GALA: Od Twojej wyprawy do Indii minęło kilka miesięcy. Ta podróż jest już tylko wspomnieniem?

Joanna Przetakiewicz: Decyzja o udziale w programie była jedną z najlepszych w moim życiu. A jak to z najważniejszymi wydarzeniami w życiu bywa, potrzeba dystansu, by naprawdę je zrozumieć. Najpierw trzymała mnie adrenalina, potem przyszły emocje: euforia albo melancholia, a w końcu, nie dzień po powrocie, a nawet nie kilka dni po, przyszła refleksja. Dopiero niedawno dotarło do mnie, jak dużo mi ten program dał.

Czego nauczyłaś się w Azji?

Wyprawa była sprawdzianem sił. Fizycznych i psychicznych. Nigdy wcześniej nie stawałam przed takimi wyzwaniami. Nie uprawiam sportów ekstremalnych. Ba, nigdy nawet nie byłam na wakacjach z plecakiem ani pod namiotem. Ale, nie, po powrocie nie miałam potrzeby, żeby wyrzucić połowę rzeczy z szafy. Doceniam i szanuję to, co mam.

Jak chciałabyś być odebrana  przez widzów?

Kamera była w nas wycelowana przez większość dnia, więc nie mogliśmy grać. Nic w tym programie nie jest wyreżyserowane. Chociaż uważam się za osobę, której nie brakuje dystansu do siebie. Wiedziałam, że łatwo będzie narazić się na śmieszność, cięte komentarze czy krytykę.

Trzeba było lubić siebie?

Tak, to podstawa.

W życiu kieruję się dewizą: zamiast liczyć na innych, naucz się liczyć na siebie. Do siebie przede wszystkim miej pretensje, gdy się  nie uda. I sobie zawdzięczaj sukces,  kiedy go osiągniesz.

Co było pierwszą rzeczą, którą zrobiłaś po powrocie z Azji?

Pojechałam do biura. Był piątek po południu. Myślałam, że wpadnę tylko na chwilę, ale nie wyszłam z pracy do niedzieli do wieczora. Po powrocie sześć kilogramów chudsza, niewyspana, a trzeba było przygotować pokaz. Nie, nie będę się skarżyć. Z radością od razu wpadłam w wir pracy.

A nie brakowało Ci jej w Azji?

Nie, to był prawdziwy detoks. Odpoczęłam też od maila, telefonu, WhatsAppa. Bez GPS-a, telefonu i komunikatorów mogłam się skupić na tym, by być, patrzeć, przeżywać, działać.

Nie bałaś się, że podczas gdy nie będzie Cię w Polsce, coś Ci umknie?

Nie, bo wierzę, że dojrzałe kobiety mogą więcej. Kiedyś nie mogłabym sobie nawet pozwolić na samotny wyjazd na miesiąc. Zawsze dużo dawałam  z siebie najbliższym. Dziś mam więcej swobody.

A kiedyś nie czułaś się wolna?

Zawsze byłam wolna, bo robiłam to, na co w danym momencie miałam ochotę. Wyszłam za mąż jako bardzo młoda dziewczyna. Na studiach urodziłam trójkę dzieci. Obroniłam magisterkę, skończyłam aplikację radcowską, założyłam pierwszy biznes. Czułam się spełniona. Moje poczucie szczęścia, od kiedy pamiętam, opiera się na tym, że wszystko, co robię, robię z pasją i zaangażowaniem. Wiele lat temu, gdy byłam  w trzeciej ciąży, jednocześnie pisząc magisterkę i rozkręcając firmę, przyjaciółka zapytała mnie, jakim cudem przy takiej ilości obowiązków zachowuję optymizm. Powiedziałam jej, że jest dokładnie odwrotnie: czuję się optymistką  i dlatego sobie radzę.

Co w Azji było dla Ciebie najtrudniejsze?

Brud, bo jestem pedantką. Ale też realne zagrożenie. Cudem uniknęłam śmierci. Gdyby nie nasz operator, Adam, zginęłabym pod kołami autobusu. W ostatniej chwili złapał mnie za plecak. Znajomi myśleli, że wrócę wykończona. A ja nie pamiętam, kiedy czułam się tak dobrze. Po powrocie do Warszawy ruszyłam do przodu z nową siłą, bo ten sprawdzian dodał mi pewności siebie.

A jak pozostałaś damą w tak niesprzyjających okolicznościach?

„Nietrudno być eleganckim w eleganckich okolicznościach”, powiedziałam  po wykonaniu zadania polegającego na sprzątaniu odchodów słonia. Okazuje się, że potrafię przeżyć miesiąc z jedną walizką, jedną tubką kremu, spać na podłodze i marzyć o prysznicu i umyciu włosów.

Były kryzysy. Było blisko płaczu. Przeżyło się. Wróciło. Żyję dalej.

Tęskniłaś za synami?

Moi synowie są dorośli, samodzielni, ale brakowało mi ich, oczywiście. Łączy nas szczególna więź.

Dorośli synowie często stają się opiekunami swoich mam, zwłaszcza tych, które samotnie ich wychowały. Tak jest i w naszym przypadku. Oni mnie szanują, ale też otaczają troską. Zawsze wspierali, wiedząc, że musiałam być dla nich ojcem i matką, więc starałam się dwa razy bardziej.

Wychowałaś ich na dojrzałych mężczyzn?

Przez to, że rozwiodłam się z ich ojcem, gdy byli jeszcze dziećmi, musieli szybko dojrzeć. To dla dzieci zawsze jest trudnym doświadczeniem. Przykro mi, że nie mogłam ich przed tym uchronić. Teraz się z synami przyjaźnimy.

Jestem mamą, która czasem zachowuje się, jakby była młodsza od nich. Razem wyjeżdżamy na wakacje. Mamy podobne  poczucie humoru, czytamy te same książki, wzruszają nas te same filmy.  Synowie przyjaźnią się z moimi przyjaciółmi, a ja świetnie dogaduję się z ich rówieśnikami.

Gdy najstarszy syn zapowiadał swoim znajomym mój przyjazd na wspólne wakacje, powiedział: „Mama przyjeżdża, teraz będziemy bawić się dłużej, imprezować więcej, zdecydowanie mniej spać”. Apetyt na życie to stan umysłu.

ZOBACZ TEŻ: Tak wyglądają synowie Joanny Przetakiewicz. Podobni do mamy?

Przyjaźnisz się z kobietami i mężczyznami po równo?

Mam więcej przyjaciółek, bo nam, kobietom, łatwiej przychodzi rozmowa o emocjach. Dzięki temu też żyje nam się łatwiej, mimo że często mamy więcej na głowie. Szybciej wyciągamy wnioski, idziemy do przodu, przepracowujemy problemy.

A w pracy otaczasz się ludźmi młodszymi od siebie? 

W świecie mody liczy się doświadczenie. Ale bardzo lubię pracować z młodymi ludźmi. Jeszcze nieobarczeni obowiązkami oddają się pracy z pasją  w stu procentach.

A Ty chcesz się ciągle rozwijać?

Tak, chcę być na bieżąco. Kiedy trzy lata temu pojechałam na studia podyplomowe do Międzynarodowego Instytutu Projektowania Mody we Florencji, znajomi pytali: „Po co? Przecież nikt nie zapyta cię o papierek”. Ale ja nie uczę się dla innych, tylko dla siebie. I nie dla samej wiedzy, ale po to, żeby dowiedzieć się przy okazji czegoś nowego. Również o sobie samej.

11 grudnia 2017 roku Joanna Przetakiewicz skończyła 50 lat! ZOBACZCIE, jak się zmieniała w naszej GALERII. Z okazji urodzin życzymy Joannie wszystkiego, co najlepsze i kolejnych sukcesów!