GALA: Pamiętasz, jak zareagowałeś, gdy dowiedziałeś się, że zagrasz rolę Wojtka w „Kochaj i tańcz”?

MATEUSZ DAMIĘCKI: Czasem, gdy bardzo mi zależy, rolę dostaje inny, ktoś, komu też bardzo zależy. Innym razem dostaję rolę ja, ale to właśnie wtedy zdaję sobie sprawę, że tak naprawdę nic nie zależy ode mnie. Nie jestem pewien, na jakim etapie castingu wybrano właśnie mnie, ale zdarzyło mi się nawet usłyszeć, że rolę tę dostałem dawno, gdy startowałem jeszcze w „Tańcu z gwiazdami”. W związku z tym filmem mam swój mały, osobisty sukces, bo udało mi się wywalczyć dodatkowy miesiąc przygotowań. Inaczej nie dałbym rady, nie podołałbym roli.

GALA: W „Przedwiośniu” też tańczyłeś...

MATEUSZ DAMIĘCKI: Tak, ale niezbyt wiele, tylko shimmy, kozaka i walca. A Wojtek jest ukierunkowany tanecznie.

GALA: Fanatyczny street dancer, jak go opisuje scenariusz.

MATEUSZ DAMIĘCKI: Zupełnie inny niż ja prywatnie. Nawet gdy biega po rusztowaniach, rzuca cegły na stos, robi to zgodnie z rytmem, w takt muzyki. I marzy o Broadwayu. To było trudne, bo choć naprawdę lubię tańczyć, nie jestem zawodowym tancerzem. Gdybym jednak miał wskazać tę jedną pasję, pewnie wymieniłbym jazdę konną. Nie zmienia to jednak oceny tego kwartału, kiedy miałem okazję wcielić się w Wojtka. Taka szansa zdarza się w życiu raz i to jest piękne w tym zawodzie!

GALA: Twoja filmowa partnerka Iza Miko tak opowiedziała o twoich przemianach na planie: „W trakcie zdjęć Mateusz zmienił się, »rozrósł«, bo przez wiele godzin dziennie musiał mnie podnosić. I miał za darmo codzienny trening, jak na najlepszej siłowni”. Chyba musiałeś być niezmiernie szczęśliwy, że Iza jest filigranową dziewczyną?

MATEUSZ DAMIĘCKI: Już na pierwszej próbie było to powodem mojej wielkiej radości. Z reżyserem Bruce’em Parramore’em zawarłem gentleman’s agreement, że jestem do jego całkowitej dyspozycji. Bruce prosił, abym za każdym razem tańczył na całego i żeby tej energii nie tylko w tańcu, ale i w moich oczach, w moich ruchach – też było sto procent. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak ogromną ilość energii to pochłania. Mimo dwóch miesięcy przygotowań, treningów całego ciała, kumulacji sił, nagle, po kilkuminutowym przetańczeniu całego układu, który miałem w głowie wykuty na pamięć, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ta siła znikała. A tu okazywało się, że trzeba jeszcze zrobić trzy duble tej jednej sceny i pięć innych, dodatkowych.

GALA: A dziś, kilka miesięcy po tamtej harówce, widzę cię kuśtykającego o dwóch kulach. Co by było, gdyby kontuzja przytrafiła ci się wtedy?

MATEUSZ DAMIĘCKI: Zostałbym podmieniony na kogoś innego i byłbym ogromnie rozgoryczony. Co zrobić – wypadki się zdarzają. Ten na szczęście ominął mnie w tak ważnym dla mnie momencie. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze... Kontuzja dopadła mnie w końcu na innym planie filmowym. W czasie zdjęć do serialu „Teraz albo nigdy!”, gdy grałem z kolegami w koszykówkę. Zły podskok i trzask! Poszła kostka. Nie ma katastrofy, wszystko pod kontrolą.

GALA: Dotarło już do ciebie, że nie jesteś ze stali?

MATEUSZ DAMIĘCKI: Fakt, spadłem na ziemię z wysoka. Widać życie jest przekorne, przewrotne. Dla mnie totalne zaskoczenie! Przecież w filmie „Jutro idziemy do kina”, o ostatnim dniu sierpnia 1939 roku, w pełnym galopie podnosiłem z ziemi czapkę, trzymając wodze jedną ręką.

GALA: Domyślam się, dlaczego tak się stało. Bo po tamtym morderczym wysiłku odpuściłeś sobie treningi i nic nie robisz.

MATEUSZ DAMIĘCKI: Strzał w dziesiątkę. Wszystko odpuściłem, bo przez ostatnie miesiące nie miałem czasu. Najpierw spektakl „Warszawa” dla Teatru Telewizji w reżyserii Andrzeja Strzeleckiego – emisja w 70. rocznicę wybuchu wojny. U Dominika Matwiejczyka w filmie „Czarny” zagrałem dresiarza o białych włosach. U Jacka Lusińskiego w „Pikselach” po raz pierwszy w życiu zagrałem siebie, Mateusza Damięckiego. Bardzo mnie to ubawiło. O serialu „Teraz albo nigdy!” już nie wspominam. Ale gdzie tu czas na siłownię, basen, treningi?

GALA: Co się stało z tymi wspaniałymi bicepsami budowlańca?

MATEUSZ DAMIĘCKI: Były, bo dźwigałem stosy cegieł i wiadra cementu. Ale teraz się lekko zaniedbałem siłowo. Cóż, człowiek uczy się na błędach. Widać należę do grona lekkoduchów.

GALA: Nie słyszysz czasami, że tobie to łatwo: dziadek Dobiesław Damięcki i babcia Irena Górska-Damięcka, Maciej i Damian – tata i stryj, brat stryjeczny Grzegorz i siostra Matylda. Silny klan…

MATEUSZ DAMIĘCKI: Słyszę, słyszę… Nie zaprzeczam, przeciwnie, doceniam. Nasiąkałem aktorstwem jeszcze w nieświadomości. Pierwszy raz zagrałem w wieku 5 lat małego powstańca w „Pastorałkach”. Drugą rolę, w wieku 10 lat, w serialu „Wow”. I od tamtego czasu nie było roku, bym nie pracował. Więc jak ktoś mi mówi: „Tobie łatwo, ty jesteś Damięcki”, zgoda. Trudno się wyzbyć nazwiska, z którego jest się dumnym. Dlatego śmieję się, że pracuję na imię. Kilka lat temu czytałem fragmenty „Pamiętnika z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego w widowisku transmitowanym przez telewizję, a potem zobaczyłem na ekranie, że udział wziął Maciej Damięcki. Gdy inni muszą wyrobić sobie nazwisko, ja pracuję na imię. Od 18 lat.

 

GALA: W imieniu fanek serialu „Teraz albo nigdy!” pytam, czy twój bohater Andrzej Bosz odkocha się w ślicznej Basi, bo wiele na to wskazuje.

MATEUSZ DAMIĘCKI: Tego nie mogę zdradzić. Oglądajcie, a będziecie wiedzieli.

GALA: W „Kochaj i tańcz” też masz dylemat uczuciowy i wybierasz między blondynką Hanią (Iza Miko) a szatynką Sylwią, graną przez Annę Bosak.

MATEUSZ DAMIĘCKI: Muszę cię rozczarować, mój bohater nie ma żadnego problemu. Sylwia Ani Bosak to złośliwa, niesympatyczna postać, żaden wybór. Jako Wojtek nie zastanawiam się nawet chwili.

GALA: A jako Mateusz?

MATEUSZ DAMIĘCKI: Nie wybieram, patrzę tylko w jednym kierunku. Bo na czym polega fenomen miłości, jeśli nie na tym, że nie wiadomo dlaczego się zakochujemy. Nie sumując zalet. Ludzi się spotyka na swojej drodze i albo się uda, albo nie.

GALA: Tobie się udało. Od roku pokazujesz się z eteryczną blondynką Edytą.

MATEUSZ DAMIĘCKI: Mam takie podejście, że życie prywatne oddzielam od zawodowego. Zainteresowanie moim życiem prywatnym to przejaw popularności, dzięki której jestem w stanie zapewnić sobie pracę. Z drugiej strony, nie mam najmniejszej ochoty na autokreację, obnażanie się. Angażowanie się w bzdury marnuje cenny czas. Nie biegam więc na spotkania, na których rozdają darmowe telefony, bo mój mi wystarczy. Dostałem go od mojej dziewczyny; jest mi o tyle droższy, że wiąże się z osobą, którą kocham. I to by było na tyle.

GALA: Przygotowujesz się do dwumiesięcznej wyprawy przez Rosję. Co cię tam ciągnie?

MATEUSZ DAMIĘCKI: Dla moich przyjaciół upodobanie do tego kierunku nie jest zagadką. Zbieg okoliczności, jak wszystko w życiu. Jako 17-latek wygrałem casting w Moskwie do ekranizacji powieści „Córka kapitana” Aleksandra Puszkina. To taki rosyjski „Pan Tadeusz” – XVIII wiek, wojna chłopska pod wodzą Pugaczowa, na tym tle wątek romansowy i obyczajowy. Usłyszałem: „Tak, to będzie nasz Piotr Andriejewicz Griniow”. Potem się dowiedziałem, że zostałem wybrany spośród 1100 chłopców. Reżyser zapytany przez dziennikarzy: „Paczemu Damięckij?”, odpowiedział: „Patamu szto u niewo niet głubokowo socjalizma w głazach”. I od tego się zaczęło. Kibitką przemierzałem niekończący się step, walczyłem na szpady, powoziłem dwukonnym powozem. Rosja jest dzika i niereformowalna, przez co taka ciekawa.

GALA: Z kim ruszasz na ekspedycję?

MATEUSZ DAMIĘCKI: Z pięcioma współtowarzyszami, trzy duże samochody, w każdym po dwóch kierowców. Będziemy się zmieniać za kierownicą, bo to 25 tys. km w obie strony, dziewięć stref czasowych. Uznamy, że odnieśliśmy sukces, jak dotrzemy do Magadanu i wybrzeży Morza Ochockiego, skąd będzie widać półwysep Kamczatka i Wyspy Kurylskie. Wiem: ciemno, zimno i do domu daleko... Ale nic na to nie poradzę, że to właśnie tam mnie ciągnie. Mam taką teorię, że to nie my wybieramy pasje, to prawdziwe pasje wybierają nas. I nie ma jak się przed nimi obronić.

GALA: Sześciu chłopa w tym okrutnie samotnym świecie, bez żon i narzeczonych?

MATEUSZ DAMIĘCKI: Mimo miłości do naszych kobiet doszliśmy do wniosku, że musimy dać sobie radę bez nich. Jedziemy tam sami, bo obawialiśmy się o ich zdrowie, samopoczucie, bezpieczeństwo.

Dla Izy Miko rola w filmie tanecznym od początku była wielką szansą. Bo w przeciwieństwie do większości polskich aktorów, ona ma już w tej dziedzinie spore doświadczenie. Jako dziecko uczyła się w szkołach baletowych w Warszawie i Nowym Jorku. I do dziś mówi o tamtych czasach z wielkim rozrzewnieniem. Balet pozostał jej wielką, nie do końca spełnioną miłością. Dużo później w sequelu filmu „W rytmie hip-hopu” Iza tańczyła breakdance, hip-hop i taniec klasyczny. Najważniejsza w filmie była słynna partia Giselle z XIX-wiecznego baletu o tym samym tytule, o której zawsze marzyła. Z pełną widownią – oczywiście statyści, orkiestra w kanale i Iza jako Giselle. Nie udało się na wielkiej scenie teatru, udało w filmie. Do dziś twierdzi, że „największe szczęście to grać i tańczyć jednocześnie”. „Gdyby nie umiejętność panowania nad ciałem, nigdy nie miałabym szansy zagrania w „Bye, bye Blackbird” – mówi Iza. Poświęciła mu pół roku życia, a wcześniej cztery miesiące treningów po 6–8 godzin dziennie. Żeby się nauczyć latać na trapezie pod kopułą cyrku.

KREW NA PUENTACH

Chodziła do piątej klasy podstawowej szkoły baletowej w Warszawie, gdy dostała szansę – dwumiesięczne stypendium w słynnej szkole baletowej Balanchine’a w Nowym Jorku. Imienne zaproszenie przysłał amerykański nauczyciel tańca poznany w Poznaniu na letnich warsztatach tanecznych Ewy Wycichowskiej. Zobaczył jej nieposkromioną chęć do eksperymentowania i obiecał zaproszenie. „Rodzicom się pochwaliłam, ale szybko o tym zapomniałam. Świat jest pełen niespełnionych obietnic” – mówi Iza. Ta akurat okazała się spełniona. A były to czasy, gdy poza baletem świata nie widziała. Jej ojciec Aleksander Mikołajczak tak to pamięta: „Taniec i tylko taniec. Fascynacja obłędna, po prostu klapki na oczach. Kiedyś, gdy zobaczyłem krew w jej puentach, mało nie zemdlałem. Poza tym żadnych chłopaków, żadnego hobby. Mnóstwo obowiązków. Oprócz szkoły baletowej trzy lata szkoły muzycznej w klasie fortepianu”. W USA oprócz szkoły Balanchine’a ukończyła korespondencyjnie szkołę średnią, bo „jak się tańczy codziennie, nie ma mowy o chodzeniu do normalnej szkoły”.

 

Z dwóch miesięcy stypendium w USA zrobiło się 2,5 roku ciężkiej harówki w szkole baletowej. Ale Iza nie okazała się ze spiżu ani z tytanu. Kontuzje, jedna po drugiej z dnia na dzień, wyeliminowały ją z zawodu baletnicy. Załamana wróciła do Polski, szukając nowych wyzwań. Znalazła. Przez przypadek zagrała w filmie telewizyjnym „Litwo, ojczyzno moja”. Wróciła do Stanów i zapisała się do szkoły Lee Strasberga. Tam uczyła się techniki, jednocześnie chodząc na castingi, „bo na co tu czekać?”. Stało się. Już na pierwszym castingu dostała rolę w filmie, nomen omen, „Wygrane marzenia”. Czyżby to było moje przeznaczenie?” – zastanawiała się. W końcu dorastała w domu aktorskim, poznała zapach kulis kolejnych teatrów, w których grali rodzice: w Legnicy, Opolu, Łodzi, Warszawie. Już wiedziała, co chce w życiu robić. A dla dobrej roli może zrobić wszystko: oszpecić się, ogolić na łyso, dokleić włosy, przytyć, schudnąć. Proszę bardzo!

PODSKOKI I PIRUETY

W Nowym Jorku mieszkała siedem lat, od pięciu lat mieszka w Los Angeles we własnym domu. Dużo ćwiczy, bo to poprawia jej samopoczucie, bardzo dba o formę: siłownia, joga-anasura, zajęcia cyrkowe, taniec na rurze przy muzyce, bo to fantastyczna gimnastyka wyciskająca siódme poty. „Przepadam za kick boxingiem, bo jakby co, trzeba się umieć obronić” – żartuje. Nie może się nachwalić Mateusza. Bo „nauczyć się czegoś to jedna sprawa. Ale tańczyć tak, aby wyglądać na profesjonalistę, który robi to całe życie, to co innego. Wielka sprawa”. Na dodatek uważa, że Mateusz „pod koniec prób tak się wzmocnił i zmężniał, że chyba nie zdawał sobie sprawy ze swojej siły. Z takim impetem, z taką siłą mnie podrzucał, że jakby mnie upuścił...”. Jednak już pod koniec zdarzyły się dwie niewielkie kontuzje w scenach kręconych na wysokości. Iza: „Niemal w ostatni dzień wpadliśmy na siebie z takim impetem, że zrobiło mi się słabo. Ból w udzie był straszny. Wieczorem wylądowałam na power plate – genialnej maszynie, która stawia na nogi, likwiduje zakwasy. Pomógł specjalny masaż”. Iza gwiazdy z okładki i Mateusz szybko polubili się na planie i ani razu nie posprzeczali, „co przy takim zmęczeniu mogło się zdarzyć. I na szczęście, jakimś cudem, zęby mamy wszystkie” – żartowali oboje. „Prawdę mówiąc, byłam cały czas jak… w siódmym niebie. Kocham grać i grałam. Kocham tańczyć i tańczyłam. Kocham być w Polsce i byłam. Do tego jeszcze obecność bliskich, za którymi tam tak tęsknię. Bywało ciężko, ale ja czuję się najszczęśliwsza, gdy pracuję, poznaję ludzi. Czego więcej chcieć?”.

„Kochaj i tańcz” to historia miłosna. Iza i Mateusz musieli wiarygodnie zagrać sceny miłosne. „Tu jest pasja, namiętność i potrzeba wybaczania. Moja bohaterka Hania ma żal do ojca, że porzucił mamę, ale uczy się, że w imię miłości trzeba wybaczać. Paradoksalnie, mój tata Aleksander Mikołajczak gra w tym filmie epizodyczną rolę księdza, który udziela ślubu Hani i Wojtkowi. Przemiłe doświadczenie”. Aleksander Mikołajczak i Iza Miko (w USA skróciła sobie nazwisko, bo Amerykanie nie potrafią wymawiać litery „ł”), czyli ojciec i córka, zawsze marzyli, aby razem zagrać. I to niekoniecznie w roli ojca i córki. Ten wątek stale przewijał się w ich rozmowach. W „Kochaj i tańcz” sen się ziścił: ojciec jako filmowy ksiądz udzielał córce ślubu. Co czuła Iza, widząc ojca w tej roli: „To był dla mnie bardzo wzruszający moment, ale nie ze względu na ślub, lecz dlatego, że po raz pierwszy spotkałam się na planie filmowym z tatą, którego uważam za świetnego aktora. To zaszczyt, że mogłam zagrać u jego boku” – mówi Iza. Już po ostatnim klapsie aktorka wyjechała do Los Angeles. Zagrała u boku Vala Kilmera w filmie „Fake Identity” („Fałszywa tożsamość”). „To prawdziwe kino akcji, o jakim zawsze marzyłam, a wcielam się w postać kobiety szpiega. Praca z takim geniuszem jeszcze bardziej zmotywowała mnie, żeby iść dalej i się nie poddawać. Dla takich momentów warto żyć”