GALA: Niech pan powie, po co się robi filmy?

JAN JAKUB KOLSKI: Nie wiem...

GALA: Pan żartuje!

JAN JAKUB KOLSKI: Robię filmy, bo nie umiem ich nie robić. To jest najszczersza odpowiedź. Gdybym umiał nie robić filmów, to bym ich nie robił. Udręka związana z upieraniem się przy swoim, robieniem swojego kina wbrew wszystkim modom, wbrew naciskowi rynku, który domaga się kina uśmiechniętego od ucha do ucha, jest tak straszna, że czasami zastanawiam się, czy rzeczywiście warto. Chciałbym mieć w organizmie taką substancję, która uwolniłaby mnie od konieczności robienia filmów, konieczności spierania się ze światem. Gdybym miał taką substancję, porzuciłbym film w jednej chwili.

GALA: Tak się pan męczy i nawet nie wie dlaczego?

JAN JAKUB KOLSKI: To jest skaza genetyczna. Pradziadek, dziadek, ojciec, siostra, żona, bratanek, siostrzeniec – wszyscy w kinie. Trochę się skarżę, ale przecież kino potrafi też oddawać to, co się mu daje. Potrafi oddawać serdeczność, miłość. Kino to całe moje życie. Proszę sobie wyobrazić chłopca, który od 15. roku życia nie wypuszcza kamery z ręki. A jak ją wypuszcza, to chwyta za aparat fotograficzny. To jest rodzaj uzależnienia. I nie miało dla mnie w zasadzie znaczenia, o czym kręcę, tak jak dla alkoholika nie ma znaczenia, co pije. Robiłem filmy o wojsku na poligonach, robiłem dokumenty o jaskiniach, filmy oświatowe, fabularne i dokumentalne. Jestem uzależniony od terkotu kamery. Musi pani wiedzieć, że kamera na taśmę światłoczułą wydaje specyficzny odgłos na częstotliwości świętego słowa OM. To brzmi jak mantra, więc można powiedzieć, że jest w tym coś z modlitwy.

GALA: Kino jest pana religią?

JAN JAKUB KOLSKI: Tak. Według mnie kino daje i udrękę, i ekstazę. Jednocześnie.

GALA: Kino może zastąpić religię?

JAN JAKUB KOLSKI: Nie wiem... Na razie mam zaledwie jakieś przeczucia na ten temat.

GALA: Pan płacze? W kawiarni, o 10 rano?

JAN JAKUB KOLSKI: Nie ma złej pory na płacz...

GALA: Co się dzieje?

JAN JAKUB KOLSKI: Dawno tak nie rozmawiałem o kinie... I dlatego widzi pani przed sobą człowieka, któremu błyszczą oczy. To jest dotknięcie tkliwości. Bo kino też jest tkliwością...

GALA: Na pierwszy rzut oka wygląda pan jak twardziel, ale widzę, że pod spodem kryje się delikatna natura...

JAN JAKUB KOLSKI: Proszę sobie wyobrazić taki oto eksperyment: biorą człowieka, nacinają go i przenicowują na drugą stronę. Proszę sobie wyobrazić kogoś, kto ma nerwy na wierzchu, kogo można zranić niezwykle łatwo. To ja. Żyję właściwie bez warstwy ochronnej. Ale po to, żeby stwarzać pozory, że jest odwrotnie, ćwiczę mięśnie. Nadymam się jak pewien gatunek żaby, która zwiększa kilkakrotnie swoją objętość i w ten sposób odstrasza nawet duże zwierzęta.

GALA: Umiałby pan poświęcić kino na przykład dla miłości?

JAN JAKUB KOLSKI: Musiałbym umieć rozpoznać, co to jest miłość, a ja mam z tym problem.

GALA: To widać w pana ostatnim filmie. Panu się myli pożądanie z miłością.

JAN JAKUB KOLSKI: Każdemu się myli. A myśli pani, że to się da oddzielić? Że jest napis: „Uwaga, granica”?

GALA: To, zdaje się, wy, mężczyźni, uważacie, że jak kończy się pożądanie, również kończy się miłość.

JAN JAKUB KOLSKI: Wie pani, chyba jednak wolę mówić o mojej bohaterce niż o sobie. Afonia nie znała miłości. Nie zdawała sobie sprawy, że to jest tak przemożne uczucie. Tym silniejsze, że spotkało ją tak późno. Dlatego boję się recenzji filmu spod pióra mężczyzn. Natomiast kobiety zrozumieją to szaleństwo z miłości.

GALA: Mężczyźni też potrafią oszaleć z miłości. Niech pan spojrzy na premiera Marcinkiewicza.

JAN JAKUB KOLSKI: Wcale mu się nie dziwię, bo Isabel to piękna kobieta. On jest w swoim zakochaniu taki szczery! Wszyscy są oburzeni, a mnie się ta jego nowa twarz bardzo podoba. Oczywiście w cieniu jego szczęścia jest nieszczęście żony i dzieci, ale przecież i on płaci wielką cenę. Już zapewne nigdy nie będzie politykiem. Jest naznaczony. Stał się ofiarą nieuchronności uczucia.

GALA: Pan to nazywa nieuchronnością uczucia, ja zdradą.

JAN JAKUB KOLSKI: Bardzo proszę.

GALA: Pan umiałby wybaczyć zdradę?

JAN JAKUB KOLSKI: Oczywiście. Potrafię wybaczać.

GALA: Wybaczamy, bo liczymy na to, że nam też będzie wybaczone?

JAN JAKUB KOLSKI: Być może... Ale też wybaczamy, bo potrafimy wybaczać. Rozumiem również i taką sytuację, że można zakochać się i odejść.

GALA: Afonia jest jak Jańcio Wodnik – wrażliwa, dobra i żyje w swoim naiwnym, wyimaginowanym świecie. To jest ładne, ale bardzo sentymentalne kino.

JAN JAKUB KOLSKI: Sentymentalne?!

GALA: Oczywiście. Pana bohaterka zakochuje się w zbirze, który jej nie chce, i jeszcze na koniec się okalecza. Kto współczuje takiej naiwniaczce?!

JAN JAKUB KOLSKI: To pani nic nie wie o kobietach. Ja współczuję mojej bohaterce.

GALA: Kobiety są masochistyczne? Muszą się zadręczać?

JAN JAKUB KOLSKI: Ogólnie ludzie są tacy, więc kobiety pewnie też.

GALA: I ten, kto bardziej kocha, jest zawsze na straconej pozycji i musi cierpieć?

JAN JAKUB KOLSKI: Zwykle tak. Jeśli odkrywa się miłość, to w tym samym momencie funduje się sobie klęskę. Zakochać się to początek udręki.

 

GALA: Pan ma córkę. Uczy pan ją tego, że miłość to ryzykowna i bolesna sprawa?

JAN JAKUB KOLSKI: Może chciałbym, ale nie mam dość śmiałości. Zresztą ona sama się nauczy. Ojciec w takich sprawach słabo się przydaje...

GALA: Dlaczego?

JAN JAKUB KOLSKI: Bo tak po prostu jest. Poza tym ja słabo się znam na miłości.

GALA: Dlaczego pan się tak słabo zna na miłości?

JAN JAKUB KOLSKI: Nie można się znać na wszystkim. Poza tym na czymś musiałem się poznać gruntownie i tym czymś jest kino.

GALA: To ja panu bardzo współczuję...

JAN JAKUB KOLSKI: Ja sobie też.

GALA: ...i jakoś panu nie wierzę.

JAN JAKUB KOLSKI: Ja sobie też nie. OK. Znam się na miłości tyle co każdy. Głównie przez okaleczenia.

GALA: Pan kaleczył czy był kaleczony?

JAN JAKUB KOLSKI: Rozmaicie. To zależy, na co akurat była moda.

GALA: Pan nie poświęciłby wszystkiego dla miłości.

JAN JAKUB KOLSKI: Oczywiście że nie. Wielu rzeczy nie zrobiłbym dla miłości. Nie poszedłbym z miłości na żaden ważny życiowy kompromis. Żyłoby mi się dużo łatwiej, gdybym poszedł na kompromis i zrobił jakiś głupi serial albo telenowelę. Ale ja nie zgadzam się na pośpieszność, na bylejakość w mojej robocie. Boję się, że zaczynam teraz mówić jak jakiś upoetyczniony dupek...

GALA: Upoetyczniony tak, ale dlaczego zaraz dupek?

JAN JAKUB KOLSKI: Facet, który siedzi w kawiarni na pufie i opowiada o sobie, to nie jest ktoś, kogo lubię. Nie chcę o sobie opowiadać w kawiarni, bo robię to na ekranie. Na ekranie jest szczera oferta ze mnie – z mojej krwi, z mojej wyobraźni, z moich ścięgien i mięśni – i ja ten trud oddaję widzowi.

GALA: Ależ pan się chowa za film!

JAN JAKUB KOLSKI: Za nic się nie chowam. Siedzę tu i rozmawiam z panią. Mój film to jestem ja. Tak trudno to zrozumieć? Robiłem go, krwawiąc z nosa, słaniając się ze zmęczenia. Z moimi umiejętnościami mógłbym robić po trzy komedie romantyczne w roku i żyć jak król. A ja bronię swojego kina jak niepodległości...

GALA: Skoro tak bardzo nie chce pan mówić o sobie, porozmawiajmy o pana bohaterce. Dlaczego Afonia tak bardzo się daje upokorzyć?

JAN JAKUB KOLSKI: Bo w relacji z drugim człowiekiem zawsze ktoś jest silniejszy, a ktoś jest słabszy.

GALA: Namiętność Afonii mogła przerazić Ruskiego. Wy, mężczyźni, boicie się zmysłowych kobiet?

JAN JAKUB KOLSKI: Mężczyźni boją się kobiet nieprzewidywalnych. Ja też. Ale to wcale nie znaczy, że chcę być samcem alfa i chcę dominować w stadzie, i że nie akceptuję silnych kobiet. Raczej uważam, że dwie silne osobowości powinny współgrać. Powinny być miejsca, w których się spotykają, i takie, w których te zbiory są rozłączne. Każdy powinien mieć swój kawałek świata.

GALA: Mężczyźni to trutnie, a kobiety to królowe matki?

JAN JAKUB KOLSKI: Tak jest najczęściej. Jesteśmy trutniami. Nam w istocie chodzi o to, żeby tę jedną najpiękniejszą, największą królową dogonić, posiać w niej siebie, a potem zamknąć w klateczce i mówić wszystkim wokół: „Widzicie? Ona jest moja”. Najlepiej jest, jak jeszcze taka królowa matka karmi trutnia.

GALA: Ruski ostrzega Afonię: „Uciekaj ode mnie”. Ale pan wie, że to zawsze działa na kobiety odwrotnie.

JAN JAKUB KOLSKI: Naprawdę? Ale ja uważam, że to jednak dobrze. Bo jak boli z miłości, to jest dowód na to, że się żyje, że się jest. Najgorsze, co się może zdarzyć człowiekowi, to nic nie czuć. Dowodem na to, że się ma serce, jest to, że ono pęka. Czasem słychać taki cichutki trzask...

GALA: Często pan słyszał taki trzask?

JAN JAKUB KOLSKI: Parę razy w życiu...

GALA: A jak się potem liże rany?

JAN JAKUB KOLSKI: Trzeba to zamaszerować. Tak robi Afonia. Każdy ból da się zamaszerować. Trzeba żyć na przekór wszystkiemu. Wracać do utartych zajęć.

GALA: Kiedy pan ostatnio zamaszerowywał ból?

JAN JAKUB KOLSKI: Po śmierci siostry. Moja siostra, która była montażystką filmową, zmarła w kwiecie wieku. I to zmarła przez... kino. Wyszła z montażowni, siadła na korytarzu i... odeszła sobie. Wtedy odkryłem, że opieka nad tymi, których kochamy, którzy są słabsi, to jedyna pewna wyprawa po sens.

GALA: Ten film jest bardzo brutalny.

JAN JAKUB KOLSKI: To musiało się wziąć ze mnie. Widać jestem podszyty mrokiem. O brutalność ocieramy się na każdym kroku. Jest w nas tyle samo dobra co zła. Kultura obrabia nas, ociosuje i uładza, religia daje alibi, ale pod spodem pulsuje stałe wyczekiwanie na zew krwi. Taki jest człowiek.

GALA: Kiedy w panu budzi się zwierzę?

JAN JAKUB KOLSKI: Czasami. Częściej, niżbym chciał. Na przykład kiedy ktoś krzywdzi moją rodzinę. Wtedy zdolny jestem do wszystkiego. Doświadczałem też zwierzęcego strachu, kiedy uprawiałem wspinaczkę jaskiniową. Kilku moich kolegów zginęło. Wiem, jak łatwo wychodzi z nas pierwotny, zwierzęcy strach. Mamy w sobie bardzo dużo miejsca na odwagę, ale i na tchórzostwo. Czasami jesteśmy o krok od bycia bohaterami i tylko ułamki sekund decydują o tym, że zostajemy... tchórzami.

GALA: W tym filmie widać, że fascynuje pana silne męskie ciało.

 

JAN JAKUB KOLSKI: Tak, bo ciało jest i święte, i przeklęte zarazem. To jest przestrzeń dla grzechu, ale i dla rozkoszy.

GALA: Pan uprawia kult ciała?

JAN JAKUB KOLSKI: Ja nie uprawiam kultu ciała, tylko dźwigam ciężary.

GALA: Po co zajmować się ciałem?

JAN JAKUB KOLSKI: Po to, żeby być sprawnym na planie. Żeby tak nad sobą panować, aby się chciało dźwigać odpowiedzialność za film. Żeby się chciało wstawać w zimie o 3 nad ranem na zdjęcia. Nie byłem, nie jestem i nigdy nie będę reżyserem siedzącym na krześle reżyserskim. Chodzę, biegam, dotykam i przestawiam aktorów. Muszę widzieć oczy aktora, czuć temperaturę jego ciała. Jest takie określenie „myjnia bezdotykowa”. Więc ja nie umiem uprawiać „reżyserii bezdotykowej”.

GALA: Boi się pan starości?

JAN JAKUB KOLSKI: Boję się. Cały czas staram się być szybszy niż ona. Ćwiczę, bo właśnie chcę wyprzedzić starość. Ale to się nie uda.

GALA: Po co panu te skórzane opaski na rękach? To jest takie ostentacyjne pokazywanie męskości?

JAN JAKUB KOLSKI: Po prostu dobrze się w nich czuję. One chronią nadgarstki przed kontuzjami. Zrobiłem film o zapaśnikach, a to są zapaśnicze ozdoby.

GALA: A jak robił pan film o mnichach, to chodził pan w habicie?

JAN JAKUB KOLSKI: Nie, ale mieszkałem przez pewien czas w klasztorze.

GALA: A ten obcisły T-shirt ma odsłonić pana muskuły?

JAN JAKUB KOLSKI: T-shirty kupuje mi żona. Te opaski też są od niej. Ona lepiej wie, co do mnie pasuje. Zresztą jej zdaniem mięśnie też do mnie pasują.

GALA: Chce pan być siłaczem.

JAN JAKUB KOLSKI: Potoczny obraz reżysera jest taki: dobrze ubrany wymoczek, otoczony wianuszkiem pięknych kobiet, ze zblazowaną miną snuje się po planie i wszystkim rozkazuje. Potem dostaje dużą sumę na konto, pije chivas 18, najlepiej z mlekiem, bo to teraz w modzie. A tak naprawdę reżyserowanie to potwornie ciężka fizyczna praca. Ćwiczę więc swoje ciało, bo pokonywanie oporu organizmu pomaga mi pokonywać na planie odruch ucieczki. Ucieczki ze strachu i ze zmęczenia.

GALA: Powiedział pan, że czuje się trochę jak duży chłopiec.

JAN JAKUB KOLSKI: Moja chłopięcość polega na tym, że mi się jeszcze oczy śmieją. Ciągle chce mi się położyć między dwoma łanami zboża i wdychać zapach dzieciństwa. Chłopięce jest to, że ciekawi mnie świat. Ten chłopiec we mnie wygląda przez moje oczy i dziwi się, że świat jest taki wielki i nieodgadniony. To wszystko nie są chyba cechy dorosłego człowieka. Dorosły raczej mówi: „Wiem”, „Rozumiem”. A ten szczeniak we mnie wciąż chce wiedzieć, robić rzeczy niemądre i nieopłacalne.