Aktorka od trzech lat spędza w Londynie dwa tygodnie wakacji. W ubiegłym roku do wakacyjnych pobytów doszły również zawodowe – na planie serialu „Londyńczycy”. Wkrótce mają powstać kolejne odcinki, więc Maja powoli staje się tu rezydentką. Na początku szalała po sklepach na Oxford Street. Kiedyś jednak dostała reprymendę od sponsora wyjazdów, czyli mamy: „Jak można lecieć trzy tysiące kilometrów tylko po to, żeby wrócić z torbą pełną nowych ubrań!”. I zaczęło się. Im lepiej Maja poznawała Londyn, tym ciekawszy jej się wydawał. Fascynowały ją związki tradycji ze współczesnością, połączenie starej architektury z nowoczesnymi wnętrzami, a także sztuka. Podobało jej się, że na ulicy widać ludzi różnych narodowości, a każda z nich wzbogaca to miasto swoją kulturą, tradycją i historią.

Lista jej ulubionych miejsc w Londynie jest długa. O wiele za długa jak na trzy dni naszego pobytu. Po namyśle redukujemy więc program. Zapewniam: takiej trasy wycieczkowej nie znajdziecie w przewodnikach!

Sklonujmy muzeum

Podbój Londynu zaczynamy od muzeum. Ale jakiego! W Natural History Museum (Muzeum Historii Naturalnej) przy Cromwell Road można zobaczyć wszystko, co wiąże się z życiem na naszej planecie. Począwszy od usytuowania Ziemi w kosmosie i budowy planety, przez rozwój wszystkich gatunków, na objaśnianiu tajemnic narodzin człowieka i jego śmierci skończywszy. Niepotrzebne są bilety, gdyż wstęp, jak do większości tutejszych muzeów, jest bezpłatny. Całość zaś bardziej niż z muzeum kojarzy się z wesołym miasteczkiem: jedyne w swoim rodzaju ekspozycje, mnóstwo interaktywnych gier i filmów. Zwiedzających wita 26-metrowy szkielet dinozaura. Snujemy rozważania o możliwościach sklonowania takiego giganta. Nieopodal atrakcja: można nie tylko zobaczyć, jak się poruszał inny z gadów – zrekonstruowany przez naukowców T-Rex, ale i jak brzmiał jego głos. Robi wrażenie! Ulubiony dział Mai to „Ziemia” m.in. z symulatorem trzęsień ziemi, dzięki któremu każdy zrozumie ich powstawanie. Z kolei w części „Życie ludzkie” w centrum zainteresowania jest mózg. Można skontrolować jego pracę, rozwiązując łamigłówki lub poddając testom pamięć. Zabawa łączy się z nauką.

Wieczór spędzamy w pubie przy jabłkowym piwie z malinowym sokiem. Przyszłyśmy tu bardziej dla klimatu niż piwa. Pub jest utrzymany w stylu wiktoriańskim – drewniane meble, wygodne miękkie kanapy. Brytyjka przy stoliku obok żali się, że młodzi omijają dziś takie miejsca. Wolą nowoczesny design typu biel, szkło i metal.

Zakupoholiczki i nędznicy

Old i New Bond Street to miejsce, gdzie można zrobić najelegantsze zakupy w mieście. Uwagę zwracają nie tylko wystawowe okna z kreacjami najlepszych światowych marek, ale i świetnie ubrani przechodnie. Jak mało gdzie w Europie widać tu klasę średnią. Na widok wystaw Maja tylko wzdycha. Kolejną elegancką ulicą, Regent Street, idziemy do sklepu z czekoladkami Godiva, według chłopaka Mai najlepszymi na świecie. Z wystawowego okna wabią nas dorodne truskawki w czekoladowej polewie. Maja zaczyna je łapczywie jeść, a w pustym sklepie naraz robi się tłoczno. Jest świetną reklamą! Miły menedżer sklepu nagradza dziewczynę kubeczkiem kremu z białej czekolady.

Jak zakupy, to na całego! Po lunchu korzystamy z oferty Urban Gentry Tour (www.urbangentry.com). Chcemy zakosztować życia zakupoholiczki. To zorganizowana forma shoppingu po najatrakcyjniejszych londyńskich butikach. Dostępne są trzy opcje – spacerowa, zmotoryzowana albo łączona. Można też wybrać miejsca, które chce się odwiedzić. Wybrałyśmy wariant spacerowy i trzy butiki: Ollie & Nic, Koh Samui i KJ’s Laundry. Prowadzi nas do nich ciemnoskóra menedżerka. W Ollie & Nic Maja z wrażenia ląduje na sofie pomiędzy torbami. A to dopiero początek! Stroje, które widzimy w kolejnych butikach, zaspokoją gusty najwybredniejszych klientek. Stałym gościem KJ’s Laundry jest m.in. Keira Knightley, a w Koh Samui zakupy robi piosenkarka o aksamitnym głosie Norah Jones i modelka Kate Moss. Norah lubi styl grunge, Kate zaś wybiera stroje uszyte z fantazją: szorty, kamizelki, wymyślne sukienki. A takich w butiku nie brakuje, często szyte są ręcznie w jednym egzemplarzu. Są tu projekty m.in. Chloé, Acne Jeans, Eley Kishimoto i Tsumori Chisato. A także buty, torby, oryginalna biżuteria i dodatki, np. kokardy do włosów za jedyne… 500 funtów.
Maja przymierza jedną kreację po drugiej. Na tym się jednak kończy. Najtańsza bluzeczka na ramiączkach kosztuje 150 funtów!

Wieczór spędzamy w Queen’s Theatre na West Endzie. Maja, która zamierza zostać zawodową aktorką, wybrała musical „Les Misérables”. Kto wie, może w przyszłości w nim wystąpi? Niedawno dyrektor warszawskiego Teatru Roma zawarł z brytyjskim producentem umowę na wystawienie „Nędzników” w Warszawie w 2010 roku. W holu teatru tłum (choć bilety nie są tanie – 15–55 funtów). Zobaczyć musical na West Endzie to przeżycie. Wzruszająca opowieść o zbiegłym galerniku, w której tło historyczne tworzy XIX-wieczna Francja, została wystawiona perfekcyjnie. Nic dziwnego, spektakl wyprodukował słynny Cameron Mackintosh i Royal Shakespeare Company. I mimo że od premiery minęły już lata, „Les Misérables” wciąż jest najpopularniejszym musicalem na Wyspach Brytyjskich, a na nowojorskim Broadwayu zajmuje trzecie miejsce.

Vintage w kosmicznym stylu

 

Następnego dnia postanawiamy zmienić klimat. Jedziemy na targ w Camden Town. Można tu kupić wszystko i to po niższych niż w centrum cenach. Są ubrania vintage w świetnym gatunku (np. w Annie’s Vintage Clothes) i współczesna tandeta, szlachetne tkaniny i odblaskowy plastik. A także bary wszystkich bodaj kuchni świata. Maję zachwyca atmosfera luzu i wolności. Część sklepików mieści się w stylowych wiktoriańskich budynkach, część to zwyczajne bazarowe stragany. Maja w jednym ze sklepików wypatrzyła strój brazylijskiej tancerki z karnawału w Rio i kusą sukienkę w stylu marines. Idealne na przebieraną imprezę! Po wynegocjowaniu ceny sukienka ląduje w jej torbie. Zupełnie inny charakter ma targ na Portobello Road (przedłużenie Notting Hill, na pewno pamiętacie klimat tej ulicy z romantycznej komedii z Hugh Grantem). Tu zbierają się koneserzy. Szukają antykwarycznych rarytasów, starych mebli i dobrego malarstwa. Na wysokości wiaduktu Westway ciekawostka: swoje kreacje sprzedają młodzi projektanci mody. Warto im się przyjrzeć, zanim trafią do któregoś z butików, po których urządzane są objazdy.

Zmęczona Maja siada na krawężniku. I nikogo to tutaj nie dziwi. Po lunchu zostaje nam ostatnia atrakcja – London Eye, koło widokowe wysokie na 135 metrów (bilet 15 funtów). Postawiono je na cześć nowego tysiąclecia na południowym brzegu Tamizy, między mostami Westminster i Hungerford. London Eye przypomina diabelski młyn z lunaparku. Do koła przymocowane są 32 klimatyzowane kapsuły z przejrzystego tworzywa. Całość obraca się z prędkością 0,9 km/godz., a pełny obrót trwa 30 min. Wsiadamy w ruchu, gdyż koło nigdy się nie zatrzymuje. Czujemy się trochę jak uczestniczki kosmicznej podróży. Po kwadransie jesteśmy na szczycie. Przed nami panorama Londynu. Widoczność przy dobrej pogodzie dochodzi do 48 km! Maja fotografuje: malutkie barki płynące po Tamizie, gmach parlamentu ze słynnym Big Benem wielkości pudełka zapałek, opactwo westminsterskie, pałac Buckingham, katedrę św. Pawła, Covent Garden, British Museum… Nietypowy Londyn? Bez Tower Bridge, Muzeum Figur Woskowych i Tate Gallery? Ależ Maja zamierza tu jeszcze nieraz przyjechać!

PS. Więcej informacji o Wielkiej Brytanii i Londynie na stronach www.visitbritain. pl lub www.visitlondon.com.