Przeczytałam scenariusz, odłożyłam go i łzy zaczęły płynąć mi po twarzy. Poszłam do męża i powiedziałam: Właśnie przeczytałam najpiękniejszy scenariusz” – opowiada Jennifer Connelly o swoim najnowszym filmie „Droga do przebaczenia”, który trafił właśnie do naszych kin. Trudno jej się dziwić, że płakała, bo obraz porusza najtrudniejsze tematy.

Jennifer gra w nim Grace, szczęśliwą żonę i matkę, której życie zmienia się w koszmar po stracie syna. Aktorka też jest matką, bardzo wczuła się w rolę. „Grace przeżywa trudne chwile. Podczas kręcenia tej sceny zobaczyłem, że Jennifer naprawdę była Grace – opowiadał reżyser Terry George. – Mam nadzieję, że dla jej własnego dobra następnym filmem, w którym zagra, będzie komedia”.

Nic na to nie wskazuje. Jennifer kojarzona jest przede wszystkim z dramatami. W Hollywood legendą jest także jej skromność. Na planie filmu „Przebudzenie miłości” wyglądała na ciągle zmęczoną. Kiedy reżyser spytał, co się stało, okazało się, że Jennifer nie je posiłków z resztą ekipy. Jest wegetarianką, a dania były mięsne. Kiedy zapytano ją, dlaczego nie poprosiła o zmianę menu, odpowiedziała: „Przecież ci ludzie mają tak dużo pracy”.

Od tego czasu Jennifer Connelly stała się prawdziwą gwiazdą i zdobyła Oscara. Jednak w jej nastawieniu do ludzi nic się nie zmieniło. Nadal jest skromną, inteligentną dziewczyną z Nowego Jorku, którą można spotkać w metrze albo w sklepie za rogiem. „Pozbawioną ego” – mówią przyjaciele. Ale ona po prostu ciągle ma w sobie grzeczną dziewczynkę.

DEBIUT Z DE NIRO. Ma 38 lat. Urodziła się w Nowym Jorku. Jej ojciec pracował w biznesie odzieżowym, a mama handlowała antykami. Jennifer miała 10 lat, kiedy zaczęła pracować jako modelka. Urodę ślicznej brunetki zauważył przyjaciel rodziny i poradził rodzicom, żeby zgłosili się z nią do agencji.

Niedługo potem Jennifer wylądowała w prestiżowej agencji Forda. Przez kilka lat występowała w reklamach, sesjach zdjęciowych, pojawiała się na okładkach pism dla nastolatek. W wieku 14 lat dostała pierwszą małą rolę w filmie. Ale za to jakim – „Dawno temu w Ameryce” z Robertem De Niro. Główną rolę zagrała niedługo później w głośnej baśni fantasy „Labirynt”, tym razem u boku Davida Bowie. Pracowała intensywnie do 20. roku życia. Przerwała dopiero, kiedy poszła na studia.

O swojej wczesnej karierze dziś opowiada bez entuzjazmu. „Jako dziecko nie chciałam zostać aktorką – to mi się po prostu przydarzyło. Musiałam odłożyć to na bok, żeby potem wrócić – ale już na własnych warunkach”. Uważa, że od dziecięcych gwiazd oczekuje się trochę zbyt wiele. Muszą być miłe, grzeczne, punktualne, szybko uczyć się roli. Przedwcześnie dojrzałe. Później, kiedy dorastają, trudno im zaistnieć w normalnym świecie. I choć Jennifer nigdy nie powiedziała tego wprost, z jej wypowiedzi można wyczytać, że żałuje przedwcześnie zakończonego dzieciństwa.

LATA SAMOTNOŚCI. Kryzys przyszedł na studiach. Studiowała filologię angielską na prestiżowych uczelniach – najpierw Yale, potem Stanford. Uczyła się dobrze – w końcu była specjalistką od dyscypliny. Ale nie miała przyjaciół ani chłopaka: „Bardzo chciałam należeć do jakiejś społeczności, ale nie miałam pojęcia, jak to się robi” – wspomina.

Lata studiów spędziła zamknięta od rana do nocy w bibliotece. Ubierała się w zbyt wielkie koszule i ciężkie wojskowe buty. Nigdy nie chodziła na randki. Nie chciała, żeby ktokolwiek postrzegał ją tylko przez pryzmat urody. Z nieśmiałości wyleczył ją dopiero syn. Kaia urodziła, gdy miała 27 lat, a jej kariera tkwiła w martwym punkcie. Z jego ojcem – fotografem Davidem Duganem – rozstała się niemal od razu po urodzeniu dziecka. Ale nigdy nie czuła się pokrzywdzona jako samotna matka.

Dzięki synowi przestała chować się przed ludźmi i znalazła swoje miejsce na ziemi. „W przeciwieństwie do mnie Kai jest bardzo towarzyski – opowiadała. – Zaczęliśmy otaczać się ludźmi. Bez tego nie odważyłabym się zagrać tych wszystkich trudnych ról”.

Dziś, kiedy Jennifer ma na koncie Oscara, a każda jej rola jest wydarzeniem, trudno uwierzyć, że był czas, kiedy chciała rzucić aktorstwo. Po skończeniu studiów i przed urodzeniem dziecka Jennifer dostawała co prawda propozycje ról, ale wszystkie były rozczarowujące. Jeśli była nadal znana, to tylko jako dawna dziecięca gwiazdka. Doszło do tego, że wstydziła się tego, co robi: „Grałam w takich filmach, na które sama bym nie poszła do kina” – tłumaczyła.

Po kilku rolach stało się jasne, jakie obrazy ją interesują: mroczne, pełne dramatu i bólu. Przełomem było „Requiem dla snu”. Zagrała w nim uzależnioną od narkotyków projektantkę mody, która prostytuuje się, żeby zdobyć narkotyki. Wtedy świat na nowo zauważył talent Connelly. Zaczęła dostawać scenariusze na miarę swoich możliwości. Za rolę Alicii Nash, żony szalonego naukowca w „Pięknym umyśle”, dostała w 2001 roku Oscara i Złoty Glob.

Z dnia na dzień trafiła do aktorskiej pierwszej ligi, ale też przylgnęła do niej etykietka aktorki dramatycznej. Co prawda pojawiły się też inne propozycje – zagrała dziennikarkę w „Krwawym diamencie” u boku Leonarda Di Caprio, wystąpiła też w ekranizacji komiksu „Hulk”, jednak to wyjątki. Większość ról, w tym ta ostatnia z „Drogi do przebaczenia”, należy do gatunku „cierpiętnicznych”.

 

OSCAR I MĄŻ „Piękny umysł” był punktem zwrotnym w jej życiu. Nie tylko zawodowym. „Dzięki temu filmowi dostałam Oscara, ale też znalazłam męża” – żartowała Jennifer.

Mąż, Paul Bettany, Brytyjczyk o ujmującym poczuciu humoru, od razu wpadł jej w oko. Chłodny i zdystansowany znakomicie łagodził napięcia na planie, był przeciwwagą dla wybuchowego Russella Crowe’a. Jednak jak zapewniają, na planie byli tylko przyjaciółmi. Oboje mieli partnerów. Kiedy on wyjechał do Anglii, a ona do Nowego Jorku, niemal codziennie do siebie dzwonili. Te rozmowy stawały się coraz ważniejsze. Wkrótce ich dotychczasowe związki rozpadły się. Niedługo po pierwszej randce wzięli w Szkocji skromny ślub. „Od razu wiedziałam, że to ten jedyny. Nie pomyliłam się. Jestem z nim szczęśliwa” – mówiła Jennifer.

ZAWSZE RAZEM Zdecydowali, że zamieszkają w Nowym Jorku. Kupili najładniejszy dom w snobistycznej części Brooklynu – Park Slope. Jennifer wychowała się na Brooklynie i z niewielkimi przerwami jest mu wierna. W 2003 przyszedł na świat ich syn Stellan. Rodzice robią wszystko, żeby nie fundować dzieciom życia na walizkach. „Najchętniej zabierałabym ich wszystkich ze sobą, ale mają własne życie – nie chcę, żeby Kai tracił kontakt ze szkołą i kolegami” – mówi, mając pewnie w pamięci własne doświadczenia z dzieciństwa.

Jennifer i Paul ustawiają pracę nad swoimi filmami tak, żeby jedno z nich zawsze było w domu. Jednak z nich dwojga to Jennifer zrobiła prawdziwą karierę i to ona częściej musi odmawiać. Paul jest znakomitym aktorem, znanym szerokiej publiczności między innymi jako mnich morderca z „Kodu Da Vinci”. Nie brakuje mu talentu, ale ma typowo brytyjskie ironiczne podejście do życia: „W Anglii nie wypada pokazywać, że na czymś ci zależy” – tłumaczył różnicę między sobą a żoną. Ona lubi mieć wszystko pod kontrolą. On ma dystans do życia. Kiedy ona wybiega do pobliskiego Prospect Parku na wyczerpujące sesje joggingu, czasami spotyka Paula na spacerze z dzieckiem i... papierosem. Może dlatego tak dobrze się dogadują.