplomacji! Stoimy w lobby wśród witryn z klejnotami Cartiera i zegarkami marki Patek Philippe. Dyskretna obsługa nalewa do kieliszków Réserve Badrutt’s Pinot Noir. Wino stworzone dla tego hotelu zdobyło niedawno prestiżową nagrodę magazynu Wine Spectator. Do środka właśnie weszły piękności w futrach. Torby wskazują, że wróciły z zakupów. Gucci, Bulgari, Chanel. St. Moritz zobowiązuje. W pokoju (w sezonie ok. 2200 zł za noc) pod kryształowym żyrandolem gigantyczne łóżko z różowymi poduszkami. Za oknem zamarznięte jezioro. Co roku odbywają się tu turniej polo i widowiskowe wyścigi konne. Na stoliku nocnym czeka termofor z informacją, że to on mnie ogrzeje tej nocy. Nie skorzystam. Wybieram się do sauny. I na basen z widokiem na miasto by night.

Przy śniadaniu menedżerka zdradza sekret. W najlepszym pokoju, z jacuzzi i z widokiem na jezioro, zatrzymuje się czasem Claudia Schiffer. Cierpliwość się opłaciła. Nakładam na talerz świeże owoce (jest środek zimy, a tu cieniutkie paski mango i jeżyny), patrzę na eleganckie narciarki w najmodniejszym „rynsztunku”. St. Moritz to nie tylko luksusowy kurort, ale i jeden z największych ośrodków narciarskich we wschodniej Szwajcarii. Ma aż 350 km tras, leży u stóp najwyższego szczytu tej części Alp – Piz Bernina (4049 m n.p.m.). Sporo jest tras dla początkujących i średnio zaawansowanych. Na tych, którzy lubią sobie pospać i wolą szusować w nocy, czeka najdłuższy w Szwajcarii, 4-kilometrowy oświetlony stok.

Żałuję, że śledztwo nie pozwala mi tu zostać dłużej. Wsiadam do gwiazdy wśród szwajcarskich pociągów – Ekspresu Lodowcowego. Do Zermatt czeka mnie prawie osiem godzin podróży w luksusie. Panoramiczne okna, skośne szyby w dachu i piękne widoki sprawiają, że nie wiem, kiedy mija czas. Pociąg wspina się na 2033 m n.p.m., a ja spokojnie jem lunch i piję wino z pochyłych kieliszków. Przed samym Zermatt pierwsza klasa wypełnia się po brzegi. Wszyscy, niezależnie od grubości portfela, muszą zostawić samochód na parkingu w Täsch. Dalej dojeżdża tylko pociąg. Wypatrujemy Matterhornu (4478 m n.p.m.). To największa gwiazda Zermatt. Trafi am do najstarszego hotelu w mieście – Seiler Hotel Monte Rosa (www.seilerhotels.ch). Wybudowano go dla wspinaczy w czasach, gdy Alpy dostępne były tylko dla nielicznych.

Do kolejek na Klein Matterhorn, które w 40 minut z położonego na wysokości 1600 m n.p.m. Zermatt wjeżdżają na wysokość niemal 4000 m, lepiej nie wsiadać pierwszego dnia. A już na pewno nie wolno zabierać do nich małych dzieci. Nawet dorosłym od tak szybkiej zmiany wysokości łatwo może się zakręcić w głowie. Wokół na fanów narciarskich wyzwań czekają wielokilometrowe trasy. Miłośnicy Bombardino zjeżdżają na włoską stronę do Breuil-Cervinia. Ja wybieram się na szwajcarskie fondue. A ponieważ nie udało mi się wytropić żadnej gwiazdy, pora ruszyć dalej.

Jadę do Klosters, gdzie podobno łatwiej je spotkać. Klosters tworzy jeden ośrodek narciarski z Davos, najwyżej położonym miastem w Europie. Na Światowe Forum Ekonomiczne przyjeżdżają tu najbardziej wpływowi ludzie świata. Od lat bywa tu – i ukryć się tego nie da – książę Karol z rodziną. Zatrzymuje się w Walserhof. Drewniany hotel wygląda jak typowa alpejska chata. Książę ma niepisaną umowę z dziennikarzami: na początku pobytu organizuje konferencję, na której pozwala się sfotografować i odpowiada na kilka pytań. Później ma wolne. Tropem gwiazd docieram do kameralnego hotelu Chesa Grischuna (www.chesagrischuna.ch). W latach 50. nazywano go „Little Hollywood on the rocks”. Bywała tu Audrey Hepburn, mistrz fotografi i Robert Capa, pisarz John Irving, francuska gwiazda Juliette Gréco, pisarka François Sagan, aktorka Grace Kelly, Winston Churchill i brytyjska księżniczka Małgorzata. Specjalnie dla gwiazd zatrudniono nawet nocnego kucharza, by zabawa trwała non stop. Znane nazwiska śledzę w księdze gości nazywanej przez właścicielkę „The Book”. Są wpisy, zdjęcia, wycinki z gazet, serdeczności. Przy kolacji skromna gospodyni zwierza się, że Greta Garbo przyjaźniła się z jej ojcem. Choć nie zatrzymywała się w hotelu, zawsze wpadała na kawę. Gdy Barbara miała niecałe 10 lat, Greta pomogła jej nawet kupić spodnie. Doradziła czarne, bo jak powiedziała, czerń zawsze będzie modna. Miała rację. Łatwo to zweryfi kować w restauracjach i na stokach Klosters.