GALA: Wytłumacz mi, dlaczego syn postanawia wydać płytę z najbardziej znanymi utworami ojca?

JAN MŁYNARSKI: Wychowałem się w dziwnym, zwariowanym domu pełnym ludzi, muzyki, wymienianych opinii i poglądów. W domu, w którym powstała lwia część twórczości ojca. Przychodzili do nas różni ludzie, żeby spróbować nową piosenkę, pogadać o planach, polityce, życiu, zrobić próbę, zjeść obiad, posiedzieć w ogrodzie. Ojciec stukał na maszynie i odtwarzał na starym kaseciaku kolejny podkład dostarczony przez kompozytora. Do mamy przychodzili studenci na lekcje interpretacji piosenki i dykcji. Przyglądałem się temu i zostałem muzykiem. Czasami myślę, że nie było innego wyjścia... Ale zaraz potem myślę, że było ich jeszcze kilka, np. granie z chłopakami w garażu. I odpowiadając na twoje pytanie, dojście do momentu spotkania z malutkim wycinkiem twórczości Wojciecha Młynarskiego trwało dość długo, ale też nie było nigdy ostatecznym celem. To ciekawy i ważny przystanek na mojej drodze, tym ciekawszy, że robię to z ludźmi, z którymi się dobrze znam. Mamy niezłe muzyczne i życiowe porozumienie, podobną sumę doświadczeń i ciągle sporo zapału do pracy i poszukiwań. Poza tym są fenomenalnymi artystami.

Ale zamiast nagrywać własne rzeczy, przerabiasz twórczość ojca. Czy to nie „odcinanie kuponów” od dobrego nazwiska? Czy to nie pójście na łatwiznę?

Wydaje mi się, że aby ocenić, czy jest to pójście na łatwiznę, trzeba posłuchać płyty. Dla mnie było to trudne. Za każdą z piosenek stoi wielka historia: nazwiska kompozytorów – Wasowski, Komeda, Sent, Korcz, i słynne interpretacje wykonawców takich jak ojciec, Michał Bajor czy Kalina Jędrusik. Musiałem dojrzeć do tego kroku. Poczuć i zrozumieć, co chcę powiedzieć, grając te piosenki po swojemu. Wspaniały inspirujący klasyczny materiał jest po to, by po niego sięgać. Trzeba tylko wiedzieć, jak się po nim poruszać. Myślałem o tym od czasu do czasu na przestrzeni lat.

Musiałeś dojrzeć do tego? Wyrobić się jako muzyk?

Od 2000 roku miałem szczęście współpracować jako muzyk sesyjny z różnymi wykonawcami, np. z Reni Jusis, Kayah, Edytą Górniak, Edytą Bartosiewicz, Marylą Rodowicz, Smolikiem, Noviką czy ostatnio z Jonem Lordem. Biorę też udział w projektach niekomercyjnych. Z moim pierwszym poważnym zespołem 15 Minut Projekt w 2003 roku wydałem płytę w wytwórni Kayax. Rok później wyszła kolejna dwupłytowa „015 Minut Projekt Live In Punkt”. Dorobiliśmy się pokaźnego grona wiernej publiczności i do dziś czasem słyszę od ludzi dobre, nostalgiczne słowo o tamtych czasach. Więc można powiedzieć, że nie jestem kompletnym nowicjuszem, choć ciągle łapię się na tym, jak mało wiem o tym, co robię. Myślę, że po prostu wybrałem moment, żeby spróbować posiłkować się Młynarskim.

A co powiedział ojciec, gdy usłyszał płytę?

Zaprosiłem ojca do siebie, gdy płyta była skończona. Usiadł na kanapie, wysłuchał od początku do końca, bo należy do tego pokolenia, które słucha płyt od deski do deski, i powiedział, że jest OK.

Byłeś winien ojcu tę płytę?

Co to za pytanie?! Po prostu dojrzałem do tego. Wiem, że chciałabyś usłyszeć coś w stylu: „Ta płyta to moje catharsis, spełnienie, wycieczka do wnętrza w celu odnalezienia sensu, własnego ja, redefi nicji mojej prywatnej rzeczywistości i spotkania z Ojcem, którego nigdy nie było...". Ale nie, to po prostu nadszedł moment, w którym wiesz, co cię bawi, a co traktujesz serio. Twórczość Młynarskiego to nie chipsy ze zdrapką czy gala piosenki biesiadnej, chociaż nie ma nic przyjemniejszego niż na rauszu nucić „Jesteśmy na wczasach...”.

Te piosenki pisał Twój ojciec, gdy ty na czworaka przemieszczałeś się pod jego biurkiem.

To nie ma nic do rzeczy. A z tym przemieszczaniem się pod biurkiem, to takie dziennikarskie bajeczki... To są piosenki mojego ojca, a nie kompletnie obcego człowieka, więc na pewno nasze prywatne historie mają jakiś wpływ na moją relację z tym materiałem. Ale nie wiem jaki. Dla mnie to kawał świetnej muzyki do pogrania. Od pomysłu do realizacji widziałem się z ojcem kilka razy. Dał kilka rad, pytał o repertuar, ale niczego nie wymagał, nie egzekwował. Dostałem wolną rękę i za to jestem mu bardzo wdzięczny.

A czy jednak trochę Cię to paraliżowało? W końcu to mistrz polskiej piosenki.

Ojciec napisał tak wiele... Lawina ruszyła bardzo dawno, jego twórczość jest narodowym dobrem, to oczywiste. Ja osobiście chciałbym, żeby ludzie korzystali z tego, co napisał, bo to jest dobre. To jednocześnie zobowiązuje.

Mam wrażenie, że Wasza płyta jest smutniejsza niż oryginały.

Lubię w muzyce zmieniać nastroje. Iść pod prąd tego, co sam wymyślam. W sztuce pociąga mnie mrok, niepokój. Ale też kocham dancingową konwencję. Na płycie balansujemy na krawędzi jednego i drugiego.

Przejmujące jest wykonanie ballady „Nie ma jak u mamy”.

Pamiętam tę piosenkę od zawsze. To bolesna opowieść o przemijaniu. Dużo myślałem o tej piosence... Wiesz, za miesiąc rodzi mi się córeczka...

Jak rodzice zareagowali, gdy oświadczyłeś, że chcesz być perkusistą?

Ojciec kazał mi iść po rozum do głowy.

Mama od razu powiedziała: tak.

Miałem 12 lat i masę zapału.

Grałeś oczywiście w piwnicy.

W piwnicy, w garażu, na strychu. Perkusiści sporo zawdzięczają sąsiadom.

Dlaczego ojciec był przeciw Twojemu graniu na perkusji?

 

Bo pewnie wiedział, jakie to ciężkie, niepewne i niewdzięczne zajęcie. Zazwyczaj jesteś na łasce menedżerów, którzy podsuwają ci lewe umowy albo proponują zagranie koncertu za darmo w celach promocyjnych. A jak już to zrobisz, to nikt ci nawet nie powie: „dziękuję”.

Może tą płytą chciałeś mu udowodnić: widzisz, opłaciło się?

A ty ciągle o tym... Nie, nie chciałem niczego udowadniać. Od dziesięciu lat rozbijam się po Polsce i zagranicy niewygodnym busem, grając koncerty, próby i nagrywając płyty. Wiem, jaką podążam drogą i jeśli komukolwiek coś udowadniam, to sobie czasami, usiłując przezwyciężać własne słabości.

Co zawdzięczasz ojcu?

Trudne pytanie... Na pewno geny. I szacunek do starych mistrzów. Ojciec zawsze w różnych sprawach odnosił się do swoich autorytetów, z których jest ulepiony. Norwid, Tuwim, Słonimski, Hemar, Korzeniewski, Lewański... Wiem, jak ważne w tym, co się robi, jest poznanie i świadomość tradycji. To na pewno mu zadzięczam. Ale to, że wytrwałem w mojej pasji, to zasługa matki. Ojcu zawdzięczam bezkompromisowość. Ale to mama była w moim życiu kluczowa. To jej najwięcej zawdzięczam. Wierzyła we mnie, a dla nastolatka wsparcie jest bardzo ważne. Poczucie własnej wartości, poczucie sensu tego, co się robi – wszystko to dostałem od mamy. Z ojcem kontakt był, niestety, dość ograniczony.

Byłeś odrzucony przez ojca?

Tak się czułem. Nie załatwił ze mną kilku spraw, które powinien załatwić jako ojciec. Ale teraz trochę mi pomaga, więc wychodzimy na prostą.

Czy robiąc tę płytę, zrozumiałeś ojca? Inaczej na niego spojrzałeś?

Myślę, że to się nie łączy z płytą, tylko z wiekiem, sumą doświadczeń i odpowiedzialności za wiele rzeczy dookoła. Nie mogę powiedzieć, że teraz patrzę na niego jakoś radykalnie inaczej niż kiedyś. Ale gadamy, coś tam razem dłubiemy, czasem opowie ciekawą historyjkę, więc jest ok.

Sam się uczyłeś, czy są szkoły dla perkusistów?

 Tak, są szkoły dla perkusistów bez klamek i z kratami w oknach... A tak na serio: moje edukacyjne przygody to świetny nieoceniony mój pierwszy profesor Darek Drapała, któremu wiele zawdzięczam, trochę fortepianu w podstawówce, półtora roku na uczelni w Katowicach i dyplom w Drummers Collective w Nowym Jorku. Do tej ostatniej nowojorskiej przygody solidnie się przyłoży łem. To był piękny czas. Ważna jest baza, na której budujesz swoje umiejętności, dlatego dobra szkoła pomaga, ale nie jest nieodzowna. Trzeba poszukiwać. Stawiać sobie pytania i szukać odpowiedzi. Otaczać się inspirującymi ludźmi, jeść dobre jedzenie i słuchać muzyki.

Czemu nie zostałeś w Stanach, skoro studiowałeś w tak dobrej szkole?

Złożyło się na to sporo zbiegów okoliczności, które wolałbym zachować dla siebie. Ale dobrze mitu. Z Nowym Jorkiem jestem w stałym kontakcie. Potrafi ę wisieć na telefonie godzinami i jestem na bieżąco. Wiem, jaka knajpa splajtowała, kto gdzie gra i z kim chodzi... Taki plotkarski standardzik.

Zanim wylądowałeś w Stanach, grałeś w podwórkowych kapelach.

Jeśli chodzi ci o początki, to owszem, graliśmy z kolegami punka w podstawówce. I to były piękne czasy, bo zespół był naszym całym światem. Spędzanie całych dni razem, próby, imprezy, kłótnie, organizowanie koncertów w sali gimnastycznej...

Był czas, kiedy nie chciałeś być Młynarskim?

Był. Pod koniec podstawówki. Wtedy człowiek chce się utożsamiać z grupą, nie chce się odróżniać. A u nas wszystko wyglądało inaczej. W domu był gwar, masa spraw i awantur. Do szkoły chodziłem z książkami na cały tydzień, bo planu lekcji nie miałem. A jak ojciec czasem przychodził do szkoły, to cały budynek zamierał, a ja wracałem kanałami do domu. Takie dziecinne klimaty...

A co sprawiło, że nie zostałeś łobuzem?

A kto powiedział, że nie zostałem? Ale prawda jest taka, że jak w młodym wieku połkniesz bakcyla, to ten bakcyl trzyma cię z dala od tarapatów. To może być granie, sklejanie modeli czy matematyka.

Załamania w życiu perkusisty były?

Były. Myślałem, że może powinienem robić coś innego. Wiele miesięcy mi uciekło przez siedzenie w sali i granie non stop. Są też wahania nastrojów i różne momenty, które odbierają ci wiarę w sens. Do dziś przychodzą kryzysy, ale to chyba nic nadzwyczajnego? Perkusja to dziwny i w gruncie rzeczy bardzo skomplikowany instrument. Wymaga mocnego uderzenia, ale też trzeba być delikatnym. Najtrudniejszy jest właśnie balans między tymi ekstremami. Jak z kobietami.

Wstydziłeś się czasami, że jesteś perkusistą?

Moje doświadczenie jest takie, że dziewczyny raczej lubią perkusistów...

Opowiedz o perkusji, bo rzadko dostrzegamy ten instrument. On wymaga siły fizycznej?

Wymaga siły fizycznej jak każdy inny instrument. Może trochę większej przy pakowaniu do samochodu... Bębny są piękne. Perłowe albo brokatowe zawsze robią wrażenie. Fajnie ustawiony zestaw jest dużym szpanem. Stare bębny czy talerze osiągają bardzo wysokie ceny na aukcjach. Piękne jest też to, że na tym samym instrumencie każdy brzmi inaczej, czyli jest to znakomity środek do kreowania i wyrażania osobowości.

Mówisz na perkusję „mebel”?

Nie. Ale to kilka przedmiotów zestawionych w komplet ponad KLL lat temu w Nowym Orleanie. Przeszedł długą drogę od tamtych czasów i ciągle się zmienia i inspiruje. Dziś też mam podwórkową kapelę Janek & Jego Combo, w której z przyjaciółmi wykonujemy stare piosenki warszawskie i nie tylko. Wczesną wiosną planujemy nagrać płytę.

Na nowej płycie Gaba śpiewa „Chcę mieć gorączkę”! Co ty robisz, by utrzymać stan podgorączkowy?

 

Ja mam ten stan non stop. Urodziłem się w takim stanie!