GALA: Kipisz energią, ciągle jesteś w drodze. Na dodatek wyglądasz tak, jakbyś zawarła pakt z diabłem. Masz talię osy, wagę jak w dniu matury. Pomógł ci w tym skalpel chirurga?

IRENA JAROCKA: Całe życie dbałam o figurę, zdrowo się odżywiałam, więc to już weszło mi w krew. A kamera mnie kocha, jak widać – z wzajemnością! Sami fotografowie to mówią. Między innymi dlatego nie mam odwagi zrobić sobie operacji plastycznej. Bo może rysy twarzy uległyby nieodwracalnej zmianie i do końca życia bym tego żałowała? Chociaż wcale się od operacji plastycznych nie odżegnuję. Z pewnością przyjdzie taki dzień, że to i owo „sobie zrobię”. Bo niby dlaczego nie? Może dlatego teraz tak dobrze wyglądam, bo na co dzień jestem pogodna, a twarz jest odbiciem duszy człowieka? Od 20. roku życia mam tę samą wagę, około 53 kilogramów przy 162 centymetrach wzrostu. Słucham się swojego organizmu, nie jem nic smażonego. Kocham słodycze, jednak umiem z nich zrezygnować. Uprawiam aerobik, ale w Polsce moim ćwiczeniem jest zabieganie.

GALA: Od lat mieszkasz w Teksasie. A teraz ponownie podejmujesz próbę przypomnienia o sobie polskiej publiczności – płytą „Małe rzeczy”. Myślisz, że można drugi raz wejść do tej samej rzeki?

IRENA JAROCKA: Kiedy ja ciągle do niej wchodzę! Cały czas koncertuję w Polsce. Wiem, co dzieje się na naszym rynku muzycznym. Charles Aznavour powiedział, że nie ma rzeczy niemodnych, dopóki są odbiorcy. Ciągle czuję się potrzebna mojej publiczności. Przed ośmioma laty nagrałam autorską płytę, a potem jeszcze jedną, z cudownymi polskimi i amerykańskimi kolędami. Dbałam o to, by moi fani nie zapomnieli o mnie. A że te próby nie do końca się udały, to temat na zupełnie inne opowiadanie. Za to teraz, przy pracy nad płytą „Małe rzeczy”, spotkałam się z całkowitym profesjonalizmem. Dawno nie miałam tak dobrych warunków pracy i tyle spokoju. Spotykałam się również z tak wielką sympatią ludzi, że ich życzliwość mnie uskrzydlała.

GALA: Do współpracy zaprosiłaś młodych twórców. To właściwie płyta dwupokoleniowa. Praca przebiegała bezkolizyjnie?

IRENA JAROCKA: Jeśli były spory, a były – przyznaję – to miały one sens. Producenci mieli nieco inną wizję niż ja. Na szczęście jestem otwarta na eksperymenty, spróbowałam i nie żałuję. Ale pozostałam sobą, chociaż śpiewam inaczej niż kiedyś. Bardziej współcześnie, lekko, bawię się głosem. Na płycie są kompozycje Seweryna Krajewskiego, Jarka Kukulskiego, teksty Jacka Cygana. Słowem, doświadczonych twórców. Oprócz nich utalentowana młodzież: kompozytorzy Adam Abramek, Paweł Sot, Marcin Nierubiec, Ilona Europa i młode autorki: poetka Edyta Warszawska i Kasia Jamróz. To Edyta napisała tekst do tytułowej piosenki. Najpierw wysłuchała moich opowieści, potem napisała cudne słowa. Sens jest taki, że człowiek powinien w życiu marzyć o wielkich rzeczach, ale cieszyć się małymi. Co bywa trudne...

GALA: Podaj przykład chociaż jednej takiej „małej rzeczy”.

IRENA JAROCKA: Zobacz, jaki piękny jest ten kwiatek na naszym stoliku. Widziałaś ten życzliwy uśmiech kelnera, gdy podawał nam herbatę? Spójrz na kolory liści za oknem, a może to słońce je upiększa... Rodzice nauczyli mnie cieszenia się z drobiazgów, które są wokół nas. Edyta Warszawska świetnie oddała istotę rzeczy. Niesamowite, że tata podarował jej moją płytę, gdy miała 4 lata, i wtedy zaczęła się jej przygoda z moją piosenką. Płyta „Małe rzeczy” powstawała na dwóch kontynentach, producenci wyjechali do USA i tam z amerykańskimi muzykami nagrywali podkłady do piosenek. Kontaktowaliśmy się przez Skype’a do tego stopnia, że gdy nagrywałam wokale w Studiu Izabelin, oni siedzieli w Nowym Jorku przed komputerem z kamerą i udzielali mi wskazówek. Niesamowite, jak mały stał się ten świat. Moja książka „Motylem jestem, czyli piosenka o mnie samej” również powstawała dzięki Skype’owi. Odniosła sukces i mam cichą nadzieję, że podobnie będzie z płytą.

GALA: Widzę, że z komputerem jesteś za pan brat. Zawdzięczasz to swojemu mężowi, profesorowi informatyki?

IRENA JAROCKA: Tak to jest, jak się ma w domu pasjonata komputerów. Michał dba o to, żebym miała najnowszy sprzęt, a potem cierpliwie mnie uczy, jak go używać.

GALA: Podobno zamierzasz przeprowadzić się do Polski?

IRENA JAROCKA: Ostatnio wprawiła mnie w zdumienie moja córka, która zwróciła się do naszej znajomej w Polsce z pytaniem, czy znajdzie się tu praca dla grafika komputerowego. Monika w Stanach mieszka niedaleko od nas, widać i tutaj chciałaby być bliżej rodziców. Nie powiem, ucieszyłam się. Czasami wspominam, że mogłabym już zostać babcią, a ona prosi: „Mamo, daj mi jeszcze trochę czasu”. Właśnie rozstała się ze swoim chłopakiem, z którym była pięć lat. Czuję, że dobrze zrobiła, ta wielka miłość jeszcze przed nią.

GALA: W twojej książce „Motylem jestem...” trafiłam na zaskakującą porcję szczerości. Wyjechałaś z Polski jako początkująca gwiazda, gdy piosenka „Gondolierzy znad Wisły” odniosła sukces, a w Paryżu dorabiałaś jako baby-sitterka.

 

IRENA JAROCKA: Bo stypendium PAGART-u to były dosłownie grosze, nic dziwnego, że musiałam sobie dorobić. U znanej piosenkarki Krystyny Konarskiej pilnowałam dziecka, sprzątałam mieszkanie. Takie były wtedy początki kariery. Każdy coś łapał, żeby jakoś żyć. Najgorsza jest wegetacja i czekanie, aż cię znajdą w kącie. Potem mieszkałam u francuskich przyjaciół. Tam Jacques Dal uczył mnie śpiewu, a ja w dowód wdzięczności sprzątałam i pomagałam, ale gdzieś w głębi duszy płakałam: „Boże, co ja tu robię, komu chcę coś udowodnić?”. Z drugiej strony chciałam się jak najwięcej nauczyć, wiedzieć „czym się je” to całe estradowe śpiewanie. To były takie czasy. Tu wielka gwiazda, a tam występowała w podrzędnych klubach, parafiach, pilnowała dzieci, aby wrócić do kraju „po wielkich sukcesach za granicą”. Nie wszyscy doceniają to, w jak innym świecie dziś żyjemy, jakimi wolnymi ludźmi jesteśmy. Prawie pięć lat męczyłam się w Paryżu, ale z drugiej strony te lata wiele mnie nauczyły. Tyle przeżyłam, że zestarzałam się psychicznie o 60 lat. Może dlatego potem łatwiej było mi rozumieć innych ludzi. Niczego nie żałuję.