GALA: Lubi pan tańczyć?

JACEK KOMAN: Nawet bardzo. Ostatnio uwielbiam tańczyć z moimi dziećmi. Synek Adaś ma półtora roku i dla niego taniec jest jednocześnie czymś nowym i naturalnym. 7-letnia córka Coco tak samo lubi tańczyć, jak wspinać się po drzewach.

GALA: Po zdjęciach do „Kochaj i tańcz” pięknie pan powiedział: „Dla mnie taniec to forma egzorcyzmu, wyganianie złych duchów, uprzątanie duszy”. Tak się pan czuje, tańcząc?

JACEK KOMAN: Wiele razy czułem, jak taniec wspaniale oczyszcza, koi, leczy. Oczywiście może być tylko zwyczajnym ćwiczeniem fizycznym, ale może też być medytacją.

GALA: ... a nawet początkiem miłości? Od tańca zaczęło się pana uczucie do żony?

JACEK KOMAN: Nasza miłość zaczęła się od teatru, ale wkrótce potem był taniec. Pracowaliśmy wtedy nad „Chorym z urojenia” Moliera. Graliśmy parę kochanków i tak już zostało. To było 20 lat temu, ale co jakiś czas pojawia się „gwiezdny pył”. I nadal bardzo lubimy ze sobą tańczyć.

GALA: Kilka lat temu oglądałam „Moulin Rouge!”, do dziś pamiętam jedną z najlepszych scen filmu – tańczone przez pana tango do piosenki „Roxanne”, również w pana wykonaniu.

JACEK KOMAN: Dla mnie ta scena była piękna, już kiedy czytałem ją w scenariuszu. Mocna emocjonalnie, wszystko w niej dosłownie drżało. Samą „Roxanne” początkowo miał nagrać José Feliciano, ale kiedy moje wykonanie usłyszał dyrektor muzyczny filmu, wybór padł na mnie. Tanga miałem szczęście uczyć się z dwojgiem argentyńskich tancerzy. Niesłychanie skomplikowany, cudowny taniec. Cały czas toczy się w nim dialog między kobietą i mężczyzną. Jest dowcip, walka i zaskoczenie.

GALA: Jak porównałby pan pracę na planie wielkiej hollywoodzkiej produkcji z pracą przy polskim filmie?

JACEK KOMAN: W takim filmie jak „Moulin Rouge!” twórców stać na wiele luksusów i ekstrawaganckich posunięć, o których w ogóle nie ma mowy w Polsce. Sala w „Moulin Rouge!” była zbudowana w studiu. Każdy najmniejszy detal był tak dopracowany, że nie czuło się tektury i konieczności udawania czegoś. Nic sobie nie musiałem wyobrażać, byłem w środku nocnego paryskiego klubu na przełomie XIX i XX wieku. Kiedy kręciliśmy kolejną scenę, przyjeżdżała ciężarówka i miażdżyła wszystko z poprzedniej. Ostatnio przy kręceniu „Australii” Baz Luhrmann przekroczył budżet chyba trzykrotnie, ale studio mu zaufało.

GALA: Dwa razy spotkał się pan na planie filmowym z Nicole Kidman, przy „Moulin Rouge!” i „Australii”. Co takiego w niej jest, że fascynuje ludzi na całym świecie?

JACEK KOMAN: Nicole bardzo podobała mi się w filmie „Za wszelką cenę” z 1995 roku. Była tam seksowna, a jednocześnie niebezpieczna, okrutna i ciepła. Od tej roli zaczęła się jej wielka kariera. Na pewno jest w niej jakaś tajemniczość, magia, którą świetnie kultywuje. To fascynuje ludzi. A jak dochodzi się do bycia hollywoodzką gwiazdą? Mechanizm jest znany – z grupy aktorów, którzy są bardzo dobrzy, sprawdzili się w wielu filmach, wybiera się kogoś i lansuje się go. Kreuje się gwiazdę, na której potem robi się olbrzymie pieniądze. To ta okrutna strona biznesu. Nie zazdroszczę Nicole. Wchodzi do sklepu w Gabonie kupić orzeszki ziemne i nawet tam ludzie ją poznają.

GALA: Jaka jest prywatnie?

JACEK KOMAN: Ma w sobie dużo skromności i spore poczucie humoru. Często siedzieliśmy na planie z Nicole i Ewanem McGregorem i strasznie się wygłupialiśmy. Fajnie było patrzeć na Nicole, która oficjalnie pielęgnuje wizerunek pięknej, stalowej i enigmatycznej, a ja widziałem, że potrafi się skrzywić, śmiać z głupich dowcipów, a nawet sama takie robić. Ganialiśmy się, wtykaliśmy sobie kwiaty do nosów, zachowywaliśmy się prawie jak dzieci w przedszkolu.

GALA: W Australii grał pan w teatrze z inną hollywoodzką gwiazdą – Cate Blanchett.

JACEK KOMAN: Zrobiliśmy razem chyba trzy sztuki, jeszcze kiedy nie była wielką Cate. Graliśmy w „Hamlecie”, ja – Klaudiusza, Cate – Ofelię. Horacego grał Geoffrey Rush. Jeździliśmy ze spektaklem po całej Australii.

GALA: Dla mnie to najpiękniejsza kobieta na świecie.

JACEK KOMAN: Dla mnie najpiękniejszą kobietą jest moja żona, na drugim miejscu córka Coco (śmiech), ale Cate to także wyjątkowa uroda. Niesamowicie piękne, wręcz niezwykłe kości policzkowe. Do tego porusza się z wielką gracją. Nie musi mieć butów i sukni królowej angielskiej. Pięknie wygląda też w trampkach, dżinsach i zwykłym podkoszulku.

GALA: Od 28 lat nie mieszka pan w Polsce. Nie bał się pan wyjazdu w nieznane, przerwania dobrze zapowiadającej się kariery?

JACEK KOMAN: Kiedy wyjeżdżałem z Polski w lutym 1981 roku, była we mnie dwoistość. Z jednej strony lęk, a z drugiej nadzieja na przygodę. Mówiłem sobie: „Witaj, nowy, wielki świecie”.

GALA: Osiem miesięcy spędził pan w Austrii. To musiał być szczególnie trudny czas, takiego zawieszenia?

JACEK KOMAN: Nie dostaliśmy się nawet do obozu dla uchodźców, bo już były przepełnione. Zostaliśmy prawie na ulicy z siedemnastoma dolarami w kieszeni. Dziewczynę brata udało nam się umieścić w maleńkim pokoiku hotelowym. Małżeństwo Polaków pozwoliło jej spać na podłodze. My z bratem nocowaliśmy na budowie. Przychodziliśmy późnym wieczorem, wyciągaliśmy materac, a rano musieliśmy wstawać przed siódmą, zanim przyszli robotnicy. Był luty...

GALA: Szukaliście pracy?

 

JACEK KOMAN: Składaliśmy podanie o wizę do ambasady australijskiej i kombinowaliśmy, jak przetrwać. Pamiętam, jak podgrzewaliśmy parówki w umywalce w ciepłej wodzie. Udało nam się wyjechać do miasteczka przy granicy niemieckiej. Mieszkał tam znajomy esperantysta. W tym miasteczku pracowaliśmy na budowach, a jak nie było żadnego zajęcia, oglądaliśmy westerny po niemiecku w czarno-białym telewizorze, jedliśmy kukurydzę kradzioną z pola.

GALA: Nie załamał się pan wtedy nawet na moment?

JACEK KOMAN: Nie, nikt z nas. Pewnie dlatego, że mieliśmy po dwadzieścia parę lat. Teraz nie wiem, czy wytrzymałbym coś takiego. Chociaż... myślę, że duch przygody by zwyciężył.

GALA: Wybrał pan Australię, bo to było większe wyzwanie, niż zostać w Europie, bliżej domu?

JACEK KOMAN: Czułem, że chcę jechać do Australii. Śniła mi się po nocach podróż za oceany, na ląd smagany wiatrami i palony słońcem, nie do końca poznany.

GALA: Pamięta pan swój pierwszy dzień w Australii?

JACEK KOMAN: Wylądowaliśmy nad ranem w Perth, którego lotnisko było wtedy wielkości stacji PKS w Trzebiatowie. W życiu nie widziałem takiego nieba, olbrzymie, usiane gwiazdami. Wspaniałe zapachy, przedziwne odgłosy ptaków, których nie znaliśmy. Niesamowicie zmysłowe wrażenia.

GALA: Miał pan poczucie, że jest pan na końcu świata?

JACEK KOMAN: Na początku to było nawet kojące. Miałem wrażenie, jakbym się gdzieś zaszył i był nie do odnalezienia. Ale po roku ta świadomość odizolowania stała się dręcząca. Wygnała mnie na drugą stronę kraju, najpierw do Sydney, a potem do Melbourne. Fascynująca była jazda samochodem, cztery i pół tysiąca kilometrów przez kraj. Do dziś uwielbiam takie włóczenie się po Australii.

GALA: Co pan robił przez pierwsze lata?

JACEK KOMAN: Wszystko. Sprzedawałem owoce na targach, pracowałem w barach, na budowach, pomagałem przy koniach, przeganiałem bydło, ale nie na tak długich dystansach jak w filmie „Australia”. Na pewien czas zapomniałem o marzeniach, skupiłem się na przetrwaniu. Tak było prościej, łatwiej się żyło. Po jakimś czasie zacząłem studiować na uniwersytecie, to była fantastyczna lekcja języka.

GALA: W pierwszym filmie zagrał pan w 1988 roku.

JACEK KOMAN: To był jakiś telewizyjny film. Jeszcze trochę potrwało, zanim pojawiło się „Moulin Rouge!”.

GALA: Dwanaście lat. Wolno zbliżał się pan do sukcesu.

JACEK KOMAN: A może odniosłem sukces, bo nigdy go nie planowałem? Gdybym sobie założył, że muszę wejść na szczyt, to zwątpienie zwaliłoby mnie z nóg. Górę przesuwa się po ziarenku. Czasem myślimy: „Czy nie lepiej zrezygnować, przestać walczyć?”. Nigdy nie wolno rezygnować. Trzeba każdego dnia iść i dobrze robić swoje.

GALA: Polska może być teraz dla pana nowym wyzwaniem.

JACEK KOMAN: Nawet dużym. Chciałbym przyjechać do Polski z moją rodziną. Nie wykluczam, że na kilka lat. Moja 7-letnia córka nie mówi po polsku, a jak tu będzie, to może zacznie.

GALA: Pana żona jest australijską aktorką. Decyzja o przyjeździe do Polski będzie dla niej trudna?

JACEK KOMAN: Oboje mamy w sobie ducha przygody i włóczęgi. Dużo podróżujemy po Australii, świecie. Lubimy jeździć na Tasmanię. Biwakować przez kilka tygodni w bardzo surowych warunkach, żeby zabrakło kawy, nie było gorącej wody. Catherine już kilka razy była w Polsce. Jeszcze w latach 80. jeździła po Europie Wschodniej. Do końca tego roku Catherine gra w serialu. A później zobaczymy.