W jakim momencie życia jesteś teraz?

Wspaniałym. Cieszę się, bo spełniam swoje marzenia. Na co dzień nie mam czasu, żeby tak przysiąść sobie na chwilkę  pokontemplować. Dzieci są małe, zawsze jest mnóstwo zawirowań, brakuje nawet czasu na sen. Pamiętam, że w którąś niedzielę miałam czterogodzinną próbę do „Tańca z gwiazdami”. W czasie przerwy stanęłam na chwilkę przy otwartym oknie z Klaudią Halejcio. Była taka piękna, słoneczna pogoda. Poczułam się naprawdę szczęśliwa i powiedziałam wtedy do Klaudii: „Boże, jak my powinnyśmy dziękować Bogu za to, że możemy robić takie wspaniałe rzeczy, że żyjemy w pięknie i dajemy piękno ludziom”. Reżyser serialu o Annie German powtarzał mi: „Nie będziesz pamiętać złych rzeczy. Tego, że teraz cierpisz, że jest ciężko, źle. Będziesz pamiętać, że było pięknie”. Miał rację. Bardzo się cieszę z każdego piątku, kiedy wychodzimy z Rafałem (Maserakiem, jej partnerem z „Tańca z gwiazdami” – przyp. red.) na scenę. Dla mnie to taka nagroda  za łzy, ból, nerwy na treningach. W końcu mogę być spokojna, piękna. Na co dzień nie mam czasu tak się stroić, czesać, a tam sztab ludzi o mnie dba. Czuję się jak księżniczka.

Brawurowo zatańczyłaś rumbę. Beata Tyszkiewicz powiedziała, że jesteś „żywą reklamą najlepszych perfum Chanel”.

Te słowa to też wielka nagroda. Świetnie mi się tańczyło. Czułam przyjemność z każdego ruchu. Rumba to taniec namiętności, w którym kobieta uwodzi mężczyznę. Rafał mówi mi, że w piątkowy wieczór mam zapomnieć o wszystkich technicznych rzeczach i oddać się tańcowi. Wspaniale potrafi mnie otworzyć. Ostatnio mi powiedział: „Zobacz, jak ty się zmieniasz”.

Też to widzisz?

Jestem odważniejsza w seksownych ruchach, tych różnych skomplikowanych wygięciach. Sama siebie o to nie podejrzewałam, że ja, matka dwójki dzieci, tak potrafię. A tu odkrywam w sobie – jak powiedział jeden z moich kolegów – „demona seksu”. (śmiech) Cieszę się, że widzowie mogą teraz zobaczyć, że ja nie jestem Anną German. Zagrałam tę rolę, ale ja, Joanna Moro, mam różne oblicza, różne twarze. W każdym tańcu mogę pokazać inną siebie. Czuję się spełniona, kiedy widzę, że ludziom się podoba, że publiczność klaszcze, uśmiecha się. To mi daje największą radość, siłę, energię. Słyszę zarówno od męża, jak i od Rafała: „Jaka ty jesteś odmieniona, promienna”.

Ile godzin dziennie ćwiczysz?

Trzy godziny każdego dnia, nawet   w niedzielę. To jest ogromnie ciężka praca. Są nerwy, łzy, pot. Lubię się zmęczyć, czuć, że moje ciało jest rozgrzane. Wtedy jest chętniejsze do wykonywania ruchów, które są mi obce. Nie ma w nim oporu, że czegoś nie zrobi. Fajne uczucie, kiedy ciało się całkowicie poddaje. Nie znałam tego wcześniej. Zauważyłam, że świetnie nam się ćwiczy w sobotę, po największych emocjach, największym zmęczeniu piątkowego występu. Czuję wtedy najlepszą energię. Niedziela jest najgorsza. (śmiech)

Bardzo chcesz wygrać?

Na pewno chcę jak najwięcej się nauczyć, jak najwięcej przeżyć. Mam marzenie, żeby zatańczyć w finale, zaprosić rodzinę, przyjaciół. Adam Król – mój znajomy, mistrz tańca – mówi, że przyjdzie tylko na finał, reszta go nie interesuje. (śmiech)

A mąż?

Bardzo chce przyjść na cza-czę. Wybierał piosenkę do tańca razem z Rafałem. Na plotkarskich portalach piszą bzdury, że mąż jest zazdrosny. Śmieszy nas to. Mirek jest dojrzałym, poważnym mężczyzną, starszym ode mnie o jedenaście lat. Wie, jaki jest mój zawód, przeszedł ze mną Akademię Teatralną, serial. Ufamy sobie. Bardzo mnie dopinguje, kiedy zaczynam marudzić, że nie mam już sił. Jest taką moją ostoją. Jestem mu bardzo wdzięczna, że kiedy czuję się wyczerpana emocjonalnie, fizycznie, umyje dzieciom zęby, poczyta książeczkę. Nigdy nie robi mi wyrzutów, że nie ma mnie w domu, bo znowu muszę lecieć na próbę.

 

Taniec zawsze sprawiał Ci przyjemność?

Mama każdego roku obowiązkowo zabierała mnie i siostrę na „Dziadka do orzechów”, „Jezioro łabędzie”, „Romea i Julię”. Wprawdzie wybrała sobie bardzo przyziemny zawód, jest księgową, ale zawsze pociągała ją sztuka, tańczyła w polskim zespole ludowym Wilia. Tam poznała tatę, który śpiewał  w chórze. Do dziś kręci mi się łezka  w oku, kiedy słyszę arię ze „Strasznego dworu” i przypominam sobie mamę, jak wychodziła na scenę w ślicznej, białej sukience. Jeszcze w przedszkolu chodziłam na zajęcia baletowe. Ale średnio to lubiłam. Przed każdym baletem mama musiała mnie zachęcać ciastkiem. Pamiętam do dziś przepyszną tartę z dżemem i pianką bezowo-śmietankową, którą mama kupowała mi w Pałacu Związków Zawodowych. Już po zajęciach musiała mnie nieść do domu na barana. W końcu dała mi spokój z baletem. Ja zdecydowanie wolałam reżyserować spektakliki domowe. (śmiech) Na uroczystościach rodzinnych rozdawałam role, każde dziecko robiło to, co umiało najlepiej. Śpiewaliśmy, recytowaliśmy wiersze Tuwima, ja grałam na akordeonie. W starszych klasach uczyłam się tańca, chodziłam na basen, chór, do szkoły muzycznej, na kółko teatralne, zajęcia z malarstwa, a nawet szydełkowałam. Wszystkiego chciałam spróbować. Zostało kółko teatralne. Już wtedy podobał mi się kontakt z publicznością. Jeździliśmy na festiwale do Polski, zajmowaliśmy czołowe miejsca. Niektóre wiersze znam na pamięć do dziś.

Trudno było być Polką na Litwie? Miałaś problemy z powodu swojego pochodzenia?

W tamtych czasach absolutnie nie.   Zawsze głośno mówiłam, że jestem Polką. Nigdy się tego nie wstydziłam. I nikt tego źle nie odbierał. Chodziłam do polskiego przedszkola, polskiej podstawówki. Języka litewskiego nauczyłam się dopiero w trzeciej klasie. Chodziłam do litewskiej szkoły muzycznej. I maturę z litewskiego zdałam najlepiej z całej klasy. Trochę mi szkoda, że nigdzie nie wykorzystuję znajomości języka. Cieszę się, że zostałam teraz zaproszona na koncert kanonizacyjny Jana Pawła II na krakowskich Błoniach, gdzie będę czytała po polsku i litewsku. 

Jakie obrazy z dzieciństwa wracają do Ciebie najczęściej? Co najchętniej wspominasz?

Najczęściej widzę swoje Wołokumpie nad przepiękną rzeką Wilią, gdzie spędzaliśmy lato. Dzisiaj rodzice mają tam dom, kiedyś to był stary, drewniany, letniskowy domek dziadka. Zjeżdżała się cała rodzina. Pamiętam sąsiadów, pikniki nad rzeką, koszenie trawy, krowy pasły się na łąkach, kury chodziły w ogrodach. I wielki spokój. Tamtego świata już nie ma… Pamiętam, jak cudnie pachniała łąka. Godzinami zbierałam kwiaty, robiłam bukiety z dzwoneczków, sasanek. Rozstawiałam je w całym domu i marzyłam, że kiedyś będę miała kwiaciarnię. Tata się denerwował, że kwiatów wszędzie pełno, a ja zapominałam je podlewać. (śmiech) Dokładnie wiedziałam, jak nazywają się kwiaty, drzewa, ptaki. Mój ojciec chrzestny jest biologiem, lubiłam z nim spacerować, podglądać przyrodę. Z tatą często jeździłam na ryby.

Tęsknisz za Wilnem?

Nie, ja w ogóle nie tęsknię. Musiałam się tego nauczyć, inaczej nie mogłabym pracować. Bardzo było mi ciężko, kiedy przyjechałam do Warszawy na studia. Nagle w obcym mieście, sama, bez przyjaciół, rodziny, w wynajętym mieszkaniu z koleżankami,

których nie znałam. Od rana do wieczora zajęcia w szkole teatralnej. Pamiętam, jak musiałam przygotowywać etiudy z jakimiś przedmiotami, na przykład ze szczotką, dla której trzeba było znaleźć jak najwięcej zastosowań i jeszcze to uzasadnić, i zagrać pod muzykę. A wieczorem fuksówka, strasznie ciężka. Myślałam, że muszę się podobać wszystkim studentom, bo inaczej przepadnę. Codziennie wracałam do domu, płacząc.

Miałaś momenty, że chciałaś wracać do Wilna?

Często. Dzwoniłam wtedy do mamy i skarżyłam się, że jest mi bardzo ciężko, że już nie mogę tu wytrzymać. Mama mówiła: „Dobrze, pakuj walizki i wracaj do Wilna”. I wtedy myślałam: „Nie, za dużo już osiągnęłam. Nie mogę się poddać”. Ja tak mam, że jak jest źle, to w pewnym momencie otrząsam się, przestaję płakać, twardo staję na nogach i mówię sobie: „Dam radę”.

 

A w czasie zdjęć do serialu o Annie German miałaś chwile załamania?

Miałam w czasie nocnych zdjęć we Lwowie. Reżyser był bardzo wymagający, potrafił nocami do mnie dzwonić, że zmienia mój jutrzejszy tekst. Czasem tego nie czułam, improwizowałam na planie. Wtedy we Lwowie była minusowa temperatura, a my graliśmy lato i najbardziej romantyczną scenę w serialu – pierwszego pocałunku Ani i Zbyszka. W deszczu, nocą. Nad tą jedną sceną pracowaliśmy trzynaście godzin. Wielokrotnie zmienialiśmy światło, zdejmowałam i wkładałam mokre ubranie. Psychicznie byłam wykończona. Wróciłam do hotelu o ósmej rano, potwornie zmęczona. Zadzwoniłam do męża, że już nie daję rady, że zapłacę karę za zerwanie zdjęć, ale nie chcę już się tak męczyć dla filmu, który nawet nie wiem, czy będzie dobry, czy się ludziom spodoba.

I co na to mąż?

Powiedział: „Ogarnij się, dziewczyno, co ty w ogóle gadasz”. Zawsze potrafi postawić mnie do pionu. Ciężko było, kiedy kręciliśmy w Kijowie sceny powypadkowe i musiałam leżeć w mokrym gipsie. Reżyser zadecydował, że ma być prawdziwy, nie sceniczny. Pół godziny wchodziłam do tego gipsu. I leżałam tak cztery godziny. W dodatku ujęcia wielokrotnie powtarzaliśmy i to przez kilka dni. Czułam się strasznie, taka totalnie zamknięta.

Jak to właściwie jest, kiedy w wieku 27 lat dostajesz rolę życia?

To niesamowite, ale ja już po castingu czułam, że coś mi się w życiu zmienia i zaczyna się coś bardzo ważnego. Pamiętam, jak strasznie bolała mnie głowa, byłam bardzo rozemocjonowana. Pojechałam na święta do babci i wtedy zadzwoniła agentka: „Joasiu, pytają, jaką masz stawkę”. Na ostateczną odpowiedź, że zagram w tym serialu, czekałam pół roku. Z nikim nie chciałam o tym rozmawiać. Rodzina wiedziała tylko tyle, że byłam na jakimś castingu. Taka już jestem, że jak coś jest dla mnie bardzo ważne, nie lubię o tym mówić. Tak też było, kiedy dostałam się do szkoły teatralnej w Warszawie. Okrzyk radości był we mnie głęboko schowany, żeby tylko niczego nie zapeszyć. Cicho się cieszę.

Jak się wraca z wielkiej, trudnej roli do szarej codzienności?

Na początku trudno mi było znowu być tą Joasią, która jest w domu, wypije z mężem herbatę, pobawi się z dziećmi. Musi minąć trochę czasu, żeby wyjść z roli. I niczego tu nie da się przyspieszyć.

Rola Anny German zmieniła Cię? Jej doświadczenia w czymś Ci pomogły?

Kiedy moja koleżanka ze szkoły w Wilnie przyjechała na jeden z odcinków „Tańca z gwiazdami”, powiedziała mi: „Obawiałam się, kogo spotkam, a ty jesteś zupełnie taka sama, jak w szkole. Z tymi swoimi wariactwami, niefrasobliwością, problemami. Nic się nie zmieniłaś”. Na pewno Anna nauczyła mnie spokoju, dystansu do tego, co niesie życie. Przecież przeżyłam z nią wszystko, i chwile piękne, i trudne, tragiczne – wielokrotne rozstania z mężem, kiedy wyjeżdżała na koncerty, wypadek, chorobę, śmierć. Wiem, że najważniejsza w życiu jest harmonia. Staram się nie stresować. Kiedy mam dosyć Warszawy, czuję się zmęczona, uciekam do Wilna. Ale długo tam nie usiedzę. Potrzebuję zmian, lubię poczuć adrenalinę. Lubię być wolna, czuć się jak ptak. Rafał Maserak mówi, że jestem taka z kosmosu. (śmiech)

To znaczy jaka?

Najlepiej chyba określa mnie angielskie słowo „wild”, czyli dzika, szalona. Trochę taka, jak ta mała Joasia, która w dzieciństwie siedziała na sośnie i patrzyła na Wilię zmywającą brzeg. Na urwisku widziała gniazda jaskółek… Zawsze wiedziałam, że chcę wejść wysoko, ale tak, żeby móc stamtąd zejść na ziemię. Nie upadając.

Czyli jesteś szalona i racjonalna. Nie biegniesz za czymś, co nieosiągalne?

Nie. Spełniam marzenia, chcę czasem przekroczyć granice, ale to wszystko jest pod kontrolą.

 

Boisz się, że na wiele lat możesz zostać Anną German, że ta rola stanie się szufladką, z której trudno wyjść?

Los dał mi tak nieprawdopodobnie dużo. Tyle przeżyć, miejsc, wspaniałych ludzi. Doceniła mnie publiczność. Dlaczego mam się bać?

Czekasz na następną wielką rolę?

Oczywiście, że czekam. Ale jeżeli nie przyjdzie, trudno. Teraz gram główną rolę w rosyjskim serialu. Piękna, trudna historia artystki rewiowej, która musi się odnaleźć w realiach powojennego Związku Radzieckiego. Przyjeżdża z Włoch i zmaga się z komunistyczną rzeczywistością. Trafia do więzienia, tam przechodzi piekło, ale nie załamuje się. Później ma możliwość powrotu do Włoch. Jeszcze nie wiem, jak ta historia się skończy. Na początku czerwca mam kilka dni zdjęć we Włoszech.

Twój występ w „Tańcu z gwiazdami” budzi ogromne emocje widzów i mediów. Lubisz popularność, która się z tym wiąże?

Zdecydowanie nie. Od następnego sezonu chciałabym zamknąć się w teatrze. Jestem już po rozmowach z Teatrem Polskim w Warszawie. Mówią, że widzą mnie w klasycznym repertuarze. Mam mocny głos, jestem duża. Zobaczymy. Cieszę się, kiedy mogę pojechać do Rosji czy na Ukrainę, bo tam jestem anonimowa, mogę normalnie chodzić po mieście, spokojnie wypić kawę. Nikt nie robi mi zdjęć na ulicy. A bardzo tego nie lubię. Zaraz po emisji serialu chciałam być taka dostępna, otwarta, miła, jeśli gdzieś mnie zapraszali, często nie miałam już ani siły, ani ochoty, ale szłam.

Nie czułaś się dobrze na bankietach, w rubrykach towarzyskich?

To nie moja bajka. Jeżeli to impreza, na której są moi znajomi, ludzie, z którymi mogę porozmawiać, chętnie pójdę. Lubię zmienić się na takie wyjście, założyć wysokie obcasy, piękną suknię. Ale jeżeli mam tylko robić sobie zdjęcia, udać, że jest fajnie i wrócić do domu, to dla mnie marnowanie czasu. 

Nigdzie nie widziałam Twoich zdjęć z mężem, dziećmi. Nie zgodzisz się na sesję okładkową z synami?

Nigdy. Wielokrotnie miałam propozycje rodzinnych sesji, wywiadów. Wspólnie z mężem ustaliliśmy, że dla naszego dobra rodzina nigdzie nie zostanie pokazana.

Obawiasz się, że to mogłoby coś zepsuć?

Mogłoby wywrócić nasz porządek domowy, a naprawdę bardzo bym tego nie chciała. To moja prywatna sprawa, jak my sobie z mężem żyjemy. Jest nam dobrze, ale nie chcę ujawniać żadnych swoich sekretów. Już powiedziałam, że nie mówię o rzeczach, które są dla mnie ważne.

 

Twój mąż też pochodzi z Wilna. Jak właściwie się poznaliście?

W warszawskim Teatrze Rozmaitości na „Makbecie”. Zamiast na próbę etiudy poszłam z koleżanką ze szkoły teatralnej na przedstawienie. I tam spotkałam mamę Mirka. Uczyła w tej samej szkole w Wilnie, do której chodziłam. Wtedy w teatrze powiedziała mi: „Joasiu, wszyscy ci kibicujemy, trzymamy za ciebie kciuki. To jest mój syn, już dziesięć lat mieszka w Polsce, we wszystkim ci pomoże”. Po spektaklu odwieźli mnie do domu, a miesiąc później Mirek zadzwonił. Ale nie mogłam się wtedy spotkać. Czułaś, że to „ten” mężczyzna? Zupełnie nie. Drugi raz Mirek zadzwonił po trzech miesiącach. Poszliśmy z jego znajomymi na koncert Stinga. Potem zaprosił nas do mieszkania na herbatkę. I tak się zaczęła nasza historia.

Święta wolicie spędzać w Warszawie czy z rodziną w Wilnie?

Nigdy nie zdarzyło mi się, żebym na Wielkanoc nie była w Wilnie. W niedzielę całą rodziną idziemy do kościoła ze święconką i na procesję. Śniadanie jemy albo u moich rodziców, albo rodziców Mirka. Babcia Janina przygotowuje wszystkie dania Przepyszne ogromne kawały mięs, takie jak z kuchni staropolskiej, mięsne rolady z bakaliami, galarety, jajka. Obowiązkowo sernik i przepyszne wielkie buły drożdżowe z cynamonem, rodzynkami i różnymi smakowitymi dżemami. Przywożę je do Polski. Babcia mnie rozpieszcza. Często przesyła mi kiełbaski własnej roboty pierożki z mięsem i kapustą, które uwielbiają moje dzieci.

W wieku 30 lat masz wszystko – sukces, rodzinę, zdrowie. Wierzysz w przeznaczenie?

Wierzę i w przeznaczenie, i w spełnianie własnych marzeń, ambicji. Tak, mam dużo. Ale to nie jest tak, że moje życie jest tylko piękne i wspaniałe. Wiele jest w nim trudnych spraw, o których nie chcę mówić.

Jesteś szczęśliwa?

Tak, bo czuję się wolna. Lubię pójść do kościoła i podziękować za to, co mam. Bardzo się boję, co może przynieść los. Dlatego też nie lubię głośno mówić, że wszystko jest dobrze, bo czasem wystarczy chwila i wszystko można stracić.