Spotykamy się na trzecim piętrze Wydziału Socjologii UW. Profesor Staniszkis właśnie skończyła wykłady. Jeszcze podpis w indeksie, krótka wymiana zdań ze studentką i możemy się zaszyć w kącie. Ani kwadransa na zmarnowanie, żadna kawa nie wchodzi w grę. Dzień do końca rozpisany: kolejką do Podkowy Leśnej, obiad z mężem, spacer z psami i przygotowanie do jutrzejszych sześciu godzin wykładów. Właśnie zadzwonili z informacją, że znalazła się na 9. miejscu listy najbardziej wpływowych kobiet w Polsce magazynu „Forbes” i widać, że ją to ucieszyło. Niedawno wydała książkę „Ja. Próba rekonstrukcji”. Pierwszą o sobie, i – jak twierdzi – ostatnią.

GALA: Pani profesor, gdy rozmawiałyśmy przed paroma laty, zachwyciły mnie pani „bezinteresowne” weekendowe włóczęgi po kraju. W tamten poniedziałek wróciła pani z Wybrzeża, gdzie pojechała, aby pochodzić po pustej plaży.

JADWIGA STANISZKIS: Nadal jeżdżę w różnych kierunkach i wciąż lubię Hel, choć o tej porze roku to ołowiana zatoka. Mikrobusem z Gdyni docieram na miejsce. Mam czas, by odbyć jeden porządny spacer, dobrze się wyspać i następnego dnia wrócić do Warszawy.

GALA: Te podróże pani nie wykańczają?

JADWIGA STANISZKIS: Regenerują mnie. To moment, gdy nikt niczego nie może ode mnie chcieć.

GALA: Nadal nie ma pani telefonu komórkowego?

JADWIGA STANISZKIS: Nie mam. I nie zamierzam mieć. Jak ktoś ma dla mnie coś ważnego, zawsze może zadzwonić po powrocie.

GALA: „Ważny jest moment wyboru, gdy na dworcu, najczęściej ok. 6 rano, mając w torebce klucze, decyduję w ostatniej chwili, dokąd pojadę. Kocham ten moment wolności, o którym pisał Schulz w »Sklepach cynamonowych«, że jest jak nienapoczęte jeszcze jabłko” – to z pani książki. Ile ma pani przy sobie kluczy od swoich „kryjówek”? I ile ważą?

JADWIGA STANISZKIS: Wczoraj wróciłam z wykładów w Nowym Sączu, więc dziś mam tylko jeden kluczyk od szałasu w górach nad Jeziorem Rożnowskim. Bo a nuż zrobiłaby się piękna pogoda i coś by mi strzeliło do głowy. Moje klucze nie ważą wiele, to raczej kluczyczki.

GALA: A ten szałas to prawdziwy szałas?

JADWIGA STANISZKIS: Raczej chatynka z bali, do której dobudowałam werandę.

GALA: Wiem, że jak Virginia Woolf z powodów estetycznych albo sentymentalnych potrafi pani kupować obiekty w bardzo złym stanie.

JADWIGA STANISZKIS: Ten akurat był w niezłym. Ale inne ruiny dopiero doprowadzałam do stanu przyzwoitości. Mam maleńkie mieszkanko w Kościelisku, a w nim wypatrzony w Desie na Grodzkiej w Krakowie malowany stół i krzesła w typie azjatyckim. Kosztowały grosze, bo nikt się na nich nie poznał. Nieustawne, nieforemne, malowane dzikimi kolorami i woskiem. Okazało się, że najprawdopodobniej pochodzą z pracowni Wyspiańskiego z 1906 r. Złodziej tego nie wyniesie, bo ciężkie. Jak przyjeżdżam, biegnę do stacji na Gubałówkę, wjeżdżam na górę, idę szlakiem papieskim, schodzę. Piję zieloną herbatę i patrzę na te cudowne meble. Kładę się spać, o świcie znów biegnę przez Gubałówkę, zjeżdżam i biegnę do autobusu do Krakowa. Po południu jestem w Warszawie.

GALA: Bolą mnie nogi od samego słuchania. Podziwiam kondycję i aktywność.

JADWIGA STANISZKIS: Mam świetne buty sportowe do pieszych wędrówek. Podróże mnie nie wykańczają, bo czytam, myślę, obserwuję. Wczoraj widziałam porośnięte nagimi gałązkami, nieostre wyspy i wzgórza we mgle nad Jeziorem Rożnowskim. Jak z Corota (słynny XIX- -wieczny pejzażysta – przyp. red.) albo pejzaży chińskich. Po prostu patrzę na krajobraz, który za każdym razem wygląda inaczej. To jakby wędrowanie po kręgu.

GALA: Kiedy pani profesor tak wędruje, gdzie wtedy jest mąż Michał?

JADWIGA STANISZKIS: W domu, ale on też często jeździ do Chin, do Łodzi, gdzie się urodził. Ostatnio spędził tam dzień na ulicy, przy której mieszkał, grając z chłopakami w piłkę. Marzył o tym od czasu, gdy jako dzieciak wyjechał z Polski. Czasami jedziemy razem np. ja do Rożnowa, on obok – na lotnisko w Łososinie Dolnej, gdzie uczy się latać. Ale Michał jeździ samochodem. Ani kilometra włóczęgi. Ja to uwielbiam, on nie znosi. Wyjazdy, które są ważne, abym się odbudowywała, są samotne. Nawet mieszkając w rodzinie, chcę mieć przestrzeń. I momenty wyrwania się. Taka jestem.

GALA: Kto się wtedy zajmuje zwierzętami, które zaludniają państwa dom?

JADWIGA STANISZKIS: Pani, która sprząta i jak żadnego z nas nie ma – nocuje. Zajmuje się czterema psami, dwoma kotami domowymi i dużą liczbą dzikich, dla których jest specjalne wejście. Na spacer chodzę dwa razy po dwa psy.

GALA: Przyznaje się pani, że cierpi na „defekt inteligencji emocjonalnej”, na coś w rodzaju autyzmu. Pisze też pani, że umie sobą manipulować, by np. nie popaść w rozpacz. Ja wiem, że zawsze jest pani szczera. Także na swój temat.

JADWIGA STANISZKIS: Czasem mylę się w drobiazgach. W rzeczach ważnych jestem absolutnie szczera.

GALA: Nie znam osoby publicznej, która by się przyznała w tak otwarty sposób, że doświadczyła rękoczynów od bliskiej osoby. Pisze pani: „Początek lat 70.: mieszkam z Iredyńskim. (...) myślał, że go zdradzam (...). Zaczął »przesłuchanie« za pomocą smyczy: do dziś mam bliznę na ramieniu”.

 

JADWIGA STANISZKIS: To nie była stała sytuacja, raczej incydent. Przytaczam fakty. Znając siebie, wiem, że potrafię ludzi doprowadzić do bardzo silnej agresji.

GALA: I jeszcze obwinia pani siebie.

JADWIGA STANISZKIS: Nie obwiniam. To się po prostu zdarzało i wynikało z relacji między nami, nie tylko z charakteru samego Irka (Iredyńskiego – przyp. red.). Człowiek, który nie ma silnych pasji jak ja, potrafi sam się nakręcić w agresji. Tamten związek nauczył mnie wiele i wiele pozwolił zrozumieć.

GALA: Bliski mężczyzna mówił: „Wyznacz sobie karę”, a pani dokonywała samoanalizy: „Myślałam w takich momentach, że pozwoliło mi to zrozumieć sekret procesów moskiewskich”. Ciarki przechodzą.

JADWIGA STANISZKIS: I mnie może wtedy też przeszły, ale teraz już tego nie pamiętam. Ja naprawdę myślałam, że w każdej sytuacji można coś zrozumieć, coś wynieść. Pamiętam, jak babcia błagała mnie, żebym nie wychodziła za pierwszego męża (był moim pierwszym chłopakiem). Miała rację, rozwiodłam się po dwóch latach. Powiedziałam w sądzie: „Przestałam go szanować”, on powiedział: „Miała zawsze rację”. Wyobraża sobie pani, jak można wytrzymać z kimś, kto ma zawsze rację? Mimo małego dziecka sąd od ręki dał rozwód, bo zobaczył, że nie mamy szans.

GALA: Podtrzymuję opinię, że ze swoją szczerością jest pani białym krukiem. Nie żałuje jej pani czasami?

JADWIGA STANISZKIS: Paradoksalnie książka „Ja. Próba rekonstrukcji”, której napisanie nie zajęło mi dużo czasu, dała mi okazję do spotkania ludzi, o których nikt by nie pomyślał, że możemy mieć wspólne tematy. Np. z Jackiem Dehnelem, którego poznałam w programie „Łossskot”, odnaleźliśmy nawet rodzaj bliskości. Ja mu mówiłam, że jak mój mąż wraca wieczorem, to mu w podmiejskiej kolejce każę zdejmować tę jego czapeczkę, kapelę, żeby go ktoś nie wyrzucił. Jacek na to: „Mój chłopak też mi mówi, żebym zdejmował melonik, jak w nocy wracam”. Rozmawialiśmy o książkach, o podróżach. Pokazał mi piękny skandalizujący brazylijsko-francuski film „Madame Satã”, rumieniąc się przy tym, a ja, bez rumieńca, mówiłam „ale super film”. Przy okazji ostatniej książki spostrzegłam, że nawet ci, którzy chcieli mi dołożyć, mówią przy okazji coś dobrego. Ostatnio ktoś przypomniał mi, że jak pisałam pod własnym nazwiskiem teksty do prasy podziemnej, ubek tylko w jednym miesiącu (styczeń 1979) odnotował, że miałam także „wykład w TKN i kontakty w otoczeniu KOR”. A ja po każdym artykule dostawałam odmowę paszportu. Poczułam oczyszczający gniew. Okres, gdy myślałam, że komunizm mnie dopadł, nagle wraz z tym gniewem skończył się.

GALA: O swoim trwającym blisko 15 lat drugim małżeństwie z Michałem Korcem mówi pani: „To idealne małżeństwo na drugą połowę życia: nikt nie chce nikogo zmieniać, wieczorami oglądamy filmy (ja wcześnie zasypiam) w telewizorze na szafie w sypialni. I tak sobie cichutko, szczęśliwie żyjemy”.

JADWIGA STANISZKIS: Najbardziej to lubimy: wielkie łóżko i dobry film. Przeczytałam ogłoszenie weterynarza „Sprzedam sypialnię art déco”. Przywiózł ją ze Lwowa w częściach i potem do mieszkanka w bloku nawet nie mógł wnieść. Za kilka tysięcy sprzedał mi komplet z brzozy karelskiej. I teraz na szafie w cętki stoi średniej wielkości telewizor. Jak w motelach amerykańskich.

GALA: „Jestem osobą szczęśliwą” – napisała pani o sobie. Lubi pani wracać do domu w Podkowie Leśnej – miejsca, które jest dla pani ważne.

JADWIGA STANISZKIS: To, że jestem szczęśliwa, chyba jeszcze niektórych bardziej wścieka. Widać uważają, że nie powinnam. Doprowadza to do pasji niektóre koleżanki i znajome. Co innego mój mąż. On oczywiście mojej książki nie zna. Czytałam mu co drugie zdanie, bo nie chciał tracić czasu. I nawet nie pamiętałam, czy umieściłam go w rozdziale „Uczucia”, czy w rozdziale „Zwierzęta”.

GALA: Mąż w rozdziale „Zwierzęta”?

JADWIGA STANISZKIS: Wie pani, jest tam dużo o ukochanych zwierzętach, w tym o „skoceniu” Michała, którego mój najmłodszy wnuczek nazywa „dziadek kot”.

GALA: Pani profesor, wiem, że towarzyszyła pani rodzicom męża w podróży do miejsc, w których ukrywali się podczas wojny po ucieczce z getta. Część okupacji przeżyli w ziemiankach w Puszczy Knyszyńskiej koło Supraśla. Jak się wraca do takich wspomnień?

JADWIGA STANISZKIS: Mama Michała była osłupiała, oboje byli. Jak stąpnęła na gałązkę, która trzasnęła, aż się wzdrygnęła. Szła jak we śnie, nic nie mówiła. Nie była w stanie rozmawiać z tymi, którzy wtedy im przynosili chleb, wtedy młodzi, teraz starzy. A to była nasza podróż poślubna. Rano z Michałem pobraliśmy się w Kazimierzu, a potem pojechaliśmy do Supraśla. Właściwie myśmy ich w jakimś sensie do tej podróży zmusili. Z drugiej strony już w drodze powrotnej przypominali sobie i dobre strony: jakieś śpiewy, sympatie, romanse, bimbry. Ich młodość.

GALA: Pochodzi pani z rodziny różnorodnej etnicznie i religijnie. Po praprababce Tekli z Paschalisów z Konstantynopola ma pani kości policzkowe i nieco skośne oczy. Tata Witold, który odbudowywał Port Gdański i siedział w stalinowskim więzieniu, ma 99 lat. Rozmawia z nim pani o polityce?

JADWIGA STANISZKIS: Czasami. Czyta codziennie wszystkie gazety i denerwuje się polityką. Normalnie, jak my wszyscy. Mieszka sam na Rakowcu, na pierwszym piętrze wśród zieleni, a my często wpadamy. Nie chciał się przeprowadzić do żadnego z nas, więc we czworo, z siostrą i dwoma braćmi, wynajęliśmy panią, która się nim opiekuje.

GALA: Ucieszył się z pani książki?

 

JADWIGA STANISZKIS: Nie pytałam. Miałam nadzieję, że jej nie zauważy, ale ktoś mu ją dał. Widać było, że ją czyta.

GALA: Po „Ja” będzie „My. Próba rekonstrukcji” – my Polacy – albo „Oni. Próba rekonstrukcji” – o mężczyznach?

JADWIGA STANISZKIS: Nie mogłabym napisać o innych, bo nie wiem, jak funkcjonują. Nie rozumiem ich.

GALA: Ale siebie czasami też nie.

JADWIGA STANISZKIS: Fakt, do końca siebie nie zrozumiałam. Czasami zatrzymuję się przed głębszym drążeniem pewnych wątków, żeby nie pojawiło się coś, co by wymusiło na mnie zbyt wiele zmian w dotychczasowym sposobie życia. To coś, czego bym nie chciała. Z tego co powiedziałam powyżej, można się domyślić, dlaczego.