GALA: Ćwierć wieku z ołówkiem w ręku! Młodzi mówią już do ciebie „Mistrzu”?

HENRYK SAWKA: Niektórzy. Myślę, że przez grzeczność, a nie z powodu mojego doświadczenia i wieku. Ten jubileusz jest dość umowny, bo pierwszą publikację miałem jako student w 1980 roku w piśmie „Jantar”, kilka publikacji w solidarnościowej ,,Jedności” i tyle. Zawodowo, czyli regularnie, zacząłem rysować dopiero po kilku latach w „itd”. Mój benefis w szczecińskim Teatrze Polskim odbył się pod hasłem „25 lat za piórkiem”, ale tak naprawdę chodziło o moją ukrytą pięćdziesiątkę. Nie obchodzę urodzin, bo skoro z każdym rokiem jesteśmy starsi, nie ma z czego się cieszyć.

GALA: Jak na mistrza przystało, powinieneś mieć uczniów. Masz?

HENRYK SAWKA: Nie, ponieważ bycia satyrykiem nie można nikogo nauczyć. Można doradzić komuś zdolnemu w sensie warsztatu, ale pomysły są już sprawą indywidualną. Sposób myślenia, kojarzenia, filozofia – to rzeczy, których się nie nabędzie na żadnych studiach. Dlatego tak mało jest wybitnych rysowników, którzy mają wykształcenie plastyczne. Na ogół kończą jakieś studia pokrewne.

GALA: Na przykład polonistykę, jak ty.

HENRYK SAWKA: Właśnie. Do rysowania niezbędna jest wiedza. Filozoficzna, historyczna, socjologiczna, psychologiczna i umiejętność (samo)obserwacji. Dużo czytam ze wszystkich tych dziedzin, co jest zresztą przyjemne. Ale najważniejsze u rysownika jest poczucie realizmu. Wielu ludzi nie lubi mnie za to, że brutalnie sprowadzam ich na ziemię, bo wszyscy idealizują albo się samookłamują.

GALA: To jak się oświadczyłeś żonie? Sprowadzając ją na ziemię?

HENRYK SAWKA: A może to się odbyło przez aklamację? Poza tym byłem młodszy, mój sceptycyzm dopiero raczkował.

GALA: A co spowodowało jego rozwój?

HENRYK SAWKA: Obserwacja. Patrzę na siebie i innych z dystansem. Jak w wierszu Norwida „Fatum”: przychodzi fatum, poeta mu się przygląda i… ma wiersz. W domyśle: zanosi go do wydawnictwa, publikuje i dostaje honorarium. Generalnie twórczość to sprzedawanie swoich problemów w takiej formie, żeby inni mogli się z nimi utożsamić. To umiejętność analizowania i diagnozowania trudności, lęków, depresji.

GALA: Utożsamiasz się z lękami i problemami Polaków?

HENRYK SAWKA: Potrafię je zrozumieć. Rozumiem nawet mohery.

GALA: I ojca Rydzyka też?

HENRYK SAWKA: Pewnie. Świetny biznesmen. Sprytny, przebiegły. Zagospodarował nieużytek, na którym inni postawili już krzyżyk. A on walnął wielki krzyż.

GALA: Rysunki do twojej jubileuszowej książki wybierałeś spośród 12 tysięcy. Poproszę o najlepszy żart.

HENRYK SAWKA: Znawcy przedmiotu za najlepszy uważają ten opublikowany w „itd”. Rok 1985. Siedzi wystraszony facet. Za nim drzwi zamknięte na 100 zasuw, kłódek i łańcuchów. Facet słucha tranzystorowego radia, z którego dochodzą trzaski. A pod rysunkiem podpis: „Waszyngton za zamkniętymi drzwiami”. Kto pamięta rozgłośnię Głos Ameryki i serial „Waszyngton za zamkniętymi drzwiami”, zrozumie dowcip. Gratulowano mi też innego, z czasów premiera Buzka: przed URM-em klęczą panie. Na szybie podobizna Krzaklewskiego, a facet mówi przez telefon: „Zróbcie porządek, bo w oknie URM-u ukazała się Matka Buzka”. Ostatnio szeroki oddźwięk miał dowcip z Kaczyńskim, który mówi: „Uczcijmy pamięć bohaterów Sierpnia minutą buczenia”.

GALA: Ilu z twoich rysunków nie opublikowano z przyczyn natury politycznej? Najtrudniej było chyba za komuny.

HENRYK SAWKA: Kilkuset. Za komuny było najłatwiej. Wystarczyło coś narysować na dowolny temat, a zawsze było to odbierane jako głos przeciw komunie. Dodatkowo rysunek nie tracił na aktualności przez cały ustrój. Wszystko kojarzyło się z komuną i wszystko było przeciwko niej. Jak w rosyjskim dowcipie: Facet rozrzuca ulotki na placu Czerwonym. Podbiegają milicjanci, pałują go, aresztują, wsadzają do suki. Dopiero tam oglądają ulotki. To niezadrukowane, czyste kartki. „Gdzie litery?” – pytają. A facet: „A na ch… litery, kiedy wszystko jasne!”. Narysowałem kiedyś dobrze zbudowaną panią, która leży w łóżku z wymizerowanym panem. On skulony, w piżamce, czyta „Seks partnerski” Lwa Starowicza. Miałem na myśli sytuację obyczajową, a wszyscy mówili: „Ale im dołożyłeś!”. Innym razem narysowałem dwóch policjantów z pałkami, czytających „Księgę rekordów Guinnessa”. „Bijemy?” – pyta jeden z nich. Gratulowano mi wtedy potężnej odwagi i wpływu na rozmontowanie ustroju. Łatwo było zostać bohaterem.

GALA: Jak się zmieniło nasze poczucie humoru w ostatnich latach?

HENRYK SAWKA: Dawniej śmialiśmy się głównie z dowcipów politycznych. Ludzie dzięki temu odreagowywali stres i dowiadywali się, co mają myśleć, albo utwierdzali się, czy dobrze myślą. Dziś za tym tęsknią. Kabarety z większym naciskiem na obyczajowość ich nie zachwycają. Widzowie wychowani na dawnych kabaretach nie oczekują zabawy, tylko tego, żeby im powiedzieć, jak żyć, co mają myśleć i kto jest wrogiem. Moja pierwsza książka wydana u schyłku komuny w nakładzie 15 tys. egzemplarzy rozeszła się w ciągu kilku dni. Teraz to marzenie. A przecież ptaszek na wolności nie będzie śpiewał więziennych piosenek… Każdy zapowiadał, co to dopiero będzie robił, jak nastanie wolność, jakim to będzie Blakiem Carringtonem i jak wspaniały jest kapitalizm, bo się tego naoglądał w amerykańskich serialach. Rzeczywistość jest smutniejsza. Artyści narzekają, że była cenzura. Ale gdyby nie ona, nie byłoby zapotrzebowania na tych artystów. Dziś walki nie ma. Społeczeństwo myśli, że artyści o coś walczą…

GALA: A oni walczą tylko o pieniądze?

 

HENRYK SAWKA: Francuski aforyzm mówi, że ze sztuką jest jak z seksem. Najpierw robi się to dla własnej przyjemności, potem dla przyjemności innych, a w końcu za pieniądze. Znajomy kabareciarz mówi, że gdyby publiczność dowiedziała się, ile biorą za występy, przestałaby się śmiać w kabarecie.

GALA: Z czego się dziś śmiejemy?

HENRYK SAWKA: To ciekawe, bo w czasie IV RP pojawiły się kawały polityczne takie same jak za PRL-u. W publicznych mediach wprowadzono lekką cenzurę i od razu wróciły oddolne inicjatywy śmiechotwórcze. Na szczęście to minęło i coraz częściej śmiejemy się ze spraw obyczajowych. Rzeczywistość dostarcza najlepszych dowcipów. To jak z PiS-em, który twierdzi, że ktoś go niszczy. Nieprawda, PiS niszczy siebie sam. Czasami zdarza mi się śmiać już w trakcie rysowania. Tak było z żartem o Neronie. Neron siedzi na trybunach w otoczeniu pretorianów. W pewnym momencie mówi do nich: „Lwy mi się już przejadły, wypuśćcie Palikota.”

GALA: Kto zasługuje na miano pierwszego satyryka wśród polityków? Właśnie poseł Palikot?

HENRYK SAWKA: Nie, ponieważ to, co robi, nie zawsze jest dowcipne. Czasem to zbyt mocno wykombinowana siłowa prowokacja. Ale parę bezsensownych przepisów zlikwidował…

GALA: Mamy większe poczucie humoru niż inne nacje?

HENRYK SAWKA: Mieścimy się gdzieś między Rosjanami, Niemcami a Włochami. Mamy bardziej wyrafinowane poczucie humoru i jesteśmy cwańsi przez to, że mieliśmy skomplikowaną historię: zabory, państwo wielonarodowościowe i do tego 40 lat komuny, kiedy to każdy Polak potrafił poradzić sobie ze wszystkim. A teraz „uczymy” tego innych. W Niemczech wystarczy, że na pirata drogowego złożą doniesienie trzy osoby i pirat dostaje mandat. Niemiec, który się spolszczył przez małżeństwo z Polką, opowiadał mi, że kiedy ktoś go wkurzy na drodze, dzwoni najpierw na policję, a potem do swojego szwagra i teścia, żeby też zadzwonili. W rezultacie każdy, kto mu podpadnie, dostaje mandat…

GALA: Czy dzięki temu, że wychwytujesz absurdy, udaje ci się coś zmienić?

HENRYK SAWKA: Nie sądzę. Idealiści naiwnie wierzą, że satyrą można coś załatwić, przewalczyć, uświadomić polityków. Nic z tych rzeczy. Politycy są świadomi wszystkiego, co robią. Ich działania są podyktowane chęcią utrzymania się przy władzy. Ale zło nazwane, niebezpieczeństwo określone przestaje być groźne. Rysuję absurdy, żeby je rejestrować. To pasja kolekcjonerska.