GALA: Podobno nie ma nic bardziej fantastycznego niż dorabianie się we dwoje od zera?

IRENA ERIS: To bardzo ludzi scala. Na starcie oboje mieliśmy tylko marzenia. Po ślubie zamieszkaliśmy u teściów w dwupokojowym mieszkaniu. Gdy urodził się nasz syn Paweł, marzyliśmy o własnej kawalerce. Wtedy to był dla mnie luksus.

HENRYK ORFINGER: Pierwsze nasze mieszkanie miało 56 metrów, trzy pokoje z loggią. Wydawało mi się ogromne.

IRENA ERIS: Kiedy tam weszliśmy, miałam wrażenie, że jestem w pałacu. Każdy schowek zagospodarowaliśmy, znaleźliśmy nawet miejsce na narty. Czasem myślę, że to niedobrze, że teraz młodzi ludzie wszystko od razu mają. Trudniej jest im marzyć. Pamiętam, jak wyjeżdżaliśmy z mężem na winobranie do Francji, żeby dorobić. Za te pieniądze pojechaliśmy do Londynu i mąż bardzo chciał kupić sobie dżinsy. Ale zobaczyliśmy zdalnie sterowany samochodzik dla Pawła i Henryk musiał zrezygnować z marzenia o spodniach.

GALA: Zaczęła pani robić kremy na studiach, najpierw dla siebie, a potem dla kolegi, który miał wysuszone dłonie. Dla męża też?

HENRYK ORFINGER: W późniejszych latach najchętniej jadłbym kremy Ireny, tak apetycznie wyglądały. W studenckich czasach trzymałem się od nich z daleka.

IRENA ERIS: Mąż wręcz nie chciał dotknąć kremu. Mówił, że „za tłuste”. Miałeś barierę, prawda?

HENRYK ORFINGER: Mam do dzisiaj, jak większość mężczyzn. Choć mniejszą.

GALA: Mają państwo opinię małżeństwa idealnego, żadnych skandali, plotek. Miłość po 35 latach razem naprawdę jest możliwa?

IRENA ERIS: To taka spokojna, dobra miłość. Lubimy ze sobą być. Sama jestem zdziwiona, że minęło aż 35 lat. Patrzę na stare zdjęcia i wydaje mi się nieprawdopodobne, że to mój mąż. Teraz wygląda inaczej. Ale dalej mi się podoba.

GALA: Co w sobie lubicie najbardziej?

HENRYK ORFINGER: Wszystko. Nie ma nic, co by mi w Irenie nie odpowiadało. Oboje zawsze nosimy obrączki, to dla nas bardzo ważne.

IRENA ERIS: Na zmianę noszę pierścionek zaręczynowy, który mam teraz, i drugi, który dostałam od męża na dwudziestą rocznicę ślubu. Przez te wszystkie lata wiele się zdarzyło, to nie było tylko pasmo sukcesów. Henryk zawsze dawał mi wsparcie w każdej sytuacji, nigdy się na nim nie zawiodłam.

GALA: W państwa związku nie było poważniejszego kryzysu?

IRENA ERIS: Razem stworzyliśmy firmę, ale nigdy ze sobą nie konkurowaliśmy. Ja wymyślałam kosmetyki, a Henryk zajmował się całą resztą. Razem bierzemy odpowiedzialność za dzieci, nasz dom. Mąż nigdy nie mówi, że coś jest niemęskie. Jak trzeba, to wyniesie śmieci, posprząta, nie kładzie się na kanapie z gazetą. Codziennie robi śniadania.

GALA: Czasem się chociaż kłócicie?

HENRYK ORFINGER: Coraz mniej. Kiedyś miałem bardzo silne migreny i lekarze mówili, że z wiekiem przejdą i rzeczywiście przechodzą. Tak jest też z naszymi małżeńskimi kłótniami. Dzisiaj jesteśmy dla siebie bardziej tolerancyjni.

IRENA ERIS: Nie robimy sobie na złość. Ja na przykład wolę stabilny odpoczynek, spacery, książki. A mąż musi poszaleć. Byliśmy w te wakacje z wnukami na Bornholmie. Wynajęliśmy domek. Wieczory spędzaliśmy przy grillu. Zabraliśmy rowery. Nasze bliźniaki, Kuba i Adam, niedawno nauczyli się jeździć...

HENRYK ORFINGER: Ale rowery mieliśmy tylko trzy, nie cztery.

IRENA ERIS: Bo ja nie jeżdżę na rowerze. Na co dzień nie mamy zbyt dużo czasu dla wnuków. Jesteśmy zabieganymi dziadkami.

GALA: Myśleli już państwo, jak chcieliby spędzić rocznicę ślubu?

HENRYK ORFINGER: Mam pomysł, którego Irena pewnie nie zaakceptuje. Podróż na biegun północny. W zeszłym roku nie chciała popłynąć ze mną i synami na Spitsbergen

IRENA ERIS: Wolę cieplejsze miejsca. Ale Henryk od kilku lat przyzwyczaja mnie do myśli o podróży na Alaskę. To jego wielkie marzenie. Czuję, że właśnie tam pojedziemy na naszą rocznicę.

GALA: Mówi się o pani „najskromniejsza z polskich milionerek”. Nadal mieszkają państwo w domu na warszawskim Mokotowie?

IRENA ERIS: W tym samym od 20 lat, tylko go rozbudowaliśmy. Teraz ma ponad dwieście metrów. Jest na tyle duży, że każdy ma swoje terytorium, i na tyle mały, że czujemy się w nim przytulnie.

GALA: Są ludzie, którzy na pani miejscu jeździliby samochodem z kierowcą, mieli rezydencję pod Warszawą i dom za granicą.

IRENA ERIS: Czułabym się skrępowana świadomością, że kierowca musi na mnie czekać kilka godzin. Lubię być niezależna.

HENRYK ORFINGER: Dom za granicą to nie dla mnie. Bylibyśmy przywiązani do jednego miejsca. Wolimy podróżować po świecie.

GALA: Zdarzało się państwu zaszaleć finansowo?

IRENA ERIS: Nie mam czegoś takiego w charakterze, chociaż…

HENRYK ORFINGER: Dziesięć lat po powstaniu firmy pojechaliśmy do miasteczka Bras w południowej Francji, gdzie w młodości pracowaliśmy przy winobraniu. Wtedy na niewiele było nas stać. A teraz poszliśmy do sklepu i poprosiliśmy o najdroższe wino, być może właśnie to, na które sami zbieraliśmy wcześniej winogrona.

IRENA ERIS: Zawsze lubiliśmy podróże. Jak nie mieliśmy pieniędzy, przemierzaliśmy Europę z namiotem. Kiedyś pojechaliśmy maluchem na Riwierę Francuską, do Monako, Monte Carlo. Pamiętam, że obok kasyna stał przepiękny Hôtel de Paris.

HENRYK ORFINGER: A przed nim rolls-royce. Pomyślałem: „To jest życie”. Kilka lat później Irena została zaproszona na spotkanie organizacji zrzeszającej kobiety ze świata biznesu. Zamieszkaliśmy w tym hotelu. Panie zostały przyjęte przez księcia Rainiera.

 

IRENA ERIS: Wtedy poczuliśmy, że coś się jednak zmieniło. Stało się to, co jeszcze niedawno było niewyobrażalne.

GALA: Starszy syn pracuje w państwa firmie. Młodszy też będzie?

HENRYK ORFINGER: Jeszcze nie wie, co chce w życiu robić.

IRENA ERIS: Przyjemnie byłoby, gdyby firma była pasją naszych synów. Ale na pewno nie będę ich do niczego zmuszać.

GALA: Nadal mają państwo marzenia?

HENRYK ORFINGER: Bez marzeń życie staje się puste. Kiedyś marzyliśmy o tym, by robić dobre kremy, zbudować hotel, potem drugi.

IRENA ERIS: Dzisiaj chcemy być w najlepszych perfumeriach na świecie. Na razie można kupić nasze kosmetyki w 24 krajach.

GALA: Może niedługo Francuzka wejdzie do perfumerii i wybierze nie kosmetyki La Prairie czy Orlane, ale pani. I powie, że są lepsze.

HENRYK ORFINGER: Mamy już jedną Francuzkę, która to mówi.

IRENA ERIS: Emmanuelle Seigner używa naszych kosmetyków od dwóch lat. Proszę mi wierzyć, to nie jest chwyt reklamowy. Chciałabym, żeby Polki przekonały się, że nasze produkty są równie skuteczne jak te zagranicznych marek. Panie nadal wolą Lancôme czy Chanel, bo wydaje im się, że francuskie, więc lepsze. A to nieprawda. Nasze kosmetyki są na światowym poziomie. Nie mamy się czego wstydzić.