To nie była romantyczna kolacja przy świecach, tylko ordynarne porno! Młoda Chinka i dwóch starych facetów. Aż wstyd mi, że jeden z nich to mój ulubiony aktor... był kiedyś moim ulubionym aktorem” – poprawia szybko Hannah Crow, 30-letnia stylistka, która miała pecha natknąć się na Hugh Granta w japońskiej restauracji Roku na londyńskim West Endzie. Zdjęcia zrobione telefonem komórkowym przez oburzoną fankę obiegły prasę codzienną na całym świecie. To nie był przyjemny widok dla wszystkich, którzy mają w pamięci genialne role Granta w „To właśnie miłość”, „Notting Hill”, „Dziennikach Bridget Jones” czy kultowym już filmie, od którego zaczęła się jego kariera, „Cztery wesela i pogrzeb”. Aktor, wyraźnie pod wpływem alkoholu, wpijał się w usta młodej aktorki z Hongkongu, specjalizującej się w branży erotycznej, Shu Qi. W tym samym czasie przyjaciel Hugh, reżyser John Duigan bezceremonialnie łapał dziewczynę za nogi. Nazajutrz agent aktora miał wyjątkowo ciężki dzień. Tłumaczył, że spotkanie jego podopiecznego miało wyłącznie charakter towarzyski i prywatny, a już parę godzin później przyznał, że Shu Qi stara się o rolę u Duigana, a Hugh po prostu się do nich dosiadł. Z oburzeniem dementował, że Chinka jest aktorką porno. Z branżą erotyczną rozstała się podobno już 10 lat temu, a obecnie szuka pracy w zwykłym filmie. Sytuację pogorszyło pojawienie się samego zainteresowanego. Hugh wyszedł do dziennikarzy i posłał wszystkich do diabła. Trudno było potem oczekiwać wyrozumiałości. I rzeczywiście, przez brytyjską prasę przetoczyła się fala krytyki. „Podstarzały playboy” – to było najłagodniejsze określenie uwielbianego do niedawna aktora. Trzeba jednak przyznać, że Hugh na wszystkie epitety solidnie zapracował. Ostatnie miesiące to dla 47-letniego gwiazdora bardzo zły okres pod każdym względem. W 2007 roku nie zagrał w żadnym nowym filmie. Ograniczył się do udzielenia kilku wywiadów przy okazji promocji nie do końca udanego obrazu „Prosto w serce”. Na wiosnę zakończył się jego trwający trzy lata związek z Jemimą Khan, dziedziczką fortuny Goldsmithów. Jemima przyznała, że to ona rzuciła aktora, bo zbyt długo wahał się, czy poprosić o jej rękę. Każdą próbę rozmowy o planach na przyszłość Grant zbywał i kupował bilety na Karaiby lub zabierał „wieczną narzeczoną” na narty do szwajcarskich kurortów. A ona miała już dość nieustannych wakacji. Chciała zamieszkać w jednym miejscu i urodzić dziecko. Hugh bagatelizował jej prośby, a potem bezskutecznie próbował odzyskać utraconą miłość. Spóźnione oświadczyny zostały odrzucone, a Grant został sam.

 

Choć znów jest singlem, nie może narzekać na brak damskiego towarzystwa. W październiku wprosił się na odbywającą się w sąsiedztwie jego domu imprezę studencką, z której wyszedł w kompanii kilku młodych dziewczyn, zachwyconych zainteresowaniem gwiazdora. Bankiet przeniósł się do apartamentu Granta i trwał przez następne dwa dni. Niecały miesiąc później znów było głośno, gdy aktora wyproszono z nocnego klubu Boujis w South Kensington za zbyt śmiałe zachowanie wobec tłumu roztańczonych nastolatek. Według zdegustowanego barmana „wyglądał jak dziadek w otoczeniu niegrzecznych wnuczek”. Przed Bożym Narodzeniem Grant wyjechał na południe Hiszpanii i tam w miejscowości Puerto Banus flirtował z prostytutkami z miejscowego lokalu nocnego Habana Club. Na szampana i inne drinki wydał 430 dolarów, czym – na swoje nieszczęście – zwrócił uwagę niedyskretnego kelnera. „Czy popularny aktor powinien korzystać z usług prostytutek?” – pytał brytyjski dziennik „The Daily Telegraph”. Odpowiedź znaleźć można było już w tytule artykułu: „Hugh przechodzi kryzys wieku średniego”. Ale przecież słabość do płatnej miłości pokazał już jako 34-latek, gdy policja z Beverly Hills zaskoczyła go podczas seksu oralnego z czarnoskórą prostytutką w mercedesie zaparkowanym przy Bulwarze Zachodzącego Słońca. W 13 lat po tamtym wydarzeniu dziennikarze dotarli do Divine Brown, call girl, która zniszczyła reputację Granta. Dzięki sławie zgromadziła spory majątek i posłała dwie córki do prywatnych szkół. Gorzej wspomina to Hugh. „Czy do końca życia mam się z tego tłumaczyć?” – rzuca wściekły, gdy ktoś pyta go o skandal z Beverly Hills. A złośliwe pytania powracają coraz częściej. Aktor, który na ekranie demonstruje poczucie humoru i luz, nie radzi sobie z mediami. Wkrótce zacznie się proces, który wytoczył Grantowi paparazzi zaatakowany... pieczonąfasolą. Ale gwiazdor nie ogranicza się do operetkowych gestów. Natrętnych fotografów potrafi uderzyć lub kopnąć. Zresztą skarżą się na niego nie tylko paparazzi. Zarówno Jemima Khan, jak i Liz Hurley, z którą Hugh rozstał się w 2000 roku po 13 latach spędzonych razem, potwierdzają, że Grant łatwo wpada w złość i wtedy potrafi ukochaną obrzucić najgorszymi obelgami, a nawet pchnąć na ścianę. Skąd się bierze ta frustracja u człowieka sukcesu? „Czuję się absolutnie niespełniony, a jednocześnie boję się, że najlepsze role mam już za sobą” – mówił Grant po premierze „To właśnie miłość”. O nowe role jednak nie walczy. Kalendarz na najbliższy rok ma pusty. Hugh przyznaje, że jego marzeniem było od zawsze napisanie książki. „Kilkakrotnie siadałem już do komputera, ale zawsze po kilku minutach lądowalem na erotycznym czacie” – wyznawał samokrytycznie. Reżyserzy ostrożnie chwalą go za profesjonalizm, ale przyznają, że pracuje się z nim trudno. „Hugh zachowuje się jak primadonna. Po każdym ujęciu biegnie sprawdzić na monitorze, czy dobrze wyszedł. Sceny z nim powtarzaliśmy kilkanaście razy” – wspomina Richard Curtis, który prywatnie przyjaźni się z Grantem, ale pracę z nim na planie „Dziennika Bridget Jones” i „To właśnie miłość” wspomina jako „jeden wielki koszmar”. Może dlatego, że Hugh nie lubi swojej pracy? „Aktorstwo mnie nudzi. To profesja tragiczna. Nie ma nic gorszego niż codzienna orka przed kamerą” – powiedział wprost dziennikarzom po premierze drugiej części „Dziennika Bridget Jones”. Na pytanie, dlaczego wobec tego zgodził się zagrać, pokazał wymowny gest liczenia pieniędzy.

A przecież filmy nie są już dla gwiazdora głównym źródłem utrzymania. Eksperci z dziennika „The Standard” oceniają, że wartość 17 domów, które posiada Hugh w Londynie i okolicach, wzrosła ostatnio z 48 do 70 milionów euro (dla porównania: najwyższa gaża, którą wynegocjował, to „zaledwie” siedem milionów za „Bridget Jones”). Dochód z wynajmu przynosi mu 12 tysięcy euro miesięcznie. Wystarcza na podróże, drinki, utrzymanie luksusowego Astona Martina. Pustkę w życiu osobistym Grant zapełnia zabawą i towarzystwem egzotycznych piękności. Ale ze stylem Piotrusia Pana przestaje mu być do twarzy. Coraz częściej nawet najbardziej zagorzałe fanki widzą w nim irytującego narcyza, a nie inteligentnego przystojniaka. Sam Hugh zdaje się rozumieć, że nie wszystko idzie tak jak powinno. W jednym z ostatnich wywiadów zdobył się na zaskakująco szczere wyznanie: „Dla 30-latka życie singla jest ucieleśnieniem marzeń. Ale facet dobijający pięćdziesiątki powinien mieć kogoś, kto poda mu szklankę wody. Tęsknię za rodziną, chciałbym mieć dzieci, ale żadna kobieta nie chce wyjść za takiego nieudacznika”.