GALA: Siedzę naprzeciwko i widzę wyraziste oczy Gustawa Holoubka. Ciarki przechodzą.

JAN HOLOUBEK: Takie zdania słyszę rzadziej, niż mogłaby pani przypuszczać. Częściej ludzie widzą we mnie mamę. A moje oczy są takie a nie inne bardziej z powodu uczulenia. Gdy byłem mały, przydusiło mnie kilka razy i trochę mi wyszły z orbit. Do dziś na wiosnę, gdy kwitną różne roślinki, przeżywam tę samą mękę.

GALA: To mam kolejne podobieństwo. Pana ojciec też umiał żartować ze swojej fizjonomii. W książce wspomina, jak to cała jego męska klasa w najlepszym krakowskim I Gimnazjum im. Bartłomieja Nowodworskiego dostała od dziewcząt z sąsiedniego, żeńskiego gimnazjum Towarzystwa Szkół Ludowych pięknie wydrukowane zaproszenie na bal maturalny, z wydrukowanym tą samą czcionką dopiskiem: „z wyjątkiem kolegi Gustawa Holoubka, któremu w tańcu boimy się nastąpić na uszy”.

JAN HOLOUBEK: Jeśli tak zaczęliśmy, muszę się przyznać, że mnie też przezywano Kłapouch. Urodziłem się z uszami w rozmiarze, jaki mam teraz. Jakimś cudem moja głowa dorosła do uszu i przestały być wielkie. Dziwne, teraz nawet nie odstają.

GALA: Przyznaję, bardzo kształtne, nie rzucają się w oczy.

JAN HOLOUBEK: Przez pierwszych kilkanaście lat życia byłem Kłapouchem i bardzo mnie to irytowało! Dzieci są okrutne, nie odpuszczą żadnej usterce rówieśnika. Na szczęście nos mam po mamie, tata miał duży, wydatny.

GALA: Zupełnie nie rozumiem, dlaczego przez tyle lat bronił się pan przed kontaktem z mediami.

JAN HOLOUBEK: Żeby było jasne, nadal się bronię. Nasz wywiad to efekt wypadkowej: pani wytrwałości, książki ojca „Wspomnienia z niepamięci”, a także multimedialnego wydawnictwa „Gustaw Holoubek. O sobie”. A bronię się przed mediami, bo uważam, że interesują się mną tylko jako dzieckiem znanych ludzi. Tymczasem jest tylu innych, którzy naprawdę czegoś ważnego dokonali.

GALA: Bez fałszywej skromności. Pana film dokumentalny „Słońce i cień”, o ojcu i jego przyjacielu Tadeuszu Konwickim, jest znakomity, choć wcale nie musiał taki być, zgodnie z zasadą, że wszystko można schrzanić.

JAN HOLOUBEK: Tak, mógł się nie udać. Telewizja wyemitowała go raz czy dwa w kiepskim czasie, a ku mojemu wielkiemu, przyjemnemu zaskoczeniu spodobał się wielu ludziom. Ciągle mnie pytano, gdzie można go zobaczyć? Gdy ojciec umarł, film wyemitowano o normalnej godzinie, bo w Polsce trzeba umrzeć, żeby dostać dobry czas antenowy. Byłem zszokowany szerokim odzewem.

GALA: Ja nie. Był kameralny i monumentalny, o najważniejszych w życiu sprawach. Jaki impuls sprawił, że go pan zrobił?

JAN HOLOUBEK: Nie ja wpadłem na ten pomysł, mnie w niego wmanewrowano. Nie mogę powiedzieć kto, choć mam pewne podejrzenia. Miałem robić tylko zdjęcia, reżyserować miał ktoś inny. Nagle reżyser zniknął, więc mnie zlecono realizację całości. Najpierw się przeraziłem, ze względu, o którym pani wspomniała – film łatwo schrzanić. Potem trzeba było pokonać opór materii, czyli np. namówić Tadeusza Konwickiego do wzięcia udziału w filmie, którego scenariusz mieścił się na kartce A4.

GALA: To pan namówił ojca na przeczytanie książki na głos, w formie audiobooka?

JAN HOLOUBEK: Pomysł powstał w gronie trzyosobowym: ja, moja dziewczyna Magda Jarosz i mój przyjaciel Wojtek Zagórski.

GALA: Z jakimi odczuciami słucha pan głosu ojca? O wojennych dramatach, powojennych rozczarowaniach, gruźlicy, która usiłowała go przez 16 lat zabić i niemal się jej udało? Może pan tego w ogóle słuchać?

JAN HOLOUBEK: Mogę, bo jako operator, dźwiękowiec uczestniczący w nagraniach obcuję z dziełem poszatkowanym, cząstkowym, odartym z romantycznego zaskoczenia. Aczkolwiek jest w audiobooku wstrząsająca opowieść o śmierci mojego dziadka Gustawa – ojca taty. Nigdy go nie poznałem, umarł w 1933 roku. Ten fragment uzmysłowił mi pokoleniową powtarzalność. Kiedy umierał mój tata, miałem podobne odczucia. Zupełnie jakby rozdział o dziadku dotyczył także mojego ojca, okoliczności były podobne. Poruszył mnie ten fragment, ale pewnie tylko mnie.

GALA: Nie tylko pana. Czytam w książce: „Zjedliśmy tam dwa koty i psa. Naprawdę. Nie było innej rady. Nie mieliśmy pieniędzy i żadnej szansy przejścia przez San”. Gdy w kwietniu 1940 roku, po straszliwej zimie z 35-stopniowym mrozem, Gustaw Holoubek wrócił z niewoli, był tak słaby, że nie mógł nacisnąć dzwonka u drzwi. Wysoki, a ważył 48 kg. Jak człowiek z pokolenia 30-latków odbiera wojenne wspomnienia?

 

JAN HOLOUBEK: Jak? Wojnę znam nie tylko ze wspomnień ojca, ale i dziadka – ojca matki – Andrzeja Zawadzkiego. O ile ojciec był 16-letnim chłopcem, który poszedł na wojnę „postrzelać sobie”, rozgromić Niemców w dwa tygodnie, bo pamiętał zawołanie: „Wodzu, prowadź na Kowno i Zaolzie”, ale złapany i wsadzony do obozu jenieckiego przeszedł głód i złapał gruźlicę, o tyle losy dziadka potoczyły się zupełnie inaczej. Dziadek, tylko o dwa lata starszy od taty, ale w tym wieku to ma duże znaczenie – walczył w batalionie „Pięść”, był oficerem, dowódcą 3. plutonu kompanii ,,Zemsta” w powstaniu warszawskim. Miał zupełnie inną kartę wojenną, żołnierską, kombatancką. Całe życie żył powstaniem. Ojciec miał zupełnie inne podejście do życia. Jak piszę we wstępie, nigdy nawet nie wspominał o śmierci. Wojna ich obu inaczej ukształtowała. Prawie rówieśnicy, a dwa różne typy mentalności. Dla mnie to, co Niemcy tutaj wyprawiali podczas II wojny światowej, to totalny koszmar. Jak coś takiego może urodzić się w głowach cywilizowanych Europejczyków? Nie mogę pojąć. Myślę, że moje pokolenie jeszcze tego nie zapomni, bo to się bierze nie tylko z czytania, ale z bezpośrednich przekazów od rodziców, krewnych, dziadków. Następne pokolenia będą miały gorzej. Ojciec miał kilka razy wielkie szczęście w życiu. Nękały go choroby, niesprawna całe życie nerka, ale dzielnie się z nimi mierzył, cudem wychodząc ze śmiertelnych zagrożeń.

GALA: Gdyby pan porównał swoje dzieciństwo i dzieciństwo ojca…

JAN HOLOUBEK: Bardzo istotne jest to, że ojciec wychował się na podwórku. Miał tam wielu kolegów, grał z nimi w piłkę. We wszystko, co się dało kopnąć. Szmacianki, zośkę. Dzięki temu zawsze potem miał bardzo dobry kontakt z ludźmi, w pracy. Na planie filmowym czy w teatrze, z ekipą, z pracownikami technicznymi. Uwielbiali go za to, że był normalny, że był ulepiony z tej samej gliny co oni. Chciał, żebym był taki sam. Mnie też, w wieku trzech lat, wystawił na podwórko i zostawił. Też na co dzień stykam się z ekipą, ludźmi ciężkiej pracy, cieszę się, że mam dobry kontakt, przynajmniej tak mi się zdaje.

GALA: Dawno temu się pan usamodzielnił i przeciął pępowinę?

JAN HOLOUBEK: 12 lat temu, gdy wyjechałem na studia. Wpadałem na weekendy, święta, ale po studiach już do domu nie wróciłem. Przyzwyczaiłem się do bycia na swoim. No i musiałem coś udowodnić, zaprzeczyć wizerunkowi, który mi doklejano, dorabiając gombrowiczowską gębę.

GALA: Maminsynka, któremu miły ochronny parasol znanych rodziców?

JAN HOLOUBEK: Powiedzmy. Więc postanowiłem, że muszę być samodzielny, i wydaje mi się, że jestem. W domu nie mam wprawdzie idealnego porządku, ale też nie mam kompletnie pustej lodówki.

GALA: Czyli zniknął pan z rodzinnego domu wcześnie, bo jako nastolatek. Ojciec miał wpływ na pana życiowe wybory?

JAN HOLOUBEK: Jak każdy ojciec. To nie był facet, który po powrocie do domu wygłaszałby złote myśli, a wszyscy by z nabożeństwem go słuchali. Był normalnym facetem, żyjącym dniem codziennym. Gdy trzeba mnie było wyprawić do szkoły, wyprawiał. A potem, kiedy byłem starszy, dużo rozmawialiśmy, często się go radziłem. Nigdy, i za to mu dziękuję, nie używał naszej relacji syn – ojciec do jakiejkolwiek promocji mojej osoby. Prawda jest taka, że zawsze chciałem robić filmy, nieważne, w jakiej roli. Mogłem wybrać inny wydział łódzkiej Filmówki, ale mama, jak to wszystkie matki, wolała, żebym miał konkretny fach. Odradziła reżyserię, więc wybrałem operatorkę. Dopiero teraz wiem, że reżyseria to też konkretny zawód.

GALA: Był jakiś szczególny moment w waszych wzajemnych relacjach?

JAN HOLOUBEK: Pod względem zawodowym najwięcej się od ojca nauczyłem przy realizacji „Króla Edypa” dla Ateneum i Teatru Telewizji. Ojciec reżyserował, ja oświetlałem scenę, dla telewizji byłem autorem zdjęć. Bałem się, że coś będzie nie tak, bo to relacja ojciec – syn, po drugie – jednak kolosalna różnica wieku. Okazało się, że ojciec odbiera „Edypa” na tych samych młodzieńczych falach. Fantastyczne zawodowe przeżycie.

GALA: Pana ojciec mało podróżował, pan – przeciwnie. Słyszałam radiowe relacje z Tajlandii, pana i narzeczonej Magdy.

JAN HOLOUBEK: Nie jest tak, że lubię się pętać po świecie, raczej wolę siedzieć w Warszawie, ale czego się nie robi dla kobiet.

GALA: Szczególnie dla jednej, która zdaje się, że o Tajlandii wie wszystko.

JAN HOLOUBEK: Jest moim azjatyckim guru. Nie wybrałbym się tam sam z siebie, choć gdy już raz pojechałem, bardzo mi się spodobało. Mnóstwo dobrego jedzenia, ciepło, miło, daleko od swojskiej polityki. I własna wyspa, choć słowa „własna” nie należy traktować literalnie. Bo ja nawet za granicą muszę mieć wrażenie, że mam dom. Dlatego każda inna wyprawa po Azji, na przykład wyskok na Filipiny albo do Wietnamu, to znów jest dla mnie straszliwy stres.

GALA: We wstępie do książki napisał pan: „Tego dnia, kiedy Ojciec zmarł, to, co powiedział dwa lata wcześniej przed kamerą, dotarło do mnie w całej swojej prostocie i mądrości. I wtedy, i teraz czuję się spokojny, bo wiem, że tak naprawdę nie umarł i nie umrze nigdy. Żyje w mojej wyobraźni realny i prawdziwy”.

JAN HOLOUBEK: Kręcąc film „Słońce i cień”, poniekąd się z ojcem żegnałem. Nie wiem skąd, ale czułem, że to ostatni nasz projekt. Był chory od dawna. Do myśli o rozstaniu przygotowywałem się dłużej niż moja mama, która do końca żyła w przeświadczeniu, że wszystko będzie dobrze. Nie przyjmowała pewnych prawd do wiadomości. Wie pani, to dziwne, ojca ubyło, nie ma go, ale ja tego nie czuję. Nie dotarło do mnie, choć minął rok. Prowadzę z nim dialog wewnętrzny, mam wrażenie, że cały czas jest tu, niemal na wyciągnięcie ręki.