Kapitalny rozmówca, erudyta, z refleksem robi użytek z informatyczno- fizycznej wiedzy. Tytuł „Arytmia uczuć” nieprzypadkowy („Mam od kilku lat arytmię serca”, przyznaje). Dorota Wellman pytała – on odpowiadał. Pytania są krótkie, rzeczowe, męskie. Odpowiedzi obfite, wyczerpujące, arcyciekawe. Wierne czytelniczki „S@motności w sieci” znajdą tu wiele smakowitych kąsków. Wiśniewski werbalizuje uczucia, przyznaje się do pragnień. A to, że cierpiał, kiedy w Kołobrzegu porzuciła go Maria, że niewyobrażalnie fascynują go kobiety niedostępne, zanurzone w bryle lodu. Dlaczego z kobietami mądrymi można mieć o wiele lepszy seks i po co chciałby się spotkać z prof. Jadwigą Staniszkis, Manuelą Gretkowską, Milewą Marić (żoną Alberta Einsteina), Nicole Kidman i Marilyn Monroe.

GALA: Ciekawe, po co autorowi bestsellerów wywiad rzeka, w którym musi odpowiadać na najbardziej osobiste, wręcz intymne pytania?

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: W tej książce miało być trzech Wiśniewskich, ale tak się złożyło, że na placu boju pozostałem tylko ja. I tak się jakoś… rozrosłem. Podobno jest zapotrzebowanie na wiedzę o mnie. A wszystko przez „S@motność w sieci”, i „Zespoły napięć”, gdy media okrzyknęły mnie, z czym się nie zgadzam, tzw. znawcą kobiet. Że – chociaż mężczyzna – mówię językiem kobiet i rzekomo wyrażam ich myśli. Mnie się zdawało, że to nic specjalnego. Okazało się, że dla wielu kobiet jest.

GALA: Skąd to wiesz?

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Głównie z 30 tysięcy e-maili, które dotarły do mnie w ciągu ostatnich siedmiu lat. Byłem pierwszym autorem w Polsce, który odważył się, nie wiedząc zresztą co czyni, podać swój adres e-mailowy na okładce książki.

GALA: Cofnijmy się do czasów, gdy nie było jeszcze J.L. Wiśniewskiego – pisarza bestsellerów – ani nawet doktora habilitowanego informatyki i chemii. Niespodzianką był dla mnie fakt, że ukończyłeś technikum rybołówstwa morskiego.

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Gdy decydowałem się na tę szkołę, nawet nie lubiłem ryb jeść (dziś uwielbiam!), nie wędkowałem. Ta szkoła była pretekstem do zrealizowania marzeń 15-latka o podróżach. Rejsy szkolne – praktyki morskie – odbywały się na statku „Jan Turlejski”, którym dowodził legendarny kpt. ż.w. Wiktor Gorządek. Niewielu moich rówieśników w tamtych czasach było w Casablance, Port Etienne, Santa Cruz, Rotterdamie, jak ja. Nie tylko łowiliśmy ryby, w portach urządzano nam wycieczki. Tak źle w PRL nie było. Spełniły się moje marzenia o wielkim świecie, bez własnych środków finansowych.

GALA: „Jestem chłopakiem z Podgórnej w Toruniu, który miał jedną parę trampek na cały rok”.

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Tak jest. Mama była sprzedawczynią w sklepie w Toruniu, potem jego kierowniczką, tata – całe życie kierowcą pogotowia ratunkowego. A ja tu nagle miałem szansę zobaczyć świat, ale miłością do ryb i tak nie zapałałem. Odczułem samotność rybaków, ludzi, którzy nieustannie za czymś tęsknią. Na morzu tęsknią za rodzinami, w domu – po dwóch tygodniach zauważają, że rodzinom przeszkadzają, bo nie pasują do ich życia. I tęsknią za swoim znaczeniem na statku, swoją kabiną. Tęsknota w cyklu zamkniętym. Wtedy skonstatowałem, przygoda była, teraz przerzucam się na fizykę. Ryb nie chcę łowić, choć wypatroszyłem ich tysiące. Ręce miałem spracowane do krwi, oblewane słoną, morską wodą. Ciężka praca, conradowski trud. Pozostał po niej tatuaż na moim sercu i w moim mózgu. Pozostały męskie przyjaźnie – największe, jakie miałem. I poczucie odpowiedzialności.

GALA: Przepraszam, muszę skorzystać z okazji i spytać fachowca, który zabijał ryby. Patroszyłeś je na żywca?

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: To jest tak: dorsze na statku patroszy się, stojąc w wielkich kaloszach po pas. Na pokład z góry, z sieci, wypadają tony ryb, przesuwają się między udami, kręcą wokół kolan. Bierze się rybę w dwa lewe palce, wpycha im palce w oczy, żeby je oszołomić, podrzyna gardło, rozcina brzuch. Wątrobę wrzuca do wiadra, bo jest cenna, wnętrzności wyrzuca za burtę, a dorsza do skrzynki z lodem. Wątroba do wiadra, wnętrzności za burtę, dorsza do skrzynki, wątroba do wiadra, wnętrzności za burtę, dorsz do skrzynki. I tak przez osiem godzin, w szybkim tempie. Największa radość polega na tym, że ktoś wybrany co jakiś czas ma prawo iść i zapalić wszystkim papierosa. I ten szczęściarz przez te krótkie pięć minut nie musi patroszyć ryb. Ale ja byłem praktykantem, nie miałem tego przywileju.

GALA: Z pokładu supertrawlera na trudny wydział fizyki, potem ekonomii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu droga daleka.

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Kochałem uczyć się, pochłaniać książki. Zaległości nadrobiłem sam. Dzięki rodzicom w domu panował kult wiedzy. Tata mówił: „Wiedzieć to żyć bez strachu”. Co by nie sądzić o PRL, ta epoka pozwoliła studiować ludziom nawet tak biednym jak ja, z robotniczej dzielnicy. Rodzice byli przekonani, że to jedyna droga awansu w życiu.

GALA: Szkoda, że nie doczekali sukcesów młodszego syna.

 

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Zawsze, gdy zdarzy się coś ważnego w moim życiu, po zdaniu egzaminu magisterskiego z fizyki, z ekonomii, po uzyskaniu doktoratu, habilitacji, gdy tylko jestem w Toruniu, pierwszą rzeczą jest pójście na groby i powiedzenie o tym rodzicom. Jestem wierzącym w Boga fi zykiem. Żadna teoria fi zyczna, łącznie z kosmologią, teorią strun, najnowszą teorią ośmiu wszechświatów czy ośmiu wymiarów wszechświata, nie zaprzecza istnieniu siły sprawczej. Poza tym jesteśmy romantyczni. Chcielibyśmy, aby osoby, które kochamy, w jakimś sensie trwały wiecznie, obserwowały nas.

GALA: Pewnie opowiadasz im też o tym, że odniosłeś nieprawdopodobny sukces jako pisarz. Jak sądzisz, czemu zawdzięczasz popularność?

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Myślę, że okolicznościom, w jakich powstała „S@motność”. Internet wtedy w Polsce raczkował, faza fascynacji internetem kwitła, podczas gdy na Zachodzie czaty, komunikatory były czymś naturalnym. Poza tym bezwiednie, nieświadomie, niekoniunkturalnie odnalazłem w internecie emocje, o których wiedziano, ale nie pisano. Po drugie, i to jest sednem tej książki, opisałem borykanie się z własną samotnością. Moja książka jest strasznie smutna, bo ją pisałem w okresie mojego osobistego smutku z powodu różnych zawodów życiowych. Pisałem, by zwalczyć swój smutek, przeciwko niemu. Uważam, że świat, poza drobnymi chwilami radości, jest smutny.

GALA: Nieuzasadniony smutek jest nieodłączną częścią depresji – tak piszesz.

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Mam za sobą epizod długiej depresji, gdy nie chciało mi się nawet wstawać z łóżka. Depresja jest wtedy, kiedy człowiekowi nawet zabić się nie chce. Ale do pracy chodziłem. Okazała się lepsza i skuteczniejsza niż prozak, akupunktura, autogenny trening i psychoterapia razem wzięte. Wydostałem się z uczucia brodzenia w zastygającym betonie.

GALA: No i w kilka miesięcy później zacząłeś pisać „S@motność w sieci”. Pisanie jako terapia... Jaki procent sukcesu przypisałbyś tytułowi? I komu go zawdzięczasz?

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Książka miała się nazywać „Cz@t”, ale tytuł nie spodobał się wydawcy jako zbyt angielski. Małpa, czyli @ w tytule, była moja. Scan pierwszej okładki do tej pory mam. Tytuł „S@motność w sieci” wymyślił Kuba Wojewódzki. Pracował wtedy w portalu Wirtualna Polska – opiekunie medialnym książki. Wiem, że z jego ust padł ten tytuł.

GALA: Zrobiłeś doktorat z kompresji danych i habilitację, całkiem zbędną, gdy się pracuje w komercyjnej fi rmie, co sam przyznałeś. W domu żona i małe córki czekające na tatę całymi dniami, a tata robił badania w świątek, piątek i weekendy…

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Późno zrozumiałem, że lepiej zrezygnować z habilitacji i czytać córkom bajki, więcej czasu podarować bliskim. Za późno. Ani mi to więcej pieniędzy nie przyniosło, ani…

GALA: Mądry Polak po szkodzie. Chociaż z Frankfurtu.

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Dlatego przestrzegam młodych mężczyzn, aby nie popełnili mojego błędu. By umieli znaleźć złoty środek między spełnieniem zawodowym a rodzinnym. Bo nie da się cofnąć straconego czasu. I czasami lepiej, jak mieszkanie jest mniejsze, ale więcej w nim ciepła. Wreszcie, to nie zawód poda nam herbatę, przytuli, otrze łzę, pocieszy, tylko ktoś bliski.

GALA: „Pomasuje kark, przykryje kołdrą, pojedzie na wspólne wakacje”...

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Być może dlatego tak szczerze o tym piszę. Jestem przykładem człowieka, który robił karierę, nie oglądając się dookoła. To nie wynikało z próżności, a z tego, że miałem taki plan życiowy. Spełniałem się w wielu dziedzinach, ale po pewnym czasie wszystkie zaczęły mnie nudzić. I wtedy marzy mi się co innego.

GALA: Jesteś chemikiem i to mnie niepokoi. Chemicy patrzą na świat emocji i uczuć jak na sklep chemiczny. Dopamina, oksytocyna, serotonina… Dawno odkryli, że miłość to reakcja chemiczna, problem w tym, że krótka. Jakieś „dziewięć i pół tygodnia”.

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Albo „jedenaście minut”, jak wyliczył Paulo Coelho w swojej najnowszej książce pod tym samym tytułem. Jeśli związek jest zbudowany tylko na pożądaniu, trwa krótko. A mężczyźni pożądanie tracą szybciej. Bo pożądanie jest uzależnieniem morfinowym. Żeby morfi na działała, po dwóch tygodniach trzeba zwiększyć dawkę. Wszyscy lekarze to wiedzą. Jeśli związek kobiety i mężczyzny nie jest podbudowany pożądaniem rozmowy, obecności, mądrości, ciepła, to seksualne pożądanie trwa krótko. W udanym związku dziewięćdziesiąt procent to rozmowa, a pozostałe dziesięć – dobry seks.

GALA: Z akcentem na „dobry”… Napisałeś „Zespoły napięć” – rzecz o comiesięcznej kobiecej dolegliwości. Aż się chce sparafrazować słynny tekst Lindy: „Co ty wiesz o menstruacji?!”.

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Tak się miała nazywać ta książka: „Menstruacja”, ale wydawca obawiał się, że może się znaleźć w księgarni w niewłaściwym dziale. Wśród maili, które dostaję, były i takie, że Janusz Leon Wiśniewski to mój pseudonim, i że za mnie pisze te książki jakaś kobieta. Dla mnie to pretekst do opisania pewnego wydarzenia w życiu kobiety, które jest rozpoczęciem nowej fazy, zakończeniem czegoś, przełomem, od pierwszej miesiączki, poprzez ciążę, do menopauzy.

GALA: Ale skąd taki temat?

JANUSZ L. WIŚNIEWSKI: Bo mnie kobiety interesują straszliwie, w każdym aspekcie. Są fascynującymi istotami, lepszymi od mężczyzny. Uwielbiam się w nie wsłuchiwać. Są bardziej wiarygodne niż mężczyźni, którzy są prości w obsłudze. Świat w matriarchacie byłby światem o wiele lepszym.