Ilona spóźnia się kilkanaście minut, przeprasza, ale trening się nieco przedłużył. Zmęczona, ale z roześmianymi oczami, pięknie opalona. Pokazuje mi poobijane stopy. Ćwiczy kilka godzin dziennie. Żeby ze wszystkim zdążyć, wstaje o 5.30, robi dzbanek herbaty dla dzieci. „Mówią, że mamy jest lepsza. Mam swoją recepturę, trzy torebki herbaty, trzy łyżki cukru i odpowiednia ilość cytryny”. Wraca do domu najczęściej po 19. „Mąż ostatnio zażartował: »To nie jest nocowalnia«” – śmieje się Ilona. Myślała, że bycie modelką pomoże jej w tańcu, a na razie tylko przeszkadza. „Modelki chodzą po wybiegu w specyficzny sposób. Po kilkunastu latach instynktownie ustawiam pupę do przodu, kręgosłup do tyłu. A na parkiecie ciało musi być proste. Niestety, jak zaczynam ćwiczyć, kręgosłup od razu leci mi do tyłu.

GALA: Miałaś wystąpić już w drugiej edycji „Tańca z gwiazdami”, ale nie znaleziono dla ciebie tancerza. Dla wszystkich byłaś za wysoka. Bardzo to wtedy przeżyłaś?

ILONA FELICJAŃSKA: Do końca dawali mi nadzieję. Mówili: „Bardzo chcemy, jest pani na liście, cały czas szukamy partnera”. Byłam tak blisko celu. Już myślałam, jak to będzie, robiłam plany, a tu nic. Strasznie to przeżyłam. Szłam ulicą i płakałam. Samą mnie to bardzo zdziwiło, bo zdecydowanie lepiej potrafię znosić i przeżywać negatywne emocje. Łatwiej jest mi usłyszeć: „Nie udało się, nie wyszło, dziękujemy pani”. Tak często to słyszałam, że nauczyłam się już odbierać. Zawsze sobie mówię: „Żeby coś w życiu osiągnąć, trzeba sto razy usłyszeć »nie«”.

GALA: To kiedy wreszcie usłyszałaś „tak”, nie cieszyłaś się?

ILONA FELICJAŃSKA: Kiedy zadzwoniła do mnie producentka programu i powiedziała: „Ilona, tańczysz”, naprawdę nie wiedziałam, jak się cieszyć. Nie umiałam. Wzięłam tylko głęboki oddech. Dopięłam swego.

GALA: Może za długo na to czekałaś?

ILONA FELICJAŃSKA: Już prawie postawiłam na tym krzyżyk. Jak dostajesz prezent, którego się absolutnie nie spodziewasz, to potrafisz wyrzucić z siebie naturalne emocje Cieszysz się wtedy całą sobą. Ale jeżeli robisz wszystko, żeby ten prezent dostać, to jak go już masz, nie jesteś w stanie wiele z siebie wykrzesać. Większość moich sukcesów to nie były wygrane na loterii, tylko ciężka praca.

GALA: To prawda, że dzwoniłaś do producentów programu i przekonywałaś ich do siebie?

ILONA FELICJAŃSKA: Kiedyś zadzwoniłam do producentki „Tańca” i powiedziałam: „Pamiętaj o mnie, cały czas bardzo chcę wystąpić”. Spotykając się z ludźmi pracującymi w TVN, pytałam: „Czy wiesz, z kim powinnam rozmawiać, jak powinnam? Bardzo mi zależy na tym programie”. Nie liczyłam, że ta osoba mnie zaproteguje, ale może komuś podpowie. Książę na białym koniu nie przyjedzie. Trzeba o siebie zawalczyć. Moją zasadą jest za bardzo nie nalegać, nie wymuszać, ale dać sygnał, że mi zależy.

GALA: Dotarłaś do prezesa Waltera?

ILONA FELICJAŃSKA: Nie, ale przed tą edycją wysłałam e-maila do dyrektora programowego TVN Edwarda Miszczaka. Napisałam, że mam świadomość, że nie jestem wielką gwiazdą, ale mam swoje cele, priorytety i bardzo mi zależy, żeby w „Tańcu z gwiazdami” wystąpić. Nie dostałam żadnej odpowiedzi, ale wcale się nie zraziłam.

GALA: Dlaczego tak bardzo chciałaś wystąpić w programie?

ILONA FELICJAŃSKA: Taniec od zawsze był moim wielkim marzeniem. W drugiej klasie podstawówki pojechałam na kolonie. Byłam jedynaczką i bardzo tęskniłam za mamą. To było nasze pierwsze rozstanie. I taniec pomógł mi przetrwać rozłąkę. Mogłam zostać kolejny tydzień, bo wiedziałam, że w piątek będzie dyskoteka. Kiedy tańczyłam, czułam ogromną radość. Ruszałam się tak, jak umiałam, obserwowałam innych. W następnym roku wyjechałam na zimowisko. Był tam chłopak, który uczył się tańczyć zawodowo. Pokazywał mi kroki między stołami w stołówce. Dobrze mi szło.

GALA: Podobało mi się, kiedy kilka lat temu szukałaś pracy, dzwoniąc do największych przedsiębiorstw. To było wtedy, kiedy upadła firma twojego męża?

ILONA FELICJAŃSKA: To był początek tej trudnej sytuacji, ale Andrzej mnie przed nią chronił i do końca nie mówił, jak jest. Widziałam po jego zachowaniu, że coś niedobrego się dzieje. Ale to nie było tak, że poszłam do pracy, żeby zarabiać pieniądze, bo firma Andrzeja padła. I tak bym poszła, tylko byłoby mi łatwiej, bo miałabym głównego sponsora. Maciuś miał wtedy 3 latka, a Adam 1,5 roku. Wiedziałam, że nie mogę być modelką całe życie, a nie chciałam być tylko żoną i matką. Czułam, że muszę mieć coś swojego. Wpadłam na pomysł robienia imprez, przy okazji których zbierałabym pieniądze na chore dzieci. Tylko nie wierzyłam, że będę w stanie go zrealizować. Na szczęście miałam Andrzeja, który powiedział: „Rób to”.

GALA: Ponad dwa lata byłaś w domu z dziećmi. Trochę wypadłaś z rynku.

ILONA FELICJAŃSKA: Pomyślałam, że muszę o sobie przypomnieć. Zanim zacznę skutecznie zbierać pieniądze, muszę znowu być rozpoznawalna. Poszłam do Empiku, kupiłam wszystkie pisma na temat mody i nie tylko. Powyrywałam kartki z reklamami polskich firm i stopki redakcyjne, aby dzwonić do stylistek i proponować swój udział w sesjach zdjęciowych.

GALA: Co mówiłaś, dzwoniąc do firm?

ILONA FELICJAŃSKA: Kiedy zdobyłam już telefon osoby od PR, mówiłam: „Dzień dobry, nazywam się Ilona Felicjańska i uważam, że jestem najlepszą osobą, aby reklamować państwa produkty”.

GALA: Trudne. Nie wstydziłaś się?

 

ILONA FELICJAŃSKA: Ze wstydu aż się skręcałam. Miałam duże opory. A jednocześnie wiedziałam, że jeżeli będę mówić niepewnie, jąkając się, nikt mi nie uwierzy. Musiałam się mocno zebrać w sobie.

GALA: Wierzyłaś w to, co mówisz: że jesteś najlepsza?

ILONA FELICJAŃSKA: To nie do końca tak. Wierzyłam, że jestem świetną osobą do reklamowania tych produktów, tylko trudno było mi się chwalić. Do dzisiaj mam z tym kłopot. Jak proszę o sfinansowanie turnusów rehabilitacyjnych dla chorych dzieci, to jest mi łatwiej, niż prosić dla siebie o zniżkę na sukienkę.

GALA: Jak ludzie reagowali na twoje telefony?

ILONA FELICJAŃSKA: Niektórzy z przekąsem: „Odbiło jej czy co?”. Czułam, że tak myślą. Inni z dystansem: „Wie pani, mamy inne plany”. Bardzo dużo osób mówiło: „Proszę zostawić numer telefonu, oddzwonimy”. Wiedziałam, że nie ma na co czekać.

GALA: Ale w końcu ktoś zareagował pozytywnie?

ILONA FELICJAŃSKA: Myślę, że osobom, które czuły się dowartościowane, wierzyły w siebie, optymistycznie podchodziły do życia, podobało się to, co robiłam. Do końca życia będę pamiętać Zosię Berut, która wtedy pracowała w Hexeline. Powiedziała: „Podoba mi się pani pomysł”. I zrobiłam im dwie kampanie modowe. Wtedy się przekonałam, że warto o siebie zawalczyć.

GALA: Aż trudno uwierzyć, że kiedyś byłaś zakompleksiona i bałaś się, że nic w życiu nie osiągniesz.

ILONA FELICJAŃSKA: Byłam taka przez długie lata. Dlatego tak lubię swoje życie teraz, bo już nie jestem spięta, nie muszę niczego udawać. Często mówię, że moje życie zaczęło się po trzydziestce. Kiedyś cały czas trochę grałam, pilnowałam się, jak mówię, jak stoję. Miałam zaburzone poczucie własnej wartości. A nie chciałam, by ludzie tak mnie odbierali. Walczyły we mnie dwie osobowości. Z jednej strony zakompleksiona Ilona, a z drugiej ta ambitna, chcąca wiele osiągnąć.

GALA: Miałaś kompleks prowincji?

ILONA FELICJAŃSKA: Pochodzę z niezamożnej rodziny. Tata pracował w elektrowni, mama była krawcową. Miałam 9 lat, kiedy przyjechałam do Bełchatowa ze wsi. Już wtedy było mi źle, w klasie podśmiewano się ze mnie. Mama bardzo się starała, żebym dobrze wyglądała, miała ładne ubrania. Pamiętam, jak kiedyś założyłam piękną czerwoną kurtkę, czerwone spodnie, a jedna z koleżanek powiedziała z przekąsem: „Ty, taka biedna i tak się ubrałaś”. Przezywali mnie żyrafą. A ja każdą krytykę mocno przeżywałam. Miałam potworny kompleks, że nie umiem śpiewać. W trzeciej klasie pan powiedział: „Felicjańska, ty już więcej nie śpiewaj, tylko czytaj nuty”. Zostało to we mnie na wiele lat. Bałam się nawet zaśpiewać „Sto lat” na imieninach. Dopiero swoim chłopcom zaczęłam nucić kołysanki.

GALA: Chciałaś się wyrwać z Bełchatowa?

ILONA FELICJAŃSKA: Wiedziałam, że bardzo chcę zrobić coś sensownego ze swoim życiem. Całkiem niedawno dostałam e-maila od kobiety, która kilka lat temu słuchała rozmowy ze mną w Radiu Bełchatów. Powiedziałam wtedy, że młodym ludziom, którzy czegoś więcej w życiu oczekują, chcą coś osiągnąć, radzę, by stamtąd wyjechali. Ta kobieta bardzo się wtedy na mnie zdenerwowała. A teraz pisała: „Chciałam panią przeprosić. Od kilku lat mieszkam w Warszawie i zgadzam się z tym, co pani wtedy mówiła”.

GALA: Jakie miałaś marzenia?

ILONA FELICJAŃSKA: Bałam się mieć marzenia. Na początku chciałam być tancerką, zwłaszcza po filmie „Dirty Dancing”, ale najbliższa szkoła tańca była w Łodzi, za daleko i za drogo. Pomyślałam, że jeżeli nie tancerką, to może zostanę modelką. Mama mnie namówiła do udziału w konkursie Miss Polonia. Ale cały czas dbała, żeby nie przewróciło mi się w głowie. Jak koleżanki mówiły: „Jaka ładna ta pani córka”, odpowiadała: „E tam, raz ładna, raz nieładna”. Nie chcę jej ganić za to, zawsze chciała dla mnie jak najlepiej.

GALA: A tata?

ILONA FELICJAŃSKA: Moja mama dawno temu rozstała się z ojcem. Wiele razy podejmowałam próby skontaktowania się z nim, ale nie wyszło. Na razie nie czuję potrzeby, żeby dalej zabiegać. Mój ojciec był zawsze gdzieś daleko, nawet mieszkając z nami. Ale nie chcę więcej o tym mówić.

GALA: Miałaś 20 lat, kiedy przyjechałaś do Warszawy. Mimo wszystko z wiarą, że odniesiesz sukces?

ILONA FELICJAŃSKA: Motywację miałam ogromną. Wiedziałam, że muszę wierzyć w siebie pokazać, że wiem, czego chcę. Za pożyczone pieniądze wynajęłam mieszkanie. Nie potrafiłam się zupełnie ubrać. Po zostaniu wicemiss przytyłam kilka kilogramów. Znajomy stylista Tomek Jacyków spojrzał na mnie, przyszłą modelkę, i powiedział, że z takimi spalonymi trwałą włosami i z taką wielką dupą to ja mogę być modelką, ale tam u siebie na prowincji. Pomyślałam: „Ależ ty jesteś bezczelny, ale ja ci pokażę”.

GALA: Już wtedy byłaś zawzięta i ambitna.

ILONA FELICJAŃSKA: I potrafiłam słuchać. Tomek miał absolutną rację. Przyjrzałam się sobie uważnie. Faktycznie nie wyglądałam najlepiej, zdecydowanie starzej niż teraz. Przez trzy miesiące schudłam 12 kilo. Tomek umówił mnie z fryzjerem Adamem Skórskim, który później swatał mnie z moim mężem. Chyba nie ma w życiu przypadków. Adam zresztą do tej pory jest fryzjerem Andrzeja.

GALA: Jak zostałaś wyswatana?

 

ILONA FELICJAŃSKA: Adam opowiadał mi o Andrzeju jako o świetnej partii dla mnie. Bawiło mnie to. Ale wtedy nie byłam jeszcze gotowa na spotkanie. Adam nawet raz nas umówił, ale stchórzyłam, nie przyszłam. To niesamowite, bo gdzieś w głębi duszy została mi pamięć o Andrzeju. Trzy lata później, zupełnie przypadkiem, usiedliśmy obok siebie i Andrzej, którego nigdy wcześniej nie widziałam, zapytał, czy pamiętam fryzjera Adama. „Andrzej?!” – wyrwało mi się.

GALA: O niego też musiałaś zawalczyć?

ILONA FELICJAŃSKA: Nie walczyłam, nie zabiegałam. Wszystko działo się samo. Oboje szukaliśmy miłości, partnerów na całe życie, chcieliśmy mieć dzieci, wspólny dom.

GALA: Od początku wiedziałaś, że Andrzej jest bogaty. To miało znaczenie?

ILONA FELICJAŃSKA: Pewnie w skrytości ducha jego pieniądze mi imponowały. Ale nie pod kątem ich wydawania, tylko podziwiałam człowieka, który sam potrafił do nich dojść. Kiedy firma Andrzeja padła, powiedziałam: „Damy radę”. Ta sytuacja tylko nas wzmocniła.

GALA: Skończyłaś 35 lat. Jakieś szczególne postanowienia?

ILONA FELICJAŃSKA: Po „Tańcu” – dwa razy w tygodniu siłownia i basen. Chcę też zagrać w filmie. Czuję, że niedługo może się dużo wydarzyć. A jeżeli nie, trudno. Mój świat się nie zawali.

GALA: Zapomniałaś o jednym marzeniu: córeczce.

ILONA FELICJAŃSKA: Tak. Ona jest w planach, tylko bez konkretnej daty. Gdybym wygrała „Taniec z gwiazdami”, byłby to dobry moment, by poważnie o tym pomyśleć.