GALA: Od kilku tygodni zaczęła pani ostre treningi, żeby wrócić do formy. O czym pani myśli, kiedy biega sama po lesie?

JAGNA MARCZUŁAJTIS: O niczym konkretnym. Po prostu biegnę i patrzę przed siebie, rozglądam się. Seter Zugor kręci się wokół mnie, czasami gdzieś daleko pobiegnie i trzeba go nawoływać. To taki czas, kiedy pozwalam sobie na egoizm. Odrywam się od rzeczywistości, od tych chwil, kiedy wydaje mi się, że mogę zwariować z powodu codziennych spraw, kłopotów z dziećmi. Zmęczenie fizyczne pomaga mi na chwilę o tym wszystkim zapomnieć. Pomaga mi odzyskać siły psychiczne.

GALA: Chwila tylko dla siebie.

JAGNA MARCZUŁAJTIS: Taką chwilą naprawdę tylko dla mnie była zawsze jazda konna. Bardzo mi tego brakuje. Od niedawna mam nowego konia – Equidorę, młodziutką klacz arabską. Teraz jest u mojego przyjaciela Wiktora Rozpędka pod Wrocławiem. Ciągle myślę o tym, jak ją odbiorę na wiosnę i będzie na mnie codziennie czekała w stajni. Kiedyś miałam konia, który nazywał się Czersk. Znalazłam go z ogłoszenia. Był po wypadku, miał uszkodzony nos. Jak go zobaczyłam, od razu przyprowadziłam do domu. I został. Smutna historia, bo zdechł na kolkę żołądkową. Nagle, w ciągu kilku godzin. Okropne przeżycie. Był ze mną dziesięć lat. Można powiedzieć, że nasz związek był prawie jak małżeństwo.

GALA: Konie, snowboard, motory, zawody, nagrody. A teraz mama dwóch córek, żona, pani domu. To dwa różne światy.

JAGNA MARCZUŁAJTIS: No tak, nawet takie kobiety jak ja dotyka proza życia, jaką jest macierzyństwo. Może to zabrzmiało źle, ale ja tego tak nie odbieram. Jak mówi moja mama: „Połowę życia zatruwają nam rodzice, a drugą połowę dzieci. I trzeba jakoś z tym żyć”. Kocham moje córki, fajnie, że są. Lubię patrzeć, jak rosną, jak się wychowują. Cieszy mnie każdy ich uśmiech. Ale ja chcę mieć także swoje życie, swoje pasje. Przecież nadejdzie dzień, kiedy dzieci powiedzą po kolei: „Matka, mam cię dość, idę w swoją stronę”. A w domu zostanie mąż, z którym przyjdzie dalej trwać. Dlatego trzeba dbać, by w tej miłości do dzieci się nie zatracić.

GALA: Ale dla pani to było oczywiste, że jest czas na zawody i czas na bycie mamą?

JAGNA MARCZUŁAJTIS: Tak, ale czasami myślę, że córki trochę za szybko się pojawiły. Miałam 24 lata, kiedy urodziłam Jagodę. Nie była niespodzianką, bo to było dziecko chciane. Ale potem się ocknęłam, że może jednak za wcześnie się na nią zdecydowałam. Nie ukrywam, że było mi bardzo ciężko trenować i wychowywać Jagodę. Sport jest cholernie egoistyczny. Wszystko musi być zorganizowane pod zawodnika – czas wypoczynku, jedzenia, spania, sikania, trenowania... To jest wielka machina, która się toczy, i każde zaburzenie odbija się na wynikach. W czasie przygotowań do olimpiady w Turynie miałam sprawę rozwodową i mnóstwo okropnych, związanych z tym historii. To wszystko wytrąciło mnie z równowagi. Brałam Jagodę w Alpy, trenowałam, startowałam w zawodach, a wieczorem wracałam do pokoju hotelowego, wykończona psychicznie i fizycznie, i musiałam zajmować się dzieckiem. Nie było fajnie.

GALA: Iga urodziła się już w czasach spokoju.

JAGNA MARCZUŁAJTIS: Dlatego dziewczynki się różnią. Jagoda jest szalona, Iga spokojna – dwa różne światy. Jagoda, jeszcze kiedy była w brzuchu, jeździła ze mną po świecie, z tygodnia na tydzień coś się zmieniało, działo się dużo nowych rzeczy. Dlatego dzisiaj rozsadza ją energia, interesuje dziesięć rzeczy naraz. Niczego się nie boi. Potrafi podejść do obcej kobiety, bo ma fajnego psa, i powiedzieć: „Cześć, nazywam się Jagoda, mam sześć lat, a jak się nazywa twój piesek”. Kiedy byłam w ciąży z Igą, byłam wyciszona: odpoczywałam, leżałam na leżaku w ogrodzie, bawiłam się z Jagodą. I to był czas tylko dla tej małej w brzuchu. Teraz Iga leży cichutko i z dystansem wszystkiemu się przygląda.

GALA: Jaka cecha charakteru najbardziej uprzykrzyła pani życie?

JAGNA MARCZUŁAJTIS: Szczerość. Jestem szczera do bólu. Jak mnie ktoś wkurzy, mówię to głośno, wygarniam wszystko, czasami z niepotrzebnymi epitetami. To moja największa wada. Więc choć mówienie prawdy może być uważane za zaletę, ja zawsze na tym więcej tracę, niż zyskuję. Bo ludziom trudno się z tym moim niewyparzonym językiem oswoić. Na przykład gdyby mnie pani teraz z jakiegoś powodu wkurzyła, od razu wygarnęłabym, co o pani myślę i dlaczego. Taki mam temperament. Jestem Strzelcem: najpierw strzelam, potem myślę.

GALA: Potrafi pani powiedzieć „przepraszam”?

 

JAGNA MARCZUŁAJTIS: Ciężko mi to przychodzi. Ale jak czuję, że poważnie zawiniłam, powiem. Mój mąż wie, że jeśli coś niedobrego dzieje się w domu, to wina jest zawsze po jego stronie, jakby co... Nie jest ubezwłasnowolniony. Po prostu pogodził się z faktem, że cokolwiek potoczy się nie tak, jak trzeba, odwrócę kota ogonem i przekonam go, że to jego wina. Ale z drugiej strony bardzo mi zależy, żeby nie być oderwana od innych ludzi, mieć wokół siebie rodzinę i żyć z nią w zgodzie. To jest najważniejsze, żeby zawsze było do kogo wrócić, z kim się podzielić radością czy smutkiem. Bo co mi z tego przyjdzie, że jestem szczera i niezależna, jeśli będę mogła pogadać tylko z koniem w stajni.

GALA: Te konie to chyba pani największa pasja.

JAGNA MARCZUŁAJTIS: To jest trochę więcej niż pasja czy hobby, to choroba, której nie można wyleczyć. Tego się nie da wytłumaczyć. Urodziłam się z miłością do koni. Mam w domu różne figurki i zdjęcia koni. Także kolekcję siodeł – jedenaście egzemplarzy przytarganych z różnych zakątków świata. Z Ameryki przywiozłam siodło kowbojskie, z Chile targałam siodło pasterskie, z Egiptu pochodzi to najbardziej oryginalne. Wypatrzyłam je na targu, zakurzone, wciśnięte między przyprawy, ręcznie wyszywane, na drewnianym stelażu. Piękne! Właściciel powiedział, że pasuje i na konia, i na wielbłąda. Ale wielbłąda chyba sobie daruję... (śmiech)

GALA: Czego taka kobieta jak pani: silna, odważna, utytułowana, szuka u mężczyzny?

JAGNA MARCZUŁAJTIS: Już nie szukam, bo mam męża, ale zawsze szukałam normalności. Wsparcia i zrozumienia tego, że moje życie jest inne.

GALA: Inne, czyli jakie?

JAGNA MARCZUŁAJTIS: Jestem oderwana od ziemi, często sobie bujam w chmurach. Nie jestem normalną kobietą, która zajmuje się domem, dziećmi i chodzi do pracy na osiem godzin. Mam nieustabilizowane życie. Teraz pojawił się straszny problem, bo Jagoda poszła do szkoły, do zerówki. I nagle poczułam się uwiązana w ramach czasowych. Przerąbane. Nigdy nie czułam się ograniczona w żaden sposób....

GALA: Kobiety często mówią, że ogranicza je małżeństwo.

JAGNA MARCZUŁAJTIS: Mnie nie, bo ja zawsze robię to, co chcę. Mąż jest informatykiem, programuje bardzo fajne rzeczy, w sezonie zajmuje się też naszą szkołą, pilnuje biznesu, bo ja nie mam czasu. Nie jest typem sportowca – w tym roku raz założył buty narciarskie i dwa razy zjechał. Znamy się długo, jest dobrym człowiekiem, dobrze mi się z nim żyje. Za to dzieci mnie ograniczają. Nagle całe moje życie zostało podporządkowane Jagodzie. Na przykład kiedy ona jest w szkole, nie mogę pójść na trening. I to mnie wkurza. Kombinowałam, jak to ustawić, żeby chociaż przez trzy miesiące nie chodziła do szkoły. Jakieś domowe korepetycje, prywatne lekcje – to było do załatwienia. Ale w końcu rozsądek zwyciężył.

GALA: Dlaczego pani, góralka z krwi i kości, porzuciła góry i wyprowadziła się pod Kraków?

JAGNA MARCZUŁAJTIS: Wychowałam się w Poroninie. Był duży dom, przestrzenie, biegające psy... Potem ciężko mi było wytrzymać w Zakopanem na 40 m², z dzieckiem, psem, deskami snowboardowymi, pokrowcami, torbami, z ciuchami na zimę i na lato, do jazdy konnej, do jazdy na motorze...

GALA: Dlaczego Kraków?

JAGNA MARCZUŁAJTIS: Uwielbiam Kraków, bo w lecie jest tu naprawdę ciepło. Jestem strasznym zmarzluchem. Kiedy wyjeżdżamy na wakacje, w grę wchodzą wyłącznie ciepłe kraje. Żadne lodowce! Mam ich dość. Bardzo cierpię w zimie, bo potwornie marzną mi nogi i ręce. W sezonie kupuję po dziesięć par rękawiczek, ponieważ tylko nowe dobrze grzeją, kiedy jeszcze się nie przepocą i watolina się nie ubije. Nie znalazłam takich, które by mnie grzały przez cały rok.

GALA: Królowa Śniegu, która nie lubi zimna?!

JAGNA MARCZUŁAJTIS: Mam w domu saunę parową. Ciągle z niej korzystam, bo jestem często tak wyziębiona, że trudno mi wytrzymać. Nienawidzę, jak mi wieje w szyję albo po plecach. Raz przewiało mi nerki. Przez kilka dni zwijałam się z bólu. Poród przy tym to pestka! W ogóle ból z zimna jest straszny. Stoisz na stoku, masz kompletnie skostniałe stopy i dłonie, a trzeba startować. To jest wieczna walka z własnym ciałem. Jestem bardzo mało odporna na ból fizyczny, tylko to mogłoby mnie wyeliminować ze sportu. Ale na razie czuję się silna, zaczynam ostro trenować. Mimo że urodziłam dwoje dzieci, do głowy mi nie przyszło, że mogłabym zrezygnować z kariery. Choć wiele osób już tak myślało. Zawody śnią mi się po nocach. To mnie emocjonalnie nakręca. Wierzę, że jeszcze w dwóch olimpiadach dam radę.