Ostatnie piętro bloku. Ściany salonu zdobne w obrazki na szkle i grafiki. To ilustracje – okładki do książek pani domu. Pamiątki po przodkach, owalny stół po mamie, wazon po cioci, drobiazgi z biurka dziadka: kryształowy kałamarz, pojemnik na wieczne pióra i mały, dziwny dzwonek. „Obawiam się, że kiedyś służył po to, by dzwonić na lokaja – objaśnia gospodyni z nutą ironii. – Lubię to mieszkanie. I Ursynów. Mam nadzwyczajnych sąsiadów. Nie mam zamiaru się wyprowadzać. Serio mówię – jestem blokerką”.

GALA: Wybitny reżyser Krzysztof Warlikowski otwiera teatr, w którego repertuarze będą „dzieła Eurypidesa, Ajschylosa i Hanny Krall”. Czy dla pani brzmi to równie dobrze jak dla mnie i pani fanów?

HANNA KRALL: Odrobinę szokująco. Ale „Orestea, Alcesta i Apolonia” brzmią pierwszorzędnie. Warlikowski nie pierwszy raz sięga po moje teksty. Kiedyś po „Dybuka”, teraz po historię Apolonii, nad której teatralną adaptacją pracuję. Mieszkała w Kocku, miała trójkę dzieci, czwarte w brzuchu, męża w partyzantce i ukrywała dwudziestu pięciu Żydów. Wszyscy zginęli, poza jednym. Dla bliskich była Polą, Warlikowski nazwał ją Apolonią, bo w tym słowie jest Apollo i Polonia, czego sobie nie uzmysłowiłam.

GALA: Z lektury większości pani opowieści wieje smutkiem. Wcale z nich nie wynika, że człowiek jest dobry z natury. Ani że człowiek to brzmi dumnie.

HANNA KRALL: Byli ludzie nikczemni, była i Pola. Na Lubelszczyźnie jest rzeka Wieprz. Napisałam kiedyś takie zdanie: rzeka dzieliła świat na dwie wielkie połowy, dobra i zła. Po jednej stronie ratowano Żydów, a po drugiej stronie denuncjowano i zabijano. Człowiek przepływał rzekę – i był uratowany. Szefowa mojego wydawnictwa zadzwoniła do mnie: „Jak możesz pisać takie głupoty, że rzeka dzieli świat na dwie połowy! Ja ci to wykreślę, to nie dla Niemców”. Na co ja: „Jak nie rozumiesz, nie powinnaś moich książek wydawać”.

GALA: Bo takie były fakty?

HANNA KRALL: Taka była wojna: wszystko się zdarzyło. Dobra i zła strona świata i rzeki.

GALA: Podróżując przed laty po NRD, RFN, zastanawiałam się, kim napotkani Niemcy byli podczas okupacji.

HANNA KRALL: Miewałam podobne odruchy. W latach 80. byłyśmy z przyjaciółką w muzeum we Frankfurcie i ona spytała starego Niemca o jednej nodze, pracownika muzeum, o obraz, którego szukałyśmy. Na to ja po angielsku: „Ty się go lepiej spytaj, gdzie jest ta jego noga. Pod Kurskiem, Smoleńskiem czy może w Warszawie?”. On to, niestety, zrozumiał.

GALA: Jak się pani udaje, z taką wiedzą o naturze człowieka, uniknąć depresji?

HANNA KRALL: Wychodzę na skarpę nad Narew, patrzę na las za rzeką, widzę, jak rosną kwiaty, świeżo posiana trawa, podlewam ogród o wschodzie słońca. I ogarnia mnie poczucie wdzięczności, że jest świat. Zabrzmiało patetycznie, wiem.

GALA: Rodzaj ucieczki?

HANNA KRALL: Nie, nie uciekam. Wszystko jest we mnie i ze mną. Ludzie mają swoje pojedyncze losy, a mój los jest zwielokrotniony, poszerzony o losy moich bohaterów. Na tym polega istota pracy reportera. Brzemię, bagaż, ale też poczucie, że nałożono na mnie obowiązek i ja się z niego wywiązuję, jak potrafię.

GALA: Kto nałożył?

HANNA KRALL: Los. Życie. Pan Bóg. Duchy umarłych. Nie wiem kto.

GALA: Obcując ze światem niesprawiedliwie umarłych, umie się pani cieszyć, że ten świat trwa?

HANNA KRALL: Być może świat nie ma prawa trwać po tym wszystkim, co się stało. Ale trwa. Więc skoro jest, to trzeba się nim cieszyć.

GALA: Jak udało się pani namówić do zwierzeń Marka Edelmana, który milczał przez trzydzieści lat?

HANNA KRALL: To nie była dociekliwość, to fascynacja człowiekiem. Jego sposobem mówienia, sposobem bycia, prawdomównością. Mądrością człowieka, mądrością lekarza. Wokół PRL-owska sieczka, nuda, szarość, a tu nagle on – taki niesłychany, niepodobny do nikogo. Nie mogłabym o nim nie napisać.

GALA: I pani była pierwsza. Tak jak pierwsza opisała pani niedawno zmarłego Leszka Goździka, Annę Walentynowicz. Pani reportaż o baronie Axelu von dem Bussche, ostatnim z grupy oficerów niemieckich, którzy usiłowali zgładzić Hitlera, i reportaż o terroryście z grupy Baader-Meinhof przetłumaczono i opublikowano w niemieckiej prasie. Tu też była pani pierwsza.

HANNA KRALL: Wszystko z ciekawości. Byłam ciekawa, dlaczego Stefan Wiśniewski, syn więźnia Dachau, oskarżony i skazany za zabicie Schleyera (menedżer, członek partii CDU i prezydent Niemieckiego Związku Pracodawców – przyp. red.), stał się członkiem grupy RAF (radykalna lewicowa organizacja terrorystyczna, działająca w Niemczech od lat 70. do roku 1998 – przyp. red.). Sam odszukał mnie przez wydawnictwo i napisał list z więzienia, po przeczytaniu „Zdążyć przed Panem Bogiem”. Jeździłam do niego do więzienia w Ossendorfie i rozmawialiśmy dzień w dzień przez wiele godzin. Nie, żaden magnetofon. Kartki i długopis. Siedział przy nas tzw. wychowawca.

GALA: W jaki sposób pani pisze?

HANNA KRALL: Zwyczajnie. Ręką. Wstaję rano i piszę. Potem skreślam. Znacznie więcej niż piszę.

GALA: To widać. Ma pani tak skondensowany styl, że jak ominęłam pół strony…

HANNA KRALL: …przestała pani rozumieć? Tak samo mi powiedział Kieślowski: „Za pierwszym razem nie da się tego zrozumieć”. „To przeczytaj drugi raz” – odpowiedziałam. Zwięzłość to widać potrzeba organizmu. W życiu też nie znoszę gadulstwa.

 

GALA: Czytałam pani życiorys w internecie i znalazłam dwie różne daty pani urodzin.

HANNA KRALL: Kiedyś napisałam prawdę, ale niedawno zachciało mi się skręcić te dwa lata. Nie udało się, niestety.

GALA: To teraz na serio...

HANNA KRALL: Żyję w rodzinie polsko-żydowskiej. Kresowa rodzina mojego męża zginęła na Wschodzie. Czasami użyczam coś z mojego życiorysu bohaterom, czasami coś przywłaszczam, ale moje życie nie jest tak pasjonujące, żeby o sobie opowiadać.

GALA: Pewnie, że nie. Praca, praca, praca.

HANNA KRALL: Oprócz tego jeden mąż przez 50 lat, córka, wnuk, kilkanaście książek.

GALA: To i zięć się pewnie udał, nie mówiąc o jego mamie Barbarze Krafftównie.

HANNA KRALL: O tak, Piotr się udał. I Michał – nasz wnuk, który mieszka w Kanadzie, ale mówi po polsku, bo przyjeżdżał do Polski w każde wakacje, odkąd skończył 5 lat. Sprawiedliwie się nim z Basią i jej rodziną dzielimy.

GALA: Mieć teściowe i babcie jak Krall i Krafftówna to jak wygrać los na loterii. Obie z różnych światów.

HANNA KRALL: Może i różnych, ale my się bardzo dobrze porozumiewamy i bardzo się lubimy. Przepadamy za wspólnymi świętami. W ostatnie urodziny Michała urządziłyśmy z Basią bal w knajpie – bez wnuka, bo był akurat w Toronto.

GALA: Jedyny wnuk, i to na końcu świata. Ale pech.

HANNA KRALL: Kiedy oni wszyscy tu przyjeżdżają, a córka wpada nawet służbowo. Kasia miała wspaniałe nauczycielki matematyki, panie: Jakubik w podstawówce i Bieniecką we Fryczu Modrzewskim, dzięki czemu ukończyła matematykę na UW i jest niezłym informatykiem.

GALA: Wnuk dumny jest z pani?

HANNA KRALL: Eeee tam, niespecjalnie. Pilnuje, żeby mu obciachu nie robić przy kolegach.

GALA: Mieszka pani na Ursynowie i na wsi nad Narwią. Jaka jest ta chata na wsi, że tak chętnie pani do niej wraca?

HANNA KRALL: Piękna, leśna. Za laskiem sosnowym jest skarpa, łąka i zejście do rzeki. Co roku przyjeżdżają do nas Warlikowscy, Jacek Poniedziałek, Basia Krafftówna z rodziną, moja tłumaczka z Paryża Margot Carlier, moja wydawczyni Dorothea Rhein, dwie niezawodne przyjaciółki Zosia i Misia. Siedzimy i popijamy wino, które robi mój mąż. Bardzo się dobrze pije te jego wina. I na świeżym powietrzu, i na Ursynowie.