GALA: Co Pasolini – ten homoseksualista, buntownik, zamordowany pod Rzymem na wysypisku śmieci – mówi panu ważnego?

JAN ENGLERT: Wstyd się do tego przyznać, ale nigdy nie byłem fanatycznym zwolennikiem Pasoliniego.

GALA: Bo był zbyt perwersyjny?

JAN ENGLERT: Mam inny rodzaj wrażliwości. Nie jestem skomplikowanym artystą, ale raczej konkretnym facetem. Nie do końca dogaduję się z tymi, którzy mają głowy w chmurach. Podziwiam ich, ale nie rozumiem. Tak jest z Pasolinim. Ja go oglądam tak, jak się ogląda motyle na szpilce. To jest bardzo ładne, ale nie porusza mnie.

GALA: Gra pan w czymś, co pana kompletnie nie interesuje?!

JAN ENGLERT: Interesuje mnie, ale nie porusza. Ja już wiem, że każdy z nas ma swojego diabła, swojego anioła. Każdy w pewnym momencie życia odkrywa coś, co bardzo gruntownie zasypywał. To wiem i bez Pasoliniego.

GALA: W spektaklu słyszymy pana przeszywający wrzask.

JAN ENGLERT: Wrzeszczę, bo to świetnie umiem. Chce pani wiedzieć, czy naprawdę cierpię, gdy gram tę rolę? Otóż nie. Ja jestem z pokolenia, które jest nauczone, że wszystkie swoje cierpienia, bóle trzeba chować. Przywódca stada, jak jest ranny, to chowa się w krzakach i póki się lepiej nie poczuje, to z nich nie wychodzi. Oczywiście od czasu do czasu człowiek ryczy, ale najlepiej, żeby nikt nie słyszał.

GALA: To po co wybrał pan zawód, który polega na pokazywaniu emocji?

JAN ENGLERT: Istnieje coś takiego jak pojęcie prawdy teatralnej. Kiedy mówię swojej partnerce: „Kocham cię”, to nie ona ma być usatysfakcjonowana, tylko pani w dwunastym rzędzie. Gdyby było inaczej, albo ten zawód kończyłby się wariatkowem, albo Otello naprawdę dusiłby Desdemonę. Są młodzi aktorzy, którzy jak nie poczują, to nie zagrają. To jest fantastyczne, ale powstaje pytanie: jak długo tak można?

GALA: Powiedział pan, że każdy w pewnym momencie życia zdobywa się na odwagę, żeby je odkłamać.

JAN ENGLERT: Bohater Pasoliniego udał się na pustynię, żeby zrozumieć, kim jest naprawdę. Dobrze pamiętam swoją pustynię, ten moment w życiu, gdy nagle poczułem, że muszę coś zmienić, że muszę coś odkłamać. Kiedy mi się to udało, nagle znalazłem harmonię. Nasze szukanie szczęścia to szukanie porządku. Każdy człowiek ma w życiu taki czas, kiedy rozwój fizyczny jest w harmonii z rozwojem psychicznym.

GALA: Pana pustynia? Opowie pan o niej?

JAN ENGLERT: Myślę, że nie byłem na niej sam. Poczucie pustki, wypalenia i zakłamania zbiegło się z wydarzeniami w kraju. To były lata 80., inercja społeczna. Uwierało mnie to. Kłamstwo zaczęło mi dokuczać. Chciałem uporządkować siebie samego. Zacząłem sam siebie nie lubić.

GALA: Za co?

JAN ENGLERT: Za autooszustwa.

GALA: Krzyczał pan?

JAN ENGLERT: Wewnętrznie? Tak. Krzyczymy wszyscy w ten sposób. Pani chce mnie nakłuć jak motyla na szpilkę – ale ja pani odfrunę... Nie jestem przygotowany na tak intymną rozmowę.

GALA: To podejdę pana z innej strony. Łatwo było się rozebrać do naga w spektaklu Jarzyny? Według mnie jest w tym coś szalonego, że dyrektor Teatru Narodowego rozbiera się na scenie.

JAN ENGLERT: W „Fedrze” Kleczewskiej chodzę w pampersach dziecięcych i to jest dużo odważniejsze niż leżenie nago w embrionalnej pozycji w Teatrze Rozmaitości.

GALA: Kiedyś się rozbierało kobiety, teraz mężczyzn. Dlaczego?

JAN ENGLERT: Do niedawna kobiety były traktowane instrumentalnie, a teraz biorą odwet i rozbierają mężczyzn. Rozbieranie mężczyzn wynika też z ekshibicjonizmu i z szeroko rozpowszechnionego homoseksualizmu. To jest naturalna konsekwencja zmian obyczajowych. Według mnie mężczyzna rozebrany jest smutny, bo jest pasywny. A pasywność skraca nogi. A tak na poważnie, to zauważyłem jednak, że wśród widzów jest coraz większa tęsknota za porządkiem estetycznym i etycznym, przywróceniem granicy między sacrum a profanum. Kiedyś takie przedstawienie jak „Umowa” z Małgosią Kożuchowską po pięciu razach zeszłoby z afisza. A w tej chwili nie ma biletów na kilka miesięcy naprzód.

GALA: Czym dla pana jest ciało?

JAN ENGLERT: Czymś bardzo ważnym, bo ciało nie kłamie. Nawet jak rozmawiam z panią, to obserwuję pani ciało i wiem, kiedy pani chce mnie podpuścić, a kiedy nie. Nawet ja nie kontroluję ciała do końca. Wiele aktorek nie wie, jak używać ciała. Dejmek kiedyś mi powiedział: „Pan górą cierpi, a dół ma pan trójskoczka”. To była świetna uwaga. Od tego są mistrzowie. Oni są też potrzebni w miłości, w każdym zawodzie. Właściwie każdy potrzebuje mistrza. Z małymi wyjątkami. Borys Szyc nie potrzebuje.

GALA: Pan sam reżyseruje, a tu dał się pan użyć młodemu artyście. Dlaczego?

JAN ENGLERT: Odkąd sam zacząłem reżyserować, dam się użyć każdemu reżyserowi. Jak się człowiek decyduje na współpracę, to robi to do końca. Dałem Jarzynie wszystko, bo chciałem mu dać. Ze wszystkimi konsekwencjami, z ryzykiem porażki. Nic mnie tak nie denerwuje jak ta cholerna tendencja, żeby szukać alibi dla własnych słabości i grzechów. To jest coś, co mnie wkurza. Poza tym jest taki moment w naszym życiu, kiedy zaczyna się odczuwać przyjemność z dawania, a nie tylko z brania.

GALA: Pan ma to w szkole, z uczniami.

 

JAN ENGLERT: Kiedyś uczenie było dla mnie uzupełnieniem budowania własnego ego. W każdym z nas siedzi „Hitlerek”, czyli ten, co chce panować. I dopóki ten „Hitlerek” jest autokratycznie tyrański, dopóty jest pół przyjemności. Zrozumiałem to pewnego dnia, jak zacząłem porządkować swoje relacje z innymi. Zacząłem mniej wymagać od innych, więcej od siebie. I odkryłem, że to daje straszliwą frajdę.

GALA: Dawanie jest dużo przyjemniejsze niż branie?

JAN ENGLERT: Oczywiście! Wszyscy dobrzy kochankowie to wiedzą.

GALA: Tylko że my, kobiety, przesadzamy z tym dawaniem.

JAN ENGLERT: E tam! Dziś stroną dominującą jest płeć żeńska.

GALA: Ale pan się chyba nie czuje zdominowany?

JAN ENGLERT: Zdecydowanie tak! We wszystkim dominują kobiety. Ja jestem towar reglamentowany.

GALA: Reglamentowany?!

JAN ENGLERT: Tak, bo jestem ofensywny, a takich mężczyzn jest już coraz mniej. Kobiety zawsze decydowały, ale wcześniej w sposób podjazdowy, zaś w tej chwili oficjalnie. Mężczyźni są w zdecydowanej defensywie. Z lenistwa. Lubią być w defensywie, także w sprawach damsko- męskich. Wydaje im się, że lepiej być uwodzonym, niż uwodzić. Ale temat płci jest taki śliski...

GALA: Dlaczego?

JAN ENGLERT: Wszyscy są ekspertami w tej dziedzinie, bo seks dotyczy wszystkich. Lepiej więc, żebym się nie kreował tu na jakiegoś eksperta.

GALA: Spektakl Jarzyny mówi o tym, że ludzie odkrywają, kim są naprawdę, dzięki erotyce.

JAN ENGLERT: W sprawach seksu wszyscy mamy jakieś tajemnice, nawet sami przed sobą. Seks jest tym rejonem, gdzie otwieramy się na siebie i poznajemy prawdę o sobie.

GALA: I pan czegoś takiego doświadczył? Miał pan rodzinę, a w pewnym momencie wszystko pan zostawił, wdając się w romans ze studentką.

JAN ENGLERT: Strasznie łatwo jest do czyjegoś życiorysu dorabiać teorie, tzw. story beletrystyczne. To nie było tak, że się obudziłem we wtorek rano i powiedziałem: „Żegnaj, moje stare życie”. Nie ma nic bez przyczyny. Jak się człowiek decyduje na romans, to nie dlatego, że ustrzelił go Amor. Pewnego dnia rano budzimy się w rutynie i pytamy siebie: „Czy już nic mnie nie spotka?”. I od tego momentu zaczynamy pracować na romans.

GALA: Spotkanie Beaty Ścibakówny nie było jak ustrzelenie przez Amora?

JAN ENGLERT: Cztery lata uczyłem Beatę i nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek cokolwiek nas połączy. Mijaliśmy się bez specjalnego zainteresowania.

GALA: Ale jednak coś musiało spowodować, że już od 14 lat jesteście małżeństwem.

JAN ENGLERT: Zawsze miałem doświadczenia z dość nerwowymi kobietami i porażający był dla mnie spokój Beaty, jej opanowanie. Pierwszy raz zwróciłem na nią uwagę, gdy wyjechaliśmy z przedstawieniem do Australii i Beata zaczęła tonąć w morzu. Rzuciłem się jej na ratunek. Mówiła: „Panie profesorze, spokojnie, niech mnie pan nie puszcza, niech mnie pan ratuje”. A jak wieczorem z okna hotelowego zobaczyłem, że ona w basenie uczy się pływać, zachwyciło mnie to.

GALA: Sądziłam, że jak się już raz zrzuci jarzmo małżeństwa i wkroczy na ścieżkę romansów, to nie chce się z niej zejść.

JAN ENGLERT: Nie ma przepisów. Nie oszukujmy się – w każdym z nas siedzi egoista i egocentryk. A czasami rozstanie to właśnie trudniejsza droga. Wielu nie decyduje się na rozwód z wygody.

GALA: Emanuje z pana spokój spełnionego człowieka.

JAN ENGLERT: Jestem spełniony. Jako ojciec, mąż, aktor, pedagog. Staram się tak myśleć o sobie. I wie pani co? Będąc tyle lat kapitanem okrętów – mówię o mojej działalności zawodowej – mając do czynienia z takimi indywidualnościami, o tak rozbuchanym ego, musiałem się nauczyć kompromisu. Spełnionego mężczyznę stać na to, żeby w sytuacji konfliktowej ustąpić.

GALA: Co pana tak otworzyło na życie?

JAN ENGLERT: Otworzyło mnie ojco-dziadostwo. Spóźnione ojcostwo to jest dar niezwykły. Dzięki mojej córce Helenie dziś 9-letniej, odkryłem w sobie przyjemność dawania. Ale razem z narodzinami mojego dziecka po raz pierwszy pomyślałem o śmierci. Przyjąłem do wiadomości, że i ja kiedyś umrę, i zacząłem rozmawiać ze śmiercią. Zacząłem też przyglądać się kolegom i zauważać, jak źle starzeją się mężczyźni. Postanowiłem, że zrobię wszystko, żeby starzeć się dobrze. A dobrze się starzeć to oddawać pole, nie upierać się przy swoich racjach, nauczyć się tolerancji.

GALA: Więc czym właściwie jest dla pana starość?

JAN ENGLERT: To jest to, co Gombrowicz tak ładnie nazywa: „Moment nieunikniony, w którym lata przebiły się przez kłamstwa mej młodzieńczej cery”. Uświadomiłem sobie, że jestem dojrzałym człowiekiem i że można w związku z tym zacząć się życiu łagodnie przyglądać. Zawsze podziwiałem pod tym względem Gustawa Holoubka. Nawet jeżeli miał na kogoś zrzucić bombę, to leciał szybowcem, a nie ciężkim bombowcem. Podziwiałem jego umiejętność bezszelestnego przebywania z ludźmi, dzięki czemu był niewymuszenie lubiany.

GALA: Co panu daje siłę?

JAN ENGLERT: To, że wciąż żegluję, że jestem metaforycznym oblatywaczem samolotów.

GALA: Gdy patrzy pan wstecz, to jest panu czegoś żal?

JAN ENGLERT: Nie mogę powiedzieć, bo musiałbym wtedy straszliwie się rozmazgaić. Nawet jeżeli mam słabości, to ich nie mam. Widzi pani, ma pani przed sobą gruboskórnego bęcwała.

GALA: Kiedy pana granie boli?

 

JAN ENGLERT: Jak jest nieudane. Normalne jest, że z tysiąca rzemieślników czasem rodzi się jeden artysta. W Polsce jest tak, że jest tysiące artystów, a czasem z nich wykluje się jeden rzemieślnik. To dotyczy polityki, wszystkiego. Jest u nas pogarda dla rzemiosła. Pamiętam, jak kręciłem „Poślizg” z Jankiem Łomnickim. On chciał, żebym się popłakał. Ja mówię: „No to dajcie mi glicerynę”. A on się zdziwił: „To nie umiesz płakać?! Tadzik Łomnicki umie”. Teraz umiem zapłakać w każdej chwili.

GALA: Uważany jest pan za czołowego polskiego amanta, a jednak jest w panu dużo dystansu do tego zawodu.

JAN ENGLERT: Zawód aktora traktuję bardzo poważnie, ale siebie w tym zawodzie nie do końca poważnie. I dlatego mogę powiedzieć, że zachowałem jakąś normalność i pewną harmonię ducha. Zawdzięczam to umiejętności odgraniczenia twórczości od życia. Nie odfruwałem, gdy publiczność szlochała lub wstrzymywała razem ze mną oddech, bo wiedziałem, że miejsce i czas pracowały na mnie i na mój tekst. Opowiem pani piękną anegdotę o graniu w kościołach w ’82 roku, w czasie stanu wojennego, kiedy byłem jeszcze dziekanem szkoły. Wezwał mnie wysoki urzędnik ubecji na rozmowę. I pyta: „No i po co pan w tych kościołach gra?”. Ja mu mówię: „Wszędzie wkoło szare ulice, z tymi brudnymi, smutnymi ludźmi. Gdyby pan zobaczył te czyste twarze w kościołach, to uduchowienie słuchających poezji”. A on mi na to: „Co mi pan pieprzy, połowa to nasi”. To mnie nauczyło dystansu do siebie samego i mojego zawodu.