GALA: Czuję się zdezorientowana, bo zawsze postrzegałam cię jako ostrego rockmana. Aż nagle na twojej solowej płycie słyszę lirycznego, sentymentalnego faceta. Co się stało, że się tak zmieniłeś? Gdzie leży prawda o tobie?

JANUSZ PANASEWICZ : Wielki mistrz, świętej pamięci Tadeusz Łomnicki nauczył mnie kiedyś, że gdy wychodzę na scenę, to muszę być aktorem, muszę grać. Jeśli więc śpiewam ostry numer, a tekst jest gwałtowny, to się do niego dostosowuję. Na solowej płycie mogłem sobie pozwolić na bycie sobą, bo ona jest moja od początku do końca. Teksty są więc bardzo osobiste – to historie, które gromadziły się w mojej głowie od dawna. Zależało mi, by opowiedzieć ludziom na przykład o tym, co mnie boli, za czym tęsknię. Chciałem to zrobić w atmosferze spokoju: przy drinku i przy papierosie, w relacji jeden do jednego.

GALA: A za czym tęsknisz?

JANUSZ PANASEWICZ: Za miejscami. Pochodzę z Olecka. I choć nie żałuję, że wyjechałem z tego miasteczka, to lubię do niego wracać. Tam ludzie mają fajne charaktery i wyznają proste wartości, takie jak honor, przyzwoitość, uczciwość. A w wielkich miastach różnie z tym bywa.

GALA: Ludzie z Olecka traktują cię jak gwiazdę czy jak swojego?

JANUSZ PANASEWICZ: Jak swojego, bo przecież wychowałem się tam i znam wszystkich. Gdy widzę fajną dziewczynę, od razu zastanawiam się, czyją jest córką. I dochodzę do wniosku, że pewnie Kryśki, mojej koleżanki ze szkoły, bo podobna jest do niej z budowy (śmiech). Gdy jestem na Mazurach, przypomina mi się całe dzieciństwo, które z kumplami spędzaliśmy głównie na ulicy. A mama zawsze się denerwowała i gdy spóźniałem się do domu, mówiła: „Ty włóczykiju, o której miałeś być? Bierz się do lekcji!”. Ten „włóczykij” tak mi zapadł w pamięć, że zatytułowałem tak jedną z piosenek.

GALA: To bardzo pięknie, ale nie o dzieciństwo chcę cię spytać, tylko o reputację zespołu Lady Pank. Najgorszą z możliwych swego czasu…

JANUSZ PANASEWICZ: No tak. Napisałem nawet o tym tekst na płycie „Nasza reputacja”. To była cyniczna odpowiedź na to, co o nas piszą i gadają. Skoro wszyscy nas uznali za chuliganów, to cóż… Niech tak będzie.

GALA: Błagam cię... Chcesz powiedzieć, że byliście grzeczni i prowadziliście higieniczny tryb życia?!

JANUSZ PANASEWICZ: Wiadomo, że zdarzały się różne skandale. Bo jak masz dwadzieścia parę lat, grasz setki koncertów, masz pieniądze i sądzisz, że wszystko ci wolno, a pod hotelem widzisz tysiąc panienek, to…

GALA: Człowiek traci rozum?

JANUSZ PANASEWICZ: Powiedzmy, że nie wiesz do końca, co się z tobą dzieje. Po pierwsze, jednak myśmy tych skandali nie generowali, tak jak to teraz robią młodsi muzycy, tylko wszystko działo się spontanicznie i naturalnie. A poza tym one często były rozdmuchane. Pamiętam na przykład imprezę w którymś z hoteli, gdzie Janek (Borysewicz – przyp. red.) pokłócił się ze swoją ówczesną dziewczyną. W emocjach walnął ręką w kieliszki, które stały na stole, rozciął sobie rękę i krew zaczęła się lać. Gdy jego dziewczyna chciała wyjść z pokoju, okazało się, że drzwi się zablokowały i ona dostała histerii. My wszyscy siedzieliśmy wtedy na korytarzu wzdłuż ściany, byli tam też inni artyści. I pamiętam, że Bohdan Smoleń, 158 centymetrów wzrostu, powiedział, że bierze te drzwi na siebie. Chciał je staranować, ale padł nieprzytomny. W końcu przyszli jednak ochroniarze i drzwi wyważyli. Zrobiła się megaafera na całą Polskę, że urządziliśmy burdę. Kazali nam też płacić za nowe drzwi. A potem okazało się, że wystarczyło wezwać ślusarza i wymienić zamek.

GALA: To wtedy miało miejsce słynne rzucanie tortami?

JANUSZ PANASEWICZ: Nie, ty mówisz o imprezie w katowickim Hotelu Olimpijskim. Lady Pank dostał wtedy chyba Złotą Płytę. Kiedy zabawa trwała już w najlepsze, nagle pojawił się jakiś elegancki biznesmen z teczką. Zaprosiliśmy go, by się do nas dołączył i był w siódmym niebie, ale wkrótce zmorzony alkoholem usnął. Wtedy zaczęło się rzucanie tortami i ktoś wpadł na pomysł, żeby biznesmenowi zdjąć buty i nałożyć do nich tortu. Kiedy wkładaliśmy jego stopy w buty, to przez dziurki od sznurówek wychodziły takie tortowe robaczki. Wkrótce potem wszyscy się rozeszli, ale rano wybuchła afera. Bo przyszła pani sprzątaczka i gdy zobaczyła ten tort, który był także na ścianach, powiedziała, że ona tego sprzątać nie będzie za żadne pieniądze, a w ogóle to idzie to zgłosić do recepcji. Wtedy biznesmen się obudził. Powiedzieliśmy mu: „Widzisz, jaki jesteś? To my cię ugościliśmy, poczęstowaliśmy, czym tylko chciałeś, a zobacz, jak nam się odwdzięczyłeś – urządziłeś zadymę i ochlastałeś cały pokój tortem”. Facet był przerażony. Mówił: „Panowie, nie wiem, co mi się stało, to wszystko przez tę cholerną wódkę. Ale ja za wszystko zapłacę” (śmiech).

GALA: Pozwoliliście mu na to?

JANUSZ PANASEWICZ: Coś ty. Nie chodziło o pieniądze, tylko żeby robić jaja.

GALA: Zdaje się, że ostatnie dwadzieścia pięć lat w twoim życiu to były w ogóle jaja i jedna wielka impreza?

JANUSZ PANASEWICZ: Była, z przerwami. Trudno, żeby to trwało non stop.

GALA: Wtedy już byś pewnie nie żył…

 

JANUSZ PANASEWICZ: Są tacy, co żyją. Spójrz na przykład na Micka Jaggera. Swoją drogą strasznie go lubię. Kiedyś mi się nawet przyśnił. Przyjechał do Olecka, skąd pochodzę, i przyszedł do kawiarni Zamkowa. Poprosiłem go, żeby coś zaśpiewał, ale powiedział, że tego nie zrobi, bo jest z dziewczyną.

GALA: Nie jest tajemnicą, że Mick Jagger miał w swoim życiu problemy z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków. O tobie też krążą takie słuchy…

JANUSZ PANASEWICZ: Jeśli chodzi o narkotyki, to oczywiście próbowałem ich, ale doszedłem do wniosku, że nie są mi do niczego potrzebne. Owszem, jak mnie chłopaki na Mazurach poczęstują jointem, to zapalę. Ale żebym sam kupował jakieś dragi? Nigdy w życiu. Zresztą, wbrew temu, co sądzą ludzie, w zespole Lady Pank nikt nie miał z nimi nigdy problemu. Natomiast whisky lubię się napić.

GALA: Kiedykolwiek pomyślałeś: „Jeśli nie przestanę pić, to będzie koniec”?

JANUSZ PANASEWICZ: Bałem się tego, bo były sytuacje, w których czułem, że zaczyna być niedobrze. Stres trzeba było zapić albo było zbyt dużo wolnego czasu. Bo budzisz się rano i nie wiesz, co ze sobą zrobić. A jak najlepiej zabić czas? Pijąc. Na szczęście przed alkoholizmem chroniła mnie zawsze odpowiedzialność. Bo jeśli wiedziałem, że mam coś do zrobienia, to natychmiast się mobilizowałem. Nie chcę bowiem nikogo zawodzić, ani prywatnie, ani zawodowo. I dziękuję za to Bogu, bo znam ludzi, którzy przekroczyli tę granicę. Wtedy wszystko w ich życiu zaczęło się rozpieprzać.

GALA: Teraz jesteś chyba w pełni zmobilizowany, bo niecały rok temu urodziły ci się bliźniaki. Gdy dowiedziałeś się, że zostaniesz ojcem, szalałeś z radości, czy raczej chciałeś uciec?

JANUSZ PANASEWICZ: Nie miałem ochoty uciekać, ale nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Bo spojrzałem na całą tę sytuację logicznie. Powiedziałem sobie: „Facet, wszystko jest OK, ale masz 52 lata. Czy dasz sobie radę?”. Nie w sensie materialnym, ale emocjonalnym. To mnie najbardziej nękało. Ale gdy moi synkowie na mnie spojrzeli, to nagle wszystkie obawy szlag trafił. Oni są moją radością. Od razu zresztą zaangażowałem się w bycie ojcem. Nosiłem ich na rękach i kąpałem się z nimi od samego początku. Tylko do przewijania się nie wyrywam, bo jest wielu innych chętnych, to co się będę wcinał (śmiech). Ostatnio, gdy Julek został u dziadków, a Brunona przywieźliśmy do nas, bo musieliśmy z nim iść do lekarza, powiedziałem Ewie, że jak mnie wywalą z roboty, to zatrudnię się jako baby-sitter, ale do jednego dziecka. Bo opieka nad jednym to dla mnie naprawdę małe piwo.

GALA: Gdy twoi synowie będą mieli po 20 lat, będziesz 72-latkiem. Dogadacie się?

JANUSZ PANASEWICZ: Myślałem o tym wiele razy. Ale jako młody chłopak uprawiałem sport: grałem w hokeja, w piłkę, biegałem na różne dystanse, jeździłem na rowerze, na nartach wodnych. I to gdzieś się w moim organizmie odłożyło. Dlatego mam zamiar cieszyć się dobrą kondycją jeszcze długo. Poza tym dzieci wychowuje się od najmłodszych lat i jako 20-latkowie są już ukształtowanymi ludźmi. Mam więc nadzieję, że będą na tyle mądrzy, by zrozumieć starca (śmiech).

GALA: Czy posiadanie rodziny nie kłóci się z byciem muzykiem? Muzyk musi być egocentrykiem skupionym na sobie.

JANUSZ PANASEWICZ: Masz rację, ale ja będę bronił tezy, że naprawdę warto znaleźć kogoś, kto cię rozumie, kto rozumie specyfikę twojej pracy, i wtedy trzeba walczyć, żeby z tym kimś być. Bo nawet jeśli oddasz scenie całą swoją duszę, to potem, gdy emocje opadają, ciebie dopada…

GALA: Słynna samotność w światłach jupiterów?

JANUSZ PANASEWICZ: Dokładnie. Wsiadasz po koncercie do autokaru, opierasz się o okno i myślisz, jak dobrze byłoby pojechać teraz do domu i przytulić się do tej ukochanej osoby. A gdy jej nie ma, to jest dramat, bo musisz wrócić do pustki. Każde swoje rozstanie bardzo przeżywałem. Było cierpienie i rozrywanie serca na kawałki, bo znów nie wyszło coś, co już miało być na zawsze. Przy czym, oczywiście, nie ma co ukrywać, że wiele z tych związków rozpadło się przeze mnie. Ileś przykrości sprawiłem ludziom niepotrzebnie.

GALA: Rozumiem, że dziś tego żałujesz.

JANUSZ PANASEWICZ: Tak, żałuję, że zawaliłem kilka osobistych historii, choć teraz akurat jest mi bardzo dobrze.

GALA: Zawaliłeś bycie ojcem dla pierworodnego Wojtka?

JANUSZ PANASEWICZ: Przeciwnie. Z Wojtkiem jesteśmy w wielkiej przyjaźni i w wielkim porozumieniu, choć oczywiście mieliśmy różne okresy. Pamiętam, gdy miał 14 lat, śmiertelnie się na mnie obraził. Przyjechałem ze Stanów, gdzie kiedyś mieszkałem przez dwa lata. O tym, że wróciłem, dowiedział się, oglądając „Teleexpress”. Nie zadzwoniłem wcześniej, bo nie miałem okazji, wtedy jeszcze nie było telefonów komórkowych. Moja była żona powiedziała mi później, że zrobił się aż siny. Powiedział: „Jak to?! To ja ojca chciałem przywitać na lotnisku, a widzę go w telewizji?!”. Następnego dnia oczywiście wsiadłem w taksówkę i przyjechałem do Olecka. Poszliśmy na spacer, było jednak dosyć drętwo. W pewnym momencie jakaś mijana po drodze kobieta zaczęła krzyczeć na swoje dziecko i je bić. Wojtek spojrzał wtedy na mnie i powiedział: „Ty mi tego nigdy nie zrobiłeś”. Przytuliliśmy się do siebie i już było dobrze.

GALA: Pewnie przeżył szok, gdy dowiedział się, że za rzucenie butelką w dziewczynę grozi ci do trzech lat pozbawienia wolności.

 

JANUSZ PANASEWICZ: Robiłem to tysiące razy. Bo jak jest 30 stopni ciepła, stoi trzydziestotysięczny tłum i ktoś krzyczy: „Daj się napić”, to co mam zrobić? Rzucam. Nigdy nikomu nic się nie stało. Tym razem dziewczyna robiła zdjęcie i nie zauważyła butelki.

GALA: Pisano, że właśnie dlatego w nią rzuciłeś, bo wkurzyłeś się, że robi zdjęcia.

JANUSZ PANASEWICZ: To totalna bzdura. Jak stoję na scenie, to reflektory świecą mi w oczy i pierwszych trzydziestu rzędów w ogóle nie widzę. Zresztą przeprosiłem tę dziewczynę, wysłałem jej kwiaty, upewniłem się, że nic się jej nie stało. Ona nie zgłaszała żadnych pretensji. A gdy w sądzie powiedzieliśmy, że nic do siebie nie mamy, pani sędzia stwierdziła, że rozprawa musi się odbyć.

GALA: Nie bardzo rozumiem…

JANUSZ PANASEWICZ: Ja też nie. Słyszałem, że władze Pruszcza Gdańskiego postanowiły mnie ukarać za piosenkę, którą śpiewam w Lady Pank „Strach się bać”. Ale jest to tylko hipoteza. Teraz zapadł wyrok skazujący, ale mój adwokat zapowiedział, że będzie się odwoływał. Tak więc to jeszcze się będzie ciągnęło.

GALA: Na pewno nie ma nic przyjemnego w tym, że tabloidy i plotkarskie portale internetowe rozpisują się o tobie w tonie oskarżycielskim. Ale i tak chyba możesz mówić o sobie, że jesteś dzieckiem szczęścia.

JANUSZ PANASEWICZ: To prawda, nie ma nic przyjemnego w tym, że cały czas rzucają ci mięsem w twarz. Bo co masz zrobić? Bronić się? Czasami, gdy czuję totalną niesprawiedliwość, ciekną mi łzy. Ale masz rację – mimo to jestem dzieckiem szczęścia. Bo przecież różnie mogłem skończyć. A śpiewam od tylu już lat, gram koncerty na całym świecie, wszyscy Polacy mnie znają. Miałem też szczęście poznać wielu wybitnych artystów, takich jak chociażby Jonasz Kofta czy Agnieszka Osiecka. Zawsze byli przy mnie naprawdę fajni ludzie.

GALA: A ty sam jesteś fajny?

JANUSZ PANASEWICZ: Myślę, że tak. Bo jestem wrażliwy, sprawiedliwy, szczery, umiem kochać ludzi i nikomu niczego nie zazdroszczę.

GALA: Czy to prawda, co mówią, że jesteś w stanie przepuścić największe nawet pieniądze?

JANUSZ PANASEWICZ: Nie. Kiedyś wprawdzie zarabialiśmy krocie, oczywiście jak na tamte czasy, ale nie za bardzo miałem gdzie wydawać te pieniądze. W Polsce nic w sklepach nie było. Jedyne, co mogłem zrobić, to pójść do Peweksu albo pojechać na bardzo drogi bazar w Rembertowie, żeby sobie kupić ciuchy z Włoch. Ewentualnie mogłem jeszcze pójść do jakiegoś klubu albo nocnego baru, choć ich też było jak na lekarstwo.

GALA: Ale dzisiaj nie brakuje klubów ani sklepów.

JANUSZ PANASEWICZ: Tylko że teraz, jak są w domu te dwa maluchy, to trudno, żebym codziennie latał po klubach czy po barach, choć nadal mam w sobie coś z ćmy barowej. A po sklepach łazić nie lubię. W każdym centrum handlowym – nieważne, czy w Paryżu, czy w Nowym Jorku – po półtorej godziny dostaję klaustrofobii. I jak Ewa mnie gdzieś ciągnie na zakupy, to nie wchodzę z nią do sklepów, tylko siedzę na zewnątrz, na jakiejś ławce. A i tak głupio się czuję, bo ludzie przechodzą i patrzą na mnie.

GALA: Czyli robisz za przysłowiowego białego niedźwiedzia na Krupówkach?

JANUSZ PANASEWICZ: Właśnie. I w takich chwilach nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Więc wykonuję głupie ruchy – wyciągam telefon, który w ogóle nie dzwoni, żeby się tylko czymś zająć. Aż wreszcie dzwonię do Ewy i mówię: „Wyjdź już, proszę cię, bo dłużej tu nie wysiedzę”.

GALA: A czy Janusz Panasewicz – żywa legenda – jest bogatym człowiekiem?

JANUSZ PANASEWICZ: Daj spokój. Legendy to są o smokach albo o jakichś królach. A co do pieniędzy, to gdyby Lady Pank przeżywało swoje apogeum w normalnym państwie, dzisiaj bylibyśmy wszyscy multimilionerami. Ale ponieważ Polska była wtedy krajem takim, jakim była, to do multimilionera mi daleko. Mogę mówić tylko o względnym bezpieczeństwie finansowym. Bo choć nie jestem krezusem, to wystarcza mi na przyzwoite życie. I żaden krach mi raczej nie grozi.

GALA: Ale rozumiem, że mimo to chciałbyś, aby twoja płyta dobrze się sprzedała. Jak będziesz ją promował? Wystąpisz w „Tańcu z gwiazdami”?

JANUSZ PANASEWICZ: Nikt mi tego nie zaproponował. Ale ostatnio Janek Borysewicz odebrał telefon z pytaniem, czy wystąpi w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie”. Odpowiedział, że bardzo chętnie, ale pod jednym warunkiem: że ja wystąpię jako jego partnerka. Niestety, producenci na to się nie zgodzili. Szkoda...