HUBERT URBAŃSKI Nauczyłem się odpuszczać

Udostępnij

Do tej pory Hubert Urbański dyplomatycznie milczał o kulisach rozstania z TVN tuż przed szóstą edycją „Tańca z gwiazdami”. Podobno zażądał niebotycznego honorarium. Dziś wraca do „Milionerów”. Gdzie był i co robił przez ostatnie pięć miesięcy? I dlaczego naprawdę odszedł z telewizji, której zawdzięcza karierę?

HUBERT URBAŃSKI Nauczyłem się odpuszczać

Jeszcze niedawno na spotkanie przyjechałby na motorze. To jego pasja. Na pierwszy – małą hałaśliwą WFM 125 – wsiadł, kiedy miał 14 lat. Potem nazbierał na poważniejszą SHL 175. Ostatnio jeździł na pięknym BMW, które sprzedał przed zimą. Nowy motor sprawi sobie dopiero na wiosnę. „Kiedy jeździsz motorem, jesteś dużo bliżej natury” – przekonuje. – Oczywiście liczy się też adrenalina. Musisz być bardzo czujnym i mieć oczy dookoła głowy”. Sam jest bardzo czujny w sprawach rodziny. Ostrożny, cedzi słowa. Przyznaje, że był toksycznym ojcem, dziś stara się to naprawić. Córki Marianna i Krystyna to najważniejsze, obok mamy, kobiety w jego życiu. W czasie naszej rozmowy tylko od nich odbierał telefony.

GALA: Gdzie pan był przez ostatnie kilka miesięcy?

HUBERT URBAŃSKI: W domu.

GALA: I co pan robił?

HUBERT URBAŃSKI: Dużo telewizji oglądałem.

GALA: To jest żart?

HUBERT URBAŃSKI: Nie. Mógłbym swobodnie spędzić przed telewizorem cały 2008 rok. Mówię poważnie (śmiech). Mam masę płyt DVD z serialami, które kupiłem w ciągu ostatniego roku, kiedy jeździłem za granicę. Na przykład w Holandii mają świetny wybór. Wydają na płytach najlepsze seriale z całego świata. Nie można ich zdobyć nigdzie indziej. I co najważniejsze, są w wersji oryginalnej, z napisami po angielsku. Seriale czytane przez lektora albo z dubbingiem uważam za bezsensowne. Szkoda, że nie ma w Polsce żadnej telewizji, która uwierzyłaby w inteligencję widza. U nas prowadzi się go za rączkę, zakładając, że jak dostanie napisy – nawet po polsku – to za nimi nie nadąży! Ostatnio kupiłem w empiku serial „Heroes” z polskim lektorem, którego nie można było wyłączyć. To paranoja!

GALA: Co pana tak pociąga w oglądaniu seriali na DVD? Fakt, że można np. obejrzeć 10 odcinków naraz i poczuć, że uczestniczy się w czyimś życiu?

HUBERT URBAŃSKI: Ekskluzywność takiej sytuacji. Nie lubię, kiedy mi się coś narzuca. Np. redaktor telewizyjnej stacji wymyśla, że drugą serię „Sześciu stóp pod ziemią” będę oglądał w środę, o godzinie 20, kiedy zmęczony po pracy naród odpoczywa w domach. Następny odcinek dopiero w poniedziałek, bo w weekendy lepiej „idą” programy rozrywkowe. A ja mam akurat ochotę obejrzeć ten serial w czwartek o 9 rano, cztery odcinki naraz. I oglądam. Lubię sam sobie dyktować warunki.

GALA: To daleko posunięty indywidualizm. Posiada pan może „do oglądania” ulubiony szlafrok, kubek do herbaty, fotel...?

HUBERT URBAŃSKI: W szlafroku rzadko oglądam telewizję. Mam za to ulubiony, bardzo wygodny fotel. Kupiłem go niedawno. Jest specjalnie wyprofi lowany, lekko wychylony. Tak w nim siedzę, oglądam, gibam się miękko do tyłu i jest mi dobrze. Ostatnio, jak pani wie, miałem dużo wolnego czasu i zauważyłem, że coraz bardziej lubię być w domu. Kiedyś raczej z niego uciekałem: najważniejsza była praca, a jak miałem trochę wolnego, kombinowałem, żeby gdzieś wyjść. Było mi obojętne, co jem, gdzie jem, co piję. Teraz doceniam dobre rzeczy. Zdarza mi się samemu coś ugotować i bardzo mi to odpowiada.

GALA: Kwestia wieku?

HUBERT URBAŃSKI: Nie wiem, czy u mnie to kwestia wieku. Ja właściwie zawsze byłem ostrożny, rzadko się zapominałem, choćby właśnie w jedzeniu i piciu. Mam w domu dużo dobrego alkoholu: koniaki, brandy, whisky, wina. Długo mógłbym nie wychodzić „na miasto” (śmiech). Zawsze jak jestem za granicą, wynajduję coś ciekawego, o czym słyszałem, co mi ktoś polecił. Taszczę potem te butelki w walizkach, wypijam kieliszek, drugi i po roku nadal na półce stoi pół butelki. Teraz dociera do mnie, że można pozwolić sobie na większą swobodę.

GALA: Czuje się pan osadzony w życiu?

HUBERT URBAŃSKI: W życiu jeszcze nie. Ale wreszcie czuję, że jestem u siebie. Mieszkanie jest małe, ale zupełnie mi wystarcza. Kupiłem je kilka lat temu, ale dopiero teraz mam poczucie, jakbym wreszcie je oswoił. Myślałem, że potrzebuję więcej metrów, więcej pokoi. Dziś wolę się ograniczać, niż rozbudowywać. Lepiej się czuję, jak mam mniej: mniej bagażu na lotnisku, mniejsze mieszkanie, mniej przedmiotów w domu. Inaczej człowiek się na tym rozsiada i tego pilnuje, co ogranicza. Mój znajomy marzył o domku letniskowym. Uroczym miejscu na krótkie wypady. Najpierw wymienił okna, potem kupił nowy hydrofor, następnie trzeba było przekopać studnię. Ciągle inwestował. Jak przychodziły wakacje, czuł, że skoro już włożył w dom tyle pieniędzy, to powinien tam pojechać. Ja mam więcej swobody. Jadę tam, gdzie chcę. To miłe uczucie, kiedy ma się niedużo. Tak w sam raz.

GALA: Nie wątpię. Ale z drugiej strony należy pan – jak ja – do pokolenia wychowanego w małym mieszkaniu w bloku. Pamięta pan, jak się człowiek tam dusił?

HUBERT URBAŃSKI: Doskonale to pamiętam: 37 mkw., dwa miniaturowe pokoje i ślepa kuchnia. Na tej przestrzeni żyliśmy we czwórkę: mama, tata, ja i dziadek. Dziadek sam zajmował jeden pokój, bo był po zawale.

GALA: Dziś już by się pan tam nie zmieścił.

HUBERT URBAŃSKI: (śmiech) Wie pani, jakie dane boksera podaje się przed walką?

GALA: Jakie?

 

HUBERT URBAŃSKI: Wagę, wzrost, a potem rozpiętość ramion, od rękawicy do rękawicy. Chodzi oczywiście o zasięg ciosu. Pojawiłem się w mieszkaniu rodzinnym po kilku latach przerwy. Ze zdziwieniem zauważyłem, że jak rozłożę ręce w łazience, to bez problemu opieram lewą dłoń na jednej ścianie, a prawą na ścianie przeciwległej. Na tej miniaturowej przestrzeni mieści się ubikacja, umywalka, pralka, a nawet mała wanna. Świat mojego dzieciństwa skurczył się w jednej chwili do rozmiarów budki telefonicznej. To było niesamowite przeżycie. Teraz bywam tam często, na nowo je oswoiłem.

GALA: Bywa pan tam u...?

HUBERT URBAŃSKI: ...rodziców. Nadal tam mieszkają. Po naszej rozmowie jadę do nich, bo moja mama ma dzisiaj urodziny. Przez wiele lat myślałem tak jak pani, że moi rodzice się tam duszą. Kiedy już mnie było na to stać, za wszelką cenę chciałem ich przeprowadzić do – wydawało mi się – lepszego mieszkania. Było o wiele większe, ładniejsze, w uroczej dzielnicy. Odmówili. Powiedzieli, że tylko tam czują się dobrze, bo znają to miejsce od lat. Mają wszystko: starych przyjaciół, sąsiadów, skwer, park, swoje ulubione zaułki, uliczki, sklepiki. To jest ich świat i nie wyrzekną się go. Długo nie mogłem tego zrozumieć i próbowałem na siłę ich uszczęśliwiać. W końcu dałem spokój.

GALA: To był jednak ładny gest. Rozumiem, że o dobra materialne sam musiał pan w życiu zawalczyć?

HUBERT URBAŃSKI: Moi rodzice byli raczej pogodzeni z tym, że urodzili się w takim, a nie innym momencie historycznym. Jedne rzeczy im się w życiu udały, inne nie. Ojciec czasami wspominał, że zaraz po wojnie wcielono go do wojska, na siłę, prosto ze szkoły. Przez dwa lata ganiał po lasach, ścigając bandy UPA, zamiast się uczyć. Czuł się poszkodowany, ale nie było w nim goryczy. Wystawaliśmy jak wszyscy w kolejkach. Mieliśmy dużego fiata 125p, ale wiele rzeczy było kompletnie poza naszym zasięgiem. Bez wsparcia rodziny, bez znajomości i układów doszedłem do tego miejsca, gdzie jestem. Myślę, że to duży awans zawodowy i finansowy. Społeczny raczej nie. Dlaczego? Bo nie mam poczucia, że z powodu sukcesu należę do innej, lepszej klasy.

GALA: Ostatnie kilka miesięcy był pan bez pracy. To raczej kiepski emocjonalnie stan.

HUBERT URBAŃSKI: Odkąd ukończyłem studia, zawsze pracowałem. Nigdy nie miałem etatu, ale siebie utrzymywałem. Za każdym razem było tak, że jeśli porzucałem jedną pracę, od razu zaczynałem następną. Teraz rozstanie nastąpiło w sytuacji konfliktu, pod wpływem pretensji i nieporozumień. Czułem niepokój. Kiedyś często sobie powtarzałem i układałem w głowie – bo tak było mi łatwiej – że zawsze mogę robić w życiu coś innego. Dziś mam 41 lat, wydeptałem już swoje ścieżki. Rozsądek mi podpowiada, że należy trzymać się tego, w czym jest się dobrym. W pewnym wieku zaczynanie wszystkiego od nowa jest trudne. A z drugiej strony przeświadczenie, że prowadzenie programów to ostatnia rzecz, jaką miałbym w życiu robić, jest lekko dołująca.

GALA: Bał się pan?

HUBERT URBAŃSKI: Czułem rozgoryczenie, że moje rozstanie z TVN odbyło się jak wyjęcie wtyczki z gniazdka. Za prosto, za szybko. Nie mogłem pojąć, jak to się stało, że tak dużo wysiłku poświęciłem na coś, co tak nagle się rozmyło. Było mi trudno ze względów ambicjonalnych. Myślałem, że jak człowiek ciężko pracuje i osiąga pozycję, to może oczekiwać, że raczej będzie się rozwijał, niż pakował manatki. Musiałem jednak zrobić bilans i wyszło, że jest inaczej.

GALA: Nie ma ludzi niezastąpionych – banalna i trochę brutalna prawda.

HUBERT URBAŃSKI: Nigdy nie miałem wątpliwości, że jest inaczej. Stare przysłowie mówi: „Łaska pańska na pstrym koniu jeździ” i dawno wziąłem je do serca. Goryczy dodawała głupawka medialna. Bardzo szybko przedstawiano mnie jako faceta, który chce wielkich pieniędzy za pięć minut pracy. A ja odszedłem, bo różnie rozumieliśmy kształt wzajemnych relacji zawodowych. Wątku finansowego tam w ogóle nie było. Mogłem się więc kopać z koniem i tłumaczyć, że wcale nie poszło o pieniądze, albo tę nagonkę ignorować.

GALA: I milczał pan przez wiele miesięcy mimo tego, co o panu wypisywały gazety i portale internetowe. Ma pan mocne nerwy.

HUBERT URBAŃSKI: Wiele razy zadawałem sobie pytanie, czy słusznie sprowokowałem konflikt. Czy jestem przewrażliwiony, czy było o co walczyć? Z perspektywy czasu wiem, że miałem rację. Jednak z takim myśleniem, takimi oczekiwaniami i tak zawsze będę odbijał się od ściany. Osiągnęliśmy w końcu kompromis, wracam na wizję, ale różnica poglądów pozostaje.

GALA: Może pan tak zwyczajnie wytłumaczyć, o co była cała afera?

HUBERT URBAŃSKI: O poziom kontaktów między ludźmi. O to, w jaki sposób osoby, które ze sobą na co dzień pracują, traktują się nawzajem. Jak się do siebie odnoszą, jakim językiem do siebie mówią, jakie mają wobec siebie oczekiwania, czy się ze sobą liczą. Istnieje coś takiego jak kultura korporacyjna i ja niestety nie potrafię się w tym odnaleźć. Wjeżdżała pani na rondo? Widziała pani, że kierowcy natychmiast zajmują pierwszy pas z lewej strony, blokując innych. Bo jeśli ja wjechałem, jest dobrze. To, czy zmieścił się jeszcze ktoś za mną, to już nie mój problem. Zachowujemy się, jakbyśmy byli jedyni na świecie.

GALA: Myśli pan, że to polska przypadłość?

 

HUBERT URBAŃSKI: Byłem niedawno w Barcelonie. Siedziałem w barze, piłem kawę, można tam też było zjeść kanapkę albo ciasto. System taki, że brało się tacę z zamówieniem, siadało przy stoliku, jadło, piło, a następnie odnosiło tacę. Niedojedzone resztki należało zsunąć do worka, tacę zostawić na ladzie. W pewnym momencie ktoś nie trafił do celu z galaretką. Cała podłoga się zamaziała na zielono. Siedziałem przy swoim stoliku i patrzyłem, jak nikomu to nie przeszkadza. Kobiety ślizgały się w szpilkach, mężczyźni brudzili eleganckie buty i – cholera – nikt nawet nie zawołał kelnera ze ścierką.

GALA: Może po prostu mieli inne problemy.

HUBERT URBAŃSKI: Przecież wiem, że nie postąpili tak dlatego, że u siebie w domu też nie sprzątnęliby tej cholernej galaretki. Po prostu byli zwyczajnie zagonieni, myślami uciekali gdzie indziej. Może od rana opieprzał ich szef idiota? Wiem, że życie bywa momentami tak podłe, że nie ma się ochoty myśleć o innych. Każdy wtedy skupia się tylko na tym, by przetrwać kolejny dzień.

GALA: Pan zawsze się napina?

HUBERT URBAŃSKI: Mniej niż kiedyś. Teraz bardziej myślę o sobie, o bliskich. Nauczyłem się odpuszczać tam, gdzie nie ma to znaczenia. Czasami wydaje mi się, że umiem już odróżniać rzeczy ważne od mniej ważnych i nagle wkopuję się w szczeniacki sposób w głupie sytuacje. Wieczorem, jak już leżę w łóżku, myślę, że znowu zachowałem się jak idiota skończony.

GALA: Co pan robi, kiedy rozsadza pana gniew?

HUBERT URBAŃSKI: Parę razy zdarzyło mi się krzyczeć w samochodzie. Ktoś mi polecił tę metodę. Chyba jest trochę żenująca, ale czasami pomaga. Samo krzyczenie nie jest relaksujące, ale stan po przynosi ulgę. Zaletą jest dyskrecja. Raz darłem się w korku i zauważyłem, że nikt nie zwraca na mnie uwagi. Człowiek jest kompletnie odizolowany i nie wystawia się na pośmiewisko. W mieszkaniu nie polecam. Zawsze znajdzie się sąsiad, który coś usłyszy, a potem trzeba z nim w windzie jechać. To już wolę krzyczeć w samochodzie. 



Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł