Przygoda Davida Lyncha z Łodzią zaczęła się ponad dziesięć lat temu, kiedy przedstawiciele festiwalu Camerimage zjawili się u niego w Los Angeles z zaproszeniem do Polski. „Wtedy niewiele wiedziałem o Polsce, Łodzi i festiwalu” – zwierzał się dwa lata później sam reżyser. „Ale szybko się okazało, że odegra on bardzo ważną rolę w moim życiu. Zaciekawiony, pewnego dnia pojawiłem się w Łodzi i błyskawicznie zakochałem się w tym mieście. Piękni ludzie, wspaniałe zimowe światło, mgła, fabryki, wszystko to sprawiło, że w 2000 roku zaczął w mojej wyobraźni kiełkować pomysł, że można by tu zrobić film”.

Projekt „łódzkiego” filmu Lyncha zaczął nabierać kształtów w 2003 roku, podczas kolejnego Camerimage. Amerykański reżyser przy okazji festiwalu uczestniczył wówczas w otwarciu wystawy swoich obrazów i fotogramów, a następnie zorganizował próbne zdjęcia w mieście. To miał być eksperyment, sprawdzian, odpowiedź na pytanie: „Czy i w Polsce da się zrobić film”. Nie było czasu na casting. Reżyser zaufał dyrektorowi festiwalu Markowi Żydowiczowi i zaprosił do współpracy wytypowanych przez niego aktorów: Karolinę Gruszkę i Krzysztofa Majchrzaka. „To było kompletne zaskoczenie. Niczym dziwny sen” – opowiada Karolina Gruszka. „Dzwoni telefon. Odbieram. Marek Żydowicz – z pytaniem, czy mogę za dwa dni przyjechać do Łodzi, bo David Lynch chciałby zrobić etiudę. Myślałam, że to żart. Okazało się, że Marek był tego dnia moim Świętym Mikołajem”.

Przed rozpoczęciem zdjęć polska część ekipy żartowała, że spotkanie Lyncha i Majchrzaka, dwóch silnych osobowości, skończy się rozlewem krwi na planie, ale ostatecznie skończyło się na wzajemnym zachwycie. „Miałem dużo szczęścia” – mówił reżyser z entuzjazmem. „Te twarze były tak niesamowicie piękne, aktorzy tak wspaniali, że kiedy przyjechali do Łodzi i znaleźli się w tym zielonym pokoju, to za każdym razem, kiedy ogarniałem ich kamerą, byłem zachwycony. Byli tak dobrzy”. O Krzysztofie Majchrzaku reżyser mówił, że ma wielką siłę wewnętrzną, a „do swojej pracy podchodzi w sposób niezwykle poważny, ale jednocześnie potrafi dobrze bawić się na planie. Jest niesamowitym profesjonalistą w tym, co robi”. O Karolinie Gruszce mówił, że „potrafi zagrać wszystko”, i wierzył, że „będzie znana na całym świecie”.

JA TO ZROBIĘ!

„99 procentom reżyserów w takiej sytuacji bym nie zaufał” – odpowiadał z kolei Krzysztof Majchrzak. „Jednak intuicji Lyncha postanowiłem zawierzyć, bo znam efekty jego pracy. A poza tym już podczas zdjęć w Polsce zorientowałem się, że praca z nim jest euforyczna i radosna. Taka, jaką lubię. Choć Lynch jest już, jak to się mówi, facetem po wojsku, potrafi cieszyć się kinem jak mały chłopiec, który po śniadaniu zjedzonym pod okiem matki po prostu bawi się żołnierzykami na pluszowym dywanie. I zaraża innych swoją lekkością. A Lynch naprawdę lubi się bawić. Na planie często, kierując się jakimś impulsem, odbierał operatorowi kamerę, mówił: »Ja to zrobię «, i sam zaczynał kadrować. W swoim domu pokazał nam w zaufaniu kilka miniatur, które kręcił niejako dla siebie. Tak jak dla siebie maluje i robi zdjęcia. Te filmy zachwycają lekkością i bezpretensjonalnością”.

TO TRWAŁO I TRWAŁO

Po powrocie do Los Angeles David Lynch zmontował nakręcony materiał. Powstała 15-minutowa etiuda „The Green Room in Lodz”, która wciągnęła go do tego stopnia, że postanowił kontynuować pracę. Zaprosił do Stanów Karolinę i Krzysztofa. Aktorzy nie znali całego scenariusza, mieli 10 dni zdjęciowych, tuż przed ich rozpoczęciem dostali scenopisy z omówieniem scen i postaci. „To się ciągnęło dwa lata” – opowiada Karolina Gruszka. „David przyjeżdżał do Polski, coś dokręcał, my jechaliśmy do niego na jakieś próby i to tak trwało, i trwało. W końcu okazało się, że z tego powstał film. Wszyscy się trochę zdziwili (śmiech). Z Davidem Lynchem współpracuje się trochę na wariackich papierach – nie było ekipy filmowej, a może raczej była to zbieranina jego przyjaciół. Nie było gotowego, pełnego scenariusza... Ale wydaje mi się, że on w głębi duszy miał plan i wiedział, co chce zrobić”.

Tak narodził się „Inland Empire”, który miał premierę na festiwalu w Wenecji w 2006 roku. Tam też David Lynch odebrał nagrodę za całokształt twórczości. W filmie główne role grają Jeremy Irons, Laura Dern i Julia Ormond, ale pojawiają się też Polacy – poza Gruszką i Majchrzakiem również mieszkający w Los Angeles Piotr Andrzejewski, znany jako Peter J. Lucas. Karolina po raz pierwszy film zobaczyła w Wenecji, jak mówi, „w strasznych nerwach”. „Z jednej strony siedział Jeremy Irons, z drugiej Laura Dern i David Lynch, tak więc mało pamiętam z seansu. A sam film przecież nie należy do łatwych w interpretacji. Ludzie często pytali mnie i Krzyśka, co tak naprawdę gramy, ale nie potrafiliśmy odpowiedzieć na to pytanie” – śmieje się. „Mogę powiedzieć, że jestem w tym filmie i jest to rola znacząca, bo od niej historia się rozpoczyna i na niej kończy. Nie mogę natomiast powiedzieć, że stworzyłam tam jakąś konkretną kreację. Raczej rolę-symbol. Nie umiem powiedzieć, kogo zagrałam, mam jedynie podejrzenia”.

DUŻO SIĘ ZMIENIŁO

 

Pytana, czy rola u Lyncha otworzyła jej drzwi do kariery, odpowiada ze spokojnym dystansem: „Nie jest tak, że teraz producenci zasypują mnie propozycjami z Zachodu i zastanawiam się, czy zagrać u Spielberga, czy u Scorsese. Ale zaczęły pojawiać się propozycje europejskie. Z Czech, z Rosji. Reżyserzy widzieli, że zagrałam u Lyncha, i pewnie to mi jakoś pomogło. Sprawiło, że w pierwszej kolejności zadzwonili do mnie, a nie do innej polskiej aktorki. To prawda, dużo się po tym filmie zmieniło”.