Spotkałam się z Agatą jeszcze przed przeszczepem, pod koniec kwietnia, w Instytucie Hematologii. Pamiętam ją uśmiechniętą, pełną wiary. Miała szczęśliwe oczy. Mówiła: „Mogę nawet jutro iść na przeszczep, chcę to już mieć za sobą i normalnie żyć”. Marzyła o wakacjach z Jackiem i Lilianą, o założeniu sukienki, spokojnym wypiciu kawy we własnej kuchni. Była bardzo osłabiona, przepraszała, że nie da rady odprowadzić mnie do windy. Umówiłyśmy się na wywiad po przeszczepie. Obliczałyśmy, kiedy Agata wróci do Warszawy i będzie w dobrej formie. Wyszło nam, że na początku lipca. Odeszła w piękny czerwcowy dzień, dwa tygodnie po przeszczepie szpiku. „Ona całym swoim życiem chciała pokazać światu, że z chorobą można wygrać. Zostawiła Lilianę, swoje największe szczęście” – mówił na pogrzebie jej mąż Jacek. Biłam się z myślami, kiedy do niego zadzwonić. Za dwa tygodnie, miesiąc? Dwa dni po pogrzebie on odezwał się do mnie. Usłyszałam: „Pomyślałem, że nie będziesz miała odwagi do mnie zadzwonić. Chcę ci powiedzieć, że wszystkie nasze ustalenia są aktualne. Będzie tak, jak chciała Agata”.

GALA: Jacku, skąd w tobie tyle spokoju?

JACEK OLSZEWSKI: Daje mi go Agata, która nad nami czuwa... Wiem, że ona gdzieś jest i patrzy na nas z góry. Ksiądz Maciek (ksiądz Maciej Makuła, który był kapelanem w Instytucie Hematologii i przygotowuje o Agacie film – przyp. red.) pięknie o tym mówił na pogrzebie. W szpitalu wielokrotnie rozmawiał z Agatą i kiedyś ją zapytał: „Co będzie, jak umrzesz?”. Agata odpowiedziała, że pójdzie do Boga, podziękuje za męża, wspaniałą córkę i poprosi Go, żeby się nami zajął. Agata była spokojna do końca, nigdy nie obwiniała Boga za cierpienie, nie zadawała pytań: „Dlaczego ja?”.

GALA: Nie myślisz czasem, że to niesprawiedliwe, nie tak miało być?

JACEK OLSZEWSKI: Staram się tak nie myśleć. To do niczego nie prowadzi. Bardzo mi brak Agaty, tęsknię za nią. Ale wierzę, że istnieje coś większego, głębszego niż życie na ziemi i że tam jest Agacie lepiej. Podobno do nieba odchodzą tylko dobrzy ludzie, którzy spełnili już swoją misję tu na ziemi. Agata w swoim krótkim życiu zrobiła bardzo wiele.

GALA: Rozmawialiśmy dzień po przeszczepie. Wierzyłeś, że będzie dobrze. Powiedziałeś: „Nie ma innej opcji”.

JACEK OLSZEWSKI: Chciałem wierzyć, że się uda. Dwadzieścia minut po północy Agata zaczęła nowe życie. Oboje wiedzieliśmy, że teraz przed nią najtrudniejszy czas. Czy organizm przyjmie szpik, okazuje się po kilkunastu dniach, czasem nawet po miesiącu. Przeszczep to loteria, ale też jedyna szansa na normalne życie. Agata bardzo czekała na powrót do domu, przytulenie Liliany. Następnego dnia po przeszczepie rozwiązywaliśmy krzyżówki. Bardzo chcieliśmy zwyczajnie żyć – tak, jakby nic się nie stało.

GALA: Wysłałam Agacie SMS-a z życzeniami. Odpisała mi: „Oby było dobrze...”. Wtedy po raz pierwszy poczułam lęk, że może się nie udać.

JACEK OLSZEWSKI: Agata doskonale wiedziała, że niektóre przeszczepy kończą się śmiercią. Z jej sali w Instytucie Hematologii odeszły dwie panie. Bardzo to przeżyła. Na dwa dni przed przeszczepem zaniosłem jej Lilianę. Pożegnała się z małą i powiedziała, że już jej chyba więcej nie przytuli. Miała takie myśli... Powiedziała też swojemu tacie: „Ja już pewnie z tego szpitala nie wyjdę”. Mówiliśmy Agacie: „Walczymy dalej, zbierz siły, musi być dobrze”. Czasami myślałem, że wszystko idzie za prosto. Chemia i przeszczep poszły tak gładko. Siedziało mi w głowie: niemożliwe, coś się jeszcze musi zdarzyć.

GALA:Kiedy nastąpiło załamanie?

JACEK OLSZEWSKI: Ósmego dnia Agacie zaczęło puchnąć gardło. Zdawaliśmy sobie sprawę, że takie reakcje się zdarzają. Lekarze już wtedy wiedzieli, że Agatę zaatakowała bakteria, która dotąd była gdzieś w uśpieniu. Wywołuje sepsę i potrafi wykończyć zdrowych chłopaków w wojsku, a co dopiero organizm o zerowej odporności. Walczyliśmy o każdą chwilę, w nadziei, że szpik jednak zacznie produkować granulocyty, które powstrzymają bakterię.

GALA:Nie można nic zrobić, żeby szpik szybciej podjął pracę?

JACEK OLSZEWSKI: Były podawane antybiotyki, które przyspieszają rozwój krwinek. Chodziłem po każdej morfologii pytać, czy wreszcie coś się pojawiło. Słyszałem: „Nic, czekamy”. Wiedziałem, że nie ma cudownego leku. 

GALA: W noc przed śmiercią Agaty jechałeś do Katowic po antybiotyk. Wierzyłeś, że pomoże?

JACEK OLSZEWSKI: Lekarz, który był wtedy na sympozjum w Poznaniu, dowiedział się, że czasem przy zwalczaniu tej bakterii pomaga pewien stary antybiotyk. Znaleźli jego nowe zastosowanie. Miałem nadzieję, że zyskamy na czasie. Kiedy wyjeżdżałem z Wrocławia, była piękna pogoda, a po drodze spotkały mnie trzy nawałnice, burze z piorunami, ulewny deszcz. Musiałem się zatrzymać. Poczułem, że to znak, że nie ma sensu jechać. Decyzja już zapadła.

GALA: Wróciłeś w nocy z lekiem i...

JACEK OLSZEWSKI: Było już beznadziejnie. Wtedy myślałem nawet o pijawkach, które mogłyby zmniejszyć obrzęk. Ale już nie spróbowaliśmy. Koło drugiej położyłem się spać z myślą, że Agata umiera i już nic jej nie pomoże. O szóstej rano zadzwonił lekarz, pojechałem pożegnać się z Agatą.

GALA: Była już nieprzytomna?

 

JACEK OLSZEWSKI: Od dwóch dni. W momencie, kiedy zaczęła się dusić, lekarze wprowadzili ją w stan śpiączki. Dzień przedtem widziała Lilianę. Staliśmy z małą pod oknem. Agata jeszcze chodziła. Była taka piękna, słoneczna pogoda. Pomachała nam. Zawsze powtarzała, że jej dwa największe szczęścia to poznanie mnie i urodzenie dziecka. Mówiła: „Kocham was najbardziej na świecie, oboje tak samo mocno”.

GALA: Mógłbyś opowiedzieć o waszej ostatniej rozmowie?

JACEK OLSZEWSKI: Między nami była tak niesamowita więź, że nie musieliśmy dużo mówić. Nie potrafię tego nawet przekazać słowami, zawsze podobnie czuliśmy, wiedzieliśmy, czego w danej chwili oczekujemy. Wzajemnie dawaliśmy sobie siłę i wsparcie.

GALA: Ksiądz Maciek rozmawiał z Agatą o śmierci. Mówiła mu, jak chce odejść.

JACEK OLSZEWSKI: Zasnąć i się nie obudzić, bez bólu i cierpienia. I tak odeszła. Na kilka minut przed śmiercią przypomniałem sobie, że mam Agaty obrączkę, którą dała mi przed przeszczepem. Włożyłem jej na palec i powtarzałem słowa przysięgi małżeńskiej. Byłem z nią do samego końca. Później, po śmierci bałem się pożegnania w kaplicy. Tego, że zobaczę Agatę martwą. Ale kiedy zostałem z nią sam, ogarnął mnie spokój. Czułem, że jej już tu nie ma, jest tylko ciało, a Agata obserwuje mnie z góry. Przykryłem jej twarz całunem, chciałem, żeby rodzina zapamiętała ją taką, jaka była, niezniszczoną przez chorobę.

GALA: Agata chciała być skremowana?

JACEK OLSZEWSKI: Kiedy rozmawialiśmy po śmierci z rodziną Agaty, jednogłośnie stwierdziliśmy, że taka była jej ostatnia wola. Po kremacji postawiłem urnę na przednim siedzeniu samochodu, tam zawsze Agata siedziała, zapiąłem pasy. Liliana i mój przyjaciel byli z tyłu. I tak wracaliśmy z Wrocławia do domu jej rodziców w Tarnowie. Nasza ostatnia wspólna podróż. Kiedy jechałem autostradą i przekraczałem dozwoloną prędkość, miałem wrażenie, że Agata do mnie mówi: „Nie szalej, dziecko wieziesz”.

GALA: Po jej śmierci poszedłeś do lekarzy, żeby im podziękować. Niezwykłe.

JACEK OLSZEWSKI: Widziałem, że robili wszystko, żeby ją uratować. Dzięki profesorowi Krzysztofowi Kałwakowi dziś na świecie jest Liliana. Jedyny powiedział: „Będzie ciężko, ale widzę szansę na utrzymanie ciąży. Zaryzykowałbym, ale tak naprawdę jest to decyzja Agaty”. Podziękowałem profesorowi za Lilianę. Chcieliśmy kupić dla szpitala kardiomonitory. Obiecałem, że słowa dotrzymam.

GALA: Pogrzeb był w waszą pierwszą rocznicę ślubu.

JACEK OLSZEWSKI: W tym samym kościele, w którym braliśmy ślub, śpiewał ten sam chór. Nie kupiłem Agacie wieńca na grób, tylko taką samą wiązankę, jaką miała w dniu ślubu, i jedną malutką różę od Lilianki. Złożyliśmy je, tak jak przed rokiem, na ołtarzu Matki Boskiej. Kilka dni po pogrzebie była msza za Agatę i patrzyłem, jak kwiaty z bukietu i różyczka pięknie się rozwinęły.

GALA: Nie mieliście czasu, żeby się sobą nacieszyć.

JACEK OLSZEWSKI: Znaliśmy się trochę ponad dwa lata. Pół roku Agata grała w Hiszpanii. Latałem do niej raz w miesiącu na tydzień. Nie mieliśmy nawet podróży poślubnej. Ostatnie pół roku to były tylko szpitale.

GALA: Poznaliście się w Szczyrku. Od razu wiedziałeś, że to ta kobieta?

JACEK OLSZEWSKI: Pojechałem z kolegami pojeździć na desce. Spotkałem Agatę pod stokiem. Kiedy zamieniliśmy kilka słów, wiedziałem, że to ta kobieta, na którą czekałem. Wcześniej myślałem, że miłość od pierwszego wejrzenia zdarza się tylko w romansach. Zakochaliśmy się w sobie w jednej chwili. Później przez pomyłkę wysłałem jej SMS-a: „Fajna ta Agata”. Odpisała: „To się z nią umów” (śmiech).

GALA: Wiedziałeś, kim jest Agata?

JACEK OLSZEWSKI: Pół roku wcześniej kibicowaliśmy jej z kolegami na finale mistrzostw Europy. Siedzieliśmy u mnie w domu. Już wtedy Agata podobała mi się, ale każde z nas miało swój świat i nawet nie przypuszczałem, że kiedyś nasze drogi się zejdą.

GALA: Kiedy Agata opowiadała mi, jak jechała do ciebie w zamieci śnieżnej, zaledwie po tygodniu znajomości, stwierdziłam, że jest odważna. Odpowiedziała: „Pewnie nie byłabym taka, gdyby nie choroba. Wiem, że nie mogę niczego przegapić i stracić nawet dnia”.

JACEK OLSZEWSKI: Grała jakiś mecz w Kaliszu. Wsiadła po nim w samochód i dotarła do Warszawy o czwartej nad ranem. I już została. Zawsze lubiła być w naszym domu. Mówiła, że znalazła tu spokój. Wszystko robiła, żeby wyjść ze szpitala na przepustkę chociaż na jeden, dwa dni. Dawało jej to siłę. Ostatni raz byliśmy tu razem z 10 na 11 maja, tuż przed wyjazdem do Wrocławia na przeszczep.

GALA: Gdyby nie Liliana, byłoby ci o wiele trudniej?

JACEK OLSZEWSKI: Czułbym ogromną pustkę, może zacząłbym kogoś obwiniać, pogrążać się w rozmyślaniach, żalu. Agata przyśniła mi się raz po śmierci. Najpierw poczułem taki ogromny żal, że jej nie ma i już nigdy nie wróci. A po chwili przyszedł spokój, że mam Liliankę, największy skarb Agaty, nasz cud. Mam dla kogo żyć. Chciałbym, żeby Agata przychodziła do mnie czasem we śnie, podpowiedziała, co mam zrobić.

GALA: Jak sobie radzisz z trzymiesięczną dziewczynką?

JACEK OLSZEWSKI: W jakimś sensie dzisiaj jest mi łatwiej. Zajmowałem się małą od początku. Moja mama przychodziła wieczorem do Liliany, a ja jechałem wtedy do Agaty. Siostra zawsze się dziwiła, że nigdy nie brałem jej dzieci na ręce, a z Lilianką tak sobie świetnie poradziłem. Chyba przejąłem instynkt macierzyński od Agaty. Pamiętam moje pierwsze kąpanie. Wziąłem pewnie Lilianę w ręce, pielęgniarka pochwaliła, że super. Czasem śmieszyło mnie podejście niektórych lekarzy. Najpierw byli zdziwieni, że nie przyszła mama, potem mówili, żebym przygotował dziecko do badania i pytali: „Może panu w czymś pomóc?”.

GALA: Teraz ktoś ci pomaga?

 

JACEK OLSZEWSKI: Czasem mama. Wiem, że zawsze mogę liczyć na rodziców Agaty, rodzeństwo. Ale staram się radzić sobie sam. Cały dzień jestem z Lilianą. Jeszcze z Agatą planowaliśmy, że sami ją wychowamy. Nie wiem, ile teraz mamy czasu. Cieszę się z każdego dnia. Nauczyłem się tego od Agaty. Nie planuję, nie zastanawiam się, co będzie za rok. Pod koniec sierpnia kończy mi się urlop macierzyński, na pewno nie wrócę do pracy na osiem godzin. Nie chcę widzieć małej tylko wieczorami.

GALA: Jaka jest Liliana? Widzę ją drugi raz i cały czas jest spokojna i uśmiechnięta.

JACEK OLSZEWSKI: Pozory mylą (śmiech). Ale rzeczywiście jest kochaniutka, bardzo zdrowa. Na razie chyba podobna do mnie.

GALA: Jak chcesz ją wychować?

JACEK OLSZEWSKI: Chcę przekazać jej wartości, w które wierzyliśmy oboje z Agatą. Najważniejsze, żeby była dobrą osobą. Na pewno będzie jej trudno żyć ze świadomością, jak niezwykła była jej mama i że poświęciła dla niej życie.

GALA: Jaki obraz Agaty przekażesz Lilianie?

JACEK OLSZEWSKI: Pogodnej, ciepłej, serdecznej, zawsze uśmiechniętej, życzliwej dla innych, silnej, do końca walczącej. Nigdy się nie załamała, nie poddała. Zawsze śmialiśmy się z Agatą, że Liliana będzie śliczna i mądra po tacie, a uparta i silna po mamie. Może proporcje będą trochę inne.