Aperitif, wino, lampka koniaku? Na co ma Pani ochotę?

(śmiech) Nie, dziękuję, nie piję.

Często słyszy Pani taką propozycję?

Zdarza się. Nie wszyscy wiedzą, że nie piję. I tak właśnie odpowiadam. Nie robię z tego wydarzenia, a ludzie nie nakłaniają mnie do picia. Za to czasami zdarza się: „Ojej, przepraszam, zapomniałem”. Wtedy mówię: „Ale nie ma żadnego problemu”. Wiem, że pytanie o to, czy się napiję, będzie mi jeszcze wielokrotnie zadawane.

W jakim momencie życia jest Pani teraz?

Najlepszym z możliwych i mam nadzieję, że każdego dnia będę to mogła powtarzać. Nareszcie pokochałam siebie. Nie da się być szczęśliwym, jeżeli się siebie nie kocha. Nie da się też kochać innych ludzi, nie stworzy się szczęśliwego związku. Nie ma szans na to, aby być dobrą matką, gdy się nie szanuje siebie. Mówienie o tym, że trzeba siebie kochać i że to my jesteśmy dla siebie najważniejsze, jest u nas niepopularne. Dla nas, kobiet, ważniejszy jest mąż, dzieci, rodzice, praca, obowiązki. Już byłam w takim punkcie życia, że chciałam z niego zrezygnować. Szczęśliwie na mojej drodze stanęły anioły. I jestem. Bardzo się z tego cieszę. Widocznie mam tu jeszcze coś do zrobienia. Przeszłam szkołę życia, ale mam nadzieję, że egzamin zdałam.

Była Pani na dnie?

Z tym dnem jest tak, że go nie ma.  Na końcu jest po prostu śmierć. Bo to, co dzisiaj może mi się wydawać nie   do przyjęcia, po jakiś czasie, gdy się do tego przyzwyczaję, powszednieje, czyli dno się przesuwa. Ale nie tylko osoby uzależnione mogą mieć poczucie, że sięgnęły dna, również kobiety doznające przemocy. One także każdego dnia wpadają w coraz głębszy dół. Wydaje im się, że głębszy już być nie może. Niestety okazuje się, że może. Osoba uzależniona nie jest w stanie przestać pić, dopóki nie odczuje konsekwencji picia, które nazywamy dnem. Dopóki nie zrozumie, że to alkohol rządzi jej życiem. Że alkohol robi rzeczy, których się wstydzi, żałuje, których nie chce. A jednak je robi. I to są kolejne dna.

Powszechne dno kojarzy się z rynsztokiem, upodleniem, fizjologią, co pokazał Wojciech Smarzowski w filmie „Pod Mocnym Aniołem”.

Tak, a to nie o to chodzi. Dno jest czymś, co nas upokarza, dla każdego jest to coś innego. Rynsztok, fizjologia – jak ładnie to pani nazwała – i upodlenie są tym, co wynika ze stereotypów, a z nimi chcę walczyć. Alkoholik to osoba chora, która nie może kontrolować swojego życia, ale nie oznacza to, że będzie obsikana leżała pod płotem. Jest tak, że jest pachnąca i stoi   na czele rady nadzorczej korporacji. Ale to alkohol rządzi jej życiem.

Kiedy Pani zrozumiała, że alkohol rządzi jej życiem?

To był proces, długo nie dopuszczałam do siebie myśli, że jestem uzależniona. To mój były mąż jako pierwszy zaczął się niepokoić, że piję za dużo, i to dzięki niemu trafiłam w 2003 roku na pierwszą terapię. Zawsze będę mu za to wdzięczna. Alkoholizm jest wyłącznie skutkiem braków, dysfunkcji, nieumiejętności życia. W moim życiu wszystko się zmieniło wraz z obrączką, która stała się moimi kajdankami. Dlatego jestem przeciwniczką instytucji małżeństwa. Być może jest ono potrzebne w kwestiach prawnych, ale na pewno nie jest czymś, co wiąże ludzi. Zwłaszcza gdy ktoś, jak ja, ma zaburzone poczucie wartości, gdy odczuwa brak ojca. Jestem ofiarą przemocy psychicznej, seksualnej i ekonomicznej. Przekazywałam mężowi wszystkie zarobione pieniądze, a potem zostałam z długami, bez dzieci. Wiele kobiet tkwi w złym, przemocowym związku. Ja zdałam sobie z tego sprawę dopiero pół roku temu, po kolejnych terapiach. Płakałam jak bóbr, bo odkryłam, jak wielką rolę przemoc psychiczna odegrała w moim alkoholizmie i w całym moim życiu.

Pisze Pani, że przez alkohol straciła przyjaciół, znajomych, pieniądze i dobrą reputację. Co było, a może nadal jest, najbardziej dotkliwe?

Dzisiaj wiem już, że tak naprawdę przez moją chorobę alkoholową zyskałam. Najpierw dużo straciłam, dużo wycierpiałam. Ale w ogólnym rachunku zyskałam. Terapia nauczyła mnie, jak dobrze, prawidłowo żyć.

 

I nic Pani nie straciła?

Gdyby mnie pani o to wcześniej zapytała, powiedziałabym: „Tak, straciłam przyjaciół”. Ale to przecież nie byli przyjaciele, bo gdyby byli nimi naprawdę, zostaliby przy mnie. Cieszę się, że odeszli. Co pani zdaniem straciłam jeszcze?

Nie moim, Pani. Cytuję Panią z książki. Wymienia Pani też pieniądze i dobrą reputację.

Pisząc tę książkę, tak myślałam. A teraz jestem wdzięczna losowi za drogę i siłę, jaką dał mi do jej przejścia. Bo wiem, ile zyskałam: wiarę w siebie, zaufanie do siebie. A to najważniejsze, poprowadzi mnie już dalej. Bez tych znajomych, których na szczęście już nie ma. I bez pieniędzy, które straciłam. Teraz wiem, że nie pieniądze są istotą życia. Ciężko żyć bez nich, cały czas mnie to dotyka, ale za żadne pieniądze nie oddałabym tego, kim dzisiaj jestem. Nie oddałabym ludzi, którzy są ze mną teraz, kiedy nie da się na mnie dobrze zarobić.

Przeszła Pani długą drogę do wytrzeźwienia, do siebie.

Bardzo długą i niekończącą się, bo cały czas tę drogę do siebie odnajduję. Przybiegłam teraz do pani z warsztatów wychowywania dzieci, a chwilę wcześniej miałam terapię indywidualną z Alicją, która jest jednym z moich aniołów. Nie wiem, czy bez niej dałabym radę. Siła była we mnie, ale to terapeutka pomogła mi ją wydobyć.  Była przy mnie, kiedy nie wierzyłam, że mogę się podnieść. Bo ja nie byłam już nawet na kolanach, ja leżałam. Chcę tą książką pomóc kobietom, które mają wrażenie, że już nie dadzą rady. Wczoraj napisałam na Facebooku, że jeżeli ktoś straci nadzieję i uzna, że nie warto dalej walczyć, to proszę, by do mnie napisał.

Był odzew?

O, tak, posypało się mnóstwo listów. Są dramatyczne – że oto jestem ostatnią osobą, do której się zwracają, bo za chwilę chcą popełnić samobójstwo. Musiałam się nauczyć nie brać odpowiedzialności za te kobiety, nie pisać: „Przestań, nie rób tego”. Piszę: „Twoja decyzja. Ale muszę ci powiedzieć, że przeszłam podobną sytuację. Też chciałam popełnić samobójstwo, a teraz dziękuję Bogu, że żyję”. Mam to szczęście, że nie boję się szukać pomocy. Dlatego trafiłam na kolejne terapie i warsztaty, teraz wychowywania dzieci – trzy godziny raz w tygodniu, przez dziesięć tygodni. Solidna dawka wiedzy. Na te warsztaty nie przychodzą kobiety, które uważają, że ich stosunki z dziećmi są tragedią. Przychodzą, bo chcą być jeszcze lepszymi matkami. Lub ojcami, ponieważ mężczyźni też biorą w tym udział. A i tak okazuje się, że wciąż popełniamy błędy.

Nie jest możliwe życie bez błędów. Ważne,  by wyciągać z nich wnioski.

Nie ma rodzica idealnego, to nierealne. Wczoraj syn zapytał mnie o któregoś króla, a ja nie wiedziałam. Zaczął się śmiać i mówi: „To jak ty nas, mamo, będziesz uczyć, kiedy zamieszkamy razem?”. Bo chłopcy czekają na ten moment.

Kiedy on nastąpi?

Nie wiem, czekam na orzeczenie sądu. Gdyby to ode mnie zależało, już mieszkalibyśmy razem. Odpowiedziałam   synowi: „Nauczę was tego, czego sama nauczyłam się podczas ostatnich trzech lat terapii: jak dobrze i zgodnie żyć. Jak pokochać siebie. Myślę, że to najważniejsza nauka. A jeżeli będzie trzeba, żebym zdobyła wiedzę o królach, też to zrobię, bo cię kocham”. Nierzetelne media pisały, że straciłam prawa rodzicielskie. Nigdy nie straciłam praw, nikt mi dzieci nie zabrał.

Zdecydowała Pani, że zamieszkają z ojcem do czasu, aż uporządkuje swoje życie?

Nie. Kiedy byłam na początku terapii, usłyszałam od męża, że jeśli mu nie oddam dzieci, on mnie zniszczy. Bałam się, że nie dam rady zachować trzeźwości, tocząc taką batalię. Tylko osoba uzależniona wie, jak trudno jest przestać pić, jak ciężki jest pierwszy rok. A to był pierwszy rok mojego niepicia po bałaganie, jakiego sobie przez alkohol w życiu narobiłam. A właściwie nie tyle przez alkohol, co przez nieumiejętność życia. Bo co to jest alkoholizm? To nie chęć picia, upijania się. Alkoholizm jest nieumiejętnością życia. Jest strachem przed życiem, alternatywą szczęścia. Nie umiałam żyć. Kiedy dotarło do mnie, że moje małżeństwo to fikcja, a ja nie dam rady dłużej żyć w tym emocjonalnym więzieniu, nie widząc rozwiązania, zaczęłam pić.

Po pierwszej terapii, tej z 2003 roku, wytrwała Pani w trzeźwości cztery lata!

Tak, ale wtedy byłam osobą niepijącą, skończyłam terapię i nie piłam, ale nie trzeźwiałam. A to jest różnica. Teraz cały czas trzeźwieję. Miałam męża, którego nie było, bo uważał, że są ważniejsze sprawy ode mnie. Nie liczył się z moim zdaniem. Wiedziałam, że jedynym rozwiązaniem jest rozwód. Ale w mojej małej główce rozwód nie wchodził w grę. Teraz już wiem, że przez siedem lat małżeństwa, a także przed ślubem, mąż w taki sposób mnie wychowywał, żebym była od niego zależna.

 

Wśród strat spowodowanych przez alkohol wylicza Pani dobrą reputację. Łatwo ją stracić, ale trudno odzyskać.

Terapia nauczyła mnie, że nie żyję po to, żeby udowadniać, że jestem lepsza, niż ktoś myśli. A długo tak robiłam. I to był jeden z powodów mojej katastrofy. Wiem, kim jestem: dobrym i uczciwym człowiekiem. Nie chodzi mi o odbudowanie dobrej reputacji. Chociaż wiem, że im ona będzie lepsza, im lepsza będzie prasa na mój temat, tym łatwiej będzie trzeźwieć innym kobietom.

Ale pewnie i Pani byłoby łatwiej żyć. Myślę o propozycjach, które mogłyby podreperować Pani budżet, na przykład kontrakty reklamowe.

Nie, to nie jest tak...

Reputacja z kontraktami nie ma związku?

Nie ma, w takim sensie, w jakim ja tego potrzebuję. Dla mnie najważniejsza jest trzeźwość. Jeśli uda mi się ją utrzymać, wszystkie inne rzeczy dam radę ogarnąć, wcześniej czy później. Czy to przyniesie mi kontrakty i pracę? Nie wiem. Nie zabiegam o to w szczególny sposób, ale jestem otwarta i chętnie podejmuję współpracę, przy czym ważniejsze jest, czy osoba, z którą pracuję, jest w porządku, niż to, czy firma, którą reprezentuje, jest wielka i bogata.

Nie zabiega Pani, ale jednocześnie potrafi przyjść na trzy imprezy jednego dnia, na każdą w innym stroju. Publicznie zmienia Pani kolor włosów, publicznie robi sobie tatuaż.   W takim razie po co?

(śmiech) Po to, żeby wszystkim pokazać, że być uzależnioną nie znaczy gorszą. Że osoba uzależniona może być lubiana, ceniona, szanowana, a przede wszystkim szczęśliwa. To dla mnie istotne, bo wiem, jak długą drogę po konałam, żeby to zrozumieć i zaakceptować. Akceptuję swoją chorobę w pełni, ale wiem, jak było mi trudno. Jeżeli odpisanie na któryś z listów sprawi, że ktoś zmieni postrzeganie siebie, to pisanie tych książek i pokazywanie siebie, jaką jestem dzisiaj, po terapii, ma sens. Terapia uratowała mi życie, innym też może pomóc. Im będzie mnie w mediach więcej, im bardziej będę uśmiechnięta – a ja nie udaję, naprawdę się cieszę – tym lepiej dla nich. Nie chcę mówić do tych kobiet z plakatów, tylko z prostych magazynów, które one czytają. Jestem szczęśliwa, zmieniam się, bo zmiana jest ważna.

Po co Pani była ta naga sesja z paparazzi?

(śmiech) To nie była sesja. Odsyłam panią do mojej pierwszej książki „Ilona Felicjańska. Cała prawda o...”. Sprawa jest w sądzie i nie mogę o tym mówić. Wolałabym, żebyśmy mówiły o mojej książce „Jak być niezniszczalną”.

Niezniszczalna to trochę jak Iron Man, nadczłowiek...

Proszę pójść na jedno spotkanie AA – spotka tam pani kilkadziesiąt osób niezniszczalnych. Usłyszy historie, w które trudno uwierzyć. I zrozumie pani, jak łatwe i wygodne życie prowadzi, unikając konfrontacji ze swoimi demonami.

Nie wszystkich dręczą demony. A jeśli nawet, potrafią sobie z nimi poradzić. Skupmy się na Pani.

Moja niezniszczalność polega na tym, że bez względu na wszystko dam sobie radę, jeśli tylko w to uwierzę. Problemy są początkiem czegoś dobrego. Tylko trzeba to zrozumieć i zaakceptować, przeżyć stratę, to, co się wydarzyło, i wyciągnąć wnioski. Pomyśleć, po co to mogło być. Kiedy coś nam nie wychodzi, nie należy się upierać, że tak ma być – może życie pokazuje nam, że nie tędy droga. Ono nas sprawdza, rzuca kłody pod nogi. Jeżeli są ogromne, należy zawrócić. Mówię o tym kobietom.

Ten poradnik dla osób uzależnionych jest Pani trzecią z kolei książką. Poprzednie to powieść erotyczna i autobiografia. Czytałam też o planach napisania kolejnej. Będzie Pani pisarką?

To nie jest poradnik tylko dla osób uzależnionych, jest także dla tych, którzy chcą żyć dobrym, szczęśliwym życiem. A czy jestem pisarką? Nie. Planowałam napisanie z kimś książki kucharskiej, erotycznej, nawiązującej do mojej powieści. Być może ona powstanie,   ale na razie projekt został wstrzymany. Pisanie to moja terapia, moje trzeźwienie. Powoduje mną też chęć niesienia pomocy. Nie znam recepty na dobre życie, ale mogę opowiedzieć, co zrobiłam, żeby przestać pić. Jestem szczęśliwą alkoholiczką. W książkach łamię stereotyp, że alkoholik to menel. Alkohol jest dziś w prawie każdym domu, a dużo piją zwłaszcza ludzie na stanowiskach.

 

Bez drugiej terapii nie poradziłaby Pani sobie z alkoholem?

Nie poradziłabym. Podczas terapii dostajemy narzędzia, które pokazują nam, co robić, żeby nie pić. Żeby trzeźwieć, trzeba zrobić porządek z tym, co powodowało, że piliśmy. Cały czas go robię.

Yossarian, Pani partner, jest w tym porządkowaniu świata pomocny?

Oczywiście, że tak. Łączy nas miłość partnerska, oparta na akceptacji, zrozumieniu, na rozmowach. One często bywają bolesne. Yossarian jest utalentowanym kompozytorem, a przy tym inteligentnym, dojrzałym mężczyzną. Uświadomił mi, że pierwszym krokiem do porażki jest chcieć dogodzić wszystkim. A ja, z moim zaburzonym poczuciem wartości, chciałam, żeby wszyscy mnie lubili. Tak się nie da.

A co dalej? Może zostanie Pani piosenkarką, bo i takie próby Pani podejmuje?

Bawię się, przełamuję swoje ograniczenia. Przez 30 lat bałam się śpiewać, a teraz się odważyłam. To było trudne, ale jestem z siebie dumna, że to zrobiłam. Jak wezmę udział w rajdzie, proszę mnie nie pytać, czy zostanę rajdowcem. Chcę pokazywać, że można próbować wszystkiego. Nawet należy. Należy poszukiwać, wychodzić ze swojej strefy komfortu – to rozwija, pobudza i buduje poczucie własnej wartości. Będę realizowała siebie, robiła różne rzeczy. Nieważne, że ludzie będą mówili, że nie powinnam. Wzmacnianie siebie to mój cel. Jeżdżę teraz po Polsce i spotykam się z kobietami.

To piękne, ale trzeba z czegoś żyć.

Ale ja jeżdżę na takie spotkania odpłatnie. Długo robiłam to za darmo, aż ktoś mi powiedział, że są na to budżety. Spotkania organizują urzędy miast, ugrupowania kobiece. To nie są duże pieniądze, ale mi wystarczą. Moje niepicie, motywowanie ludzi do niepicia jest tym, co daje mi spełnienie. Jakiś czas temu przeczytałam, że Karolina Korwin Piotrowska ma mi za złe, że robię tak dużo dziwnych rzeczy, a mogłam być ambasadorką kobiet uzależnionych. Siłą rzeczy staję się nią.

Słyszę, jak przez Panią przemawiają terapeuci. Może to jest droga dla Pani?

Wolę podpierać się terapeutami, a z doświadczenia alkoholiczki mówić: „Mnie się udało. Tobie też się uda”. Pytano mnie, po co kolejna książka o alkoholizmie, skoro tyle ich jest. Jest, ale która alkoholiczka napisała książkę?   Która opisała swoją drogę? Ja takiej nie znam. Piszę o sobie i widzę, że to jest ludziom potrzebne.


Foto: Piotr Sztanka

Stylizacja: Ela Chojnowska

Make-up: Iza Krukowska

Fryzury: Głodek Prestige Studio

Backstage: Maciej Pietrzak