GALA: Usłyszała pani ostatnio jakiś komplement?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Ostatnio więcej ich słyszę niż przedostatnio. Co ciekawe, zarówno od mężczyzn, jak i od kobiet. Widać z wiekiem zyskuję. Ale zawsze miałam kłopot z przyjmowaniem komplementów.

GALA: Drażniło to panią?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Deprymowało. Teraz komplementy znoszę dzielniej. Chyba z wiekiem bardziej siebie lubię. Śmieję się, że jestem cennym egzemplarzem. I choć futerał z czasem ulega zniszczeniu, to w środku przecież stradivarius.

GALA: Takie myślenie o sobie przychodzi z czasem?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Czas pracuje na naszą korzyść. Przez lata poznajemy siebie w różnych sytuacjach. Nabieramy pewności, co jest dla nas ważne, co mniej. O co warto walczyć, a czego się wyrzec, co lubimy, a czego na pewno nie.

GALA: A pani czego na pewno nie lubi?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Kiedy na siłę chce mi się wmówić, że podoba mi się coś, co – wiem to na pewno – mi się nie podoba.

GALA: Dlaczego kobiety pozwalają sobie wmawiać różne rzeczy?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: To nie jest problem wyłącznie kobiet. Życie w małżeństwie jest dobrowolną umową dwojga zupełnie różnych ludzi. To, na jakie kompromisy się decydujemy, zależy od nas. Myślę, że w dużym stopniu ciąży na nas wzorzec wyniesiony z domu. Ja miałam zakodowaną taką rolę kobiety, jaką spełniała moja matka wobec mojego ojca. Na dom pracował ojciec, był inżynierem, mama zajmowała się domem i rodziną. Robiła to na bardzo wysokim poziomie: zawsze byłyśmy z siostrą schludne, z kokardami, koronkowymi kołnierzami, lekcje odrobione, maniery wyuczone, mąż był wyprasowany, w domu było ładnie i jakoś tak harmonijnie. Wiadomo było, co należy do spraw kobiety, co do mężczyzny. Był bardzo konkretny podział obowiązków na męskie i żeńskie. Moja mama nie znała się na wielu rzeczach, na których ja się znam.

GALA: Na przykład?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Ja się znam na wszystkim. Życie postawiło przede mną dodatkowe wyzwania: np. kupowanie domu, samochodu, budowanie, remontowanie, naprawianie, ubezpieczanie... Cała ta techniczno- organizacyjna strona życia w domu moich rodziców należała wyłącznie do ojca. W moim – do mnie.

GALA: Czy swoje życie zbudowała pani właśnie na kontrze do tego wzorca?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Starałam się uzupełnić talenty odziedziczone po mamie o zdolności, w które wyposażyły mnie geny ojca. To było dość wyczerpujące zadanie. Tym bardziej że zawód, który sobie wybrałam, nie sposób wykonywać od godziny 8 do 16.

GALA: Myślała pani o tym, że rozwód może przynieść kobiecie ulgę?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: (milczenie) To był jeden z najtrudniejszych momentów w moim życiu. Kiedy stawia nas ono w ekstremalnej sytuacji, staramy się zachować godnie. A to jest bardzo trudne. Bo jak się w górach odpada od ściany, to się czuje strach, wrzeszczy, przeklina... i za wszelką cenę walczy o przetrwanie. W tym locie w dół nikt nie wymaga od nas ,,ą” i ,,ę”. Rozwód jest bolesnym doświadczeniem, bo istnieje ogromny rozdźwięk pomiędzy emocjami, które nami szarpią, a zasadami i formami, których chcemy przestrzegać.

GALA: Taką trudną decyzję podejmuje się nagle?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Proszę nie żartować! Tylko w prasie brukowej życie biegnie w tempie bankietowym – od sensacji do sensacji. To, że „jakaś pani zdradziła pana czy też pan zdradził panią”, jest zwykle skutkiem, a nie przyczyną. Do rozstania, po tylu latach spędzonych wspólnie, nie dochodzi pod wpływem impulsu. Byłoby to zbyt prymitywne.

GALA: Czy zawsze jest taki moment, kiedy chce się ratować małżeństwo?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Do tego potrzebna jest praca obojga partnerów, która wymaga krytycznego spojrzenia na siebie. Nie każdego na to stać. Ale nadużyciem byłoby mówienie tutaj o ojcu moich dzieci. Mogę mówić tylko o sobie.

GALA: Porozmawiajmy zatem o pani.

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Miałam to szczęście – tak o tym myślę – że przeżyłam z mężem piętnaście lat. Wbrew temu, co usiłuje mi wmówić prasa kolorowa, był to mój jedyny mąż. Wyszłam za niego z wielkiej miłości, miałam poczucie, że byłam kochana. Przeżyłam wiele pasjonujących lat ze świadomością, że mam obok siebie niezwykle interesującego człowieka. Jego przewaga doświadczenia, lat, intelektu była inspirująca. Nigdy się z nim nie nudziłam. Uwielbiałam nasze wieczorne rozmowy. Teraz mi ich brak. Ale może jeszcze dojdziemy do tego, że znowu będziemy umieli ze sobą rozmawiać, np. przez telefon? Myślę, że byliśmy bardzo fajną parą...

GALA: Aż do momentu?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Założenie rodziny było najmniej udanym etapem wspólnego życia. Dopóki byliśmy tylko we dwójkę, to była nasza sprawa, jak żyjemy, jak się bawimy, na co się godzimy. W momencie kiedy pojawia się na świecie dwóch małych chłopców, nasze życie – czy tego chcemy, czy nie – staje się życiem rodziców, którzy od rana do wieczora swoim zachowaniem dają tym dzieciom przykład. I albo im fundujemy uśmiech, zainteresowanie, ciepło, czyli piękne dzieciństwo, albo im fundujemy trudne dzieciństwo. Ja uznałam, że chcę dać moim dzieciom piękne dzieciństwo. I to jest cała tajemnica naszego rozstania. Innej tajemnicy tu nie ma.

GALA: Mężczyźni zarzucają nam, że dzieci są dla nas ważniejsze od nich?

 

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: To się nazywa triumf egoizmu nad odpowiedzialnością. Założenie rodziny to wielkie zobowiązanie. Miłość dziecka nie daje podobnej satysfakcji jak miłość dwojga kochanków. Tej miłości trzeba się uczyć. Towarzyszy jej trud codziennych, często nudnych, powtarzalnych zajęć. Dziecku nie można powiedzieć: "Słuchaj, kochanie, jest czwartek, mam kaca, boli mnie głowa, nie chce mi się wstać, żeby odprowadzić cię do szkoły”. Tak się nie da.

GALA: Istnieje jeden dobry model rodziny?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Istnieje. Taki, w którym ludzie się szanują i mają do siebie zaufanie. Reszta to tylko kwestia formalnych rozwiązań. Dlatego nawet w sytuacji tak skrajnej jak rozwód mamy szanse zawalczyć o szczęście naszych dzieci. Bardzo bym chciała, żeby mój mąż z tej szansy skorzystał. Mamy dwóch świetnych chłopców, którzy na pewno będą w swoim życiu potrzebować męskiego wzorca. Już potrzebują.

GALA: Czy czuje pani jednak jakąś ulgę?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Nie wiem. To jest bardzo przykre, że nam nie wyszło. Oboje to przeżyliśmy i nadal przeżywamy.

GALA: Kiedy pani uświadomiła sobie, że wasze drogi idą w dwie różne strony?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Paradoksalnie, był to moment związany z naszą pracą. Chcieliśmy razem zrobić monodram oparty na wspomnieniach Nadieżdy Mandelsztam, żony Osipa. Janusz miał napisać adaptację. Jestem wielką fanką twórczości mojego męża. Ale tym razem się rozczarowałam.

GALA: Dlaczego?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Mnie się wydawało, że w historii tych dwojga interesujące jest to, co spowodowało, że ta fascynująca kobieta – ekscentryczna w młodości, wykształcona, o wyrazistej osobowości, podporządkowuje swoje życie poecie. Jeździ za nim na zsyłki, uczy się jego wierszy na pamięć, żeby przetrwały, przymyka oko na jego fascynacje, które pewnie raniły ją jako kobietę, jest mu bezwarunkowo oddana w dramatycznych czasach stalinizmu. Chciałam opowiedzieć o kobiecie. A przeczytałam monodram w wielkim poecie. (śmiech)

GALA: Pani jest aktorką, były mąż pisarzem. To chyba nie ułatwiało wspólnego życia.

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Większość ludzi chodzi do pracy po to, żeby zarobić pieniądze i za nie zaspokoić własne potrzeby. Praca jest środkiem służącym do realizacji jakiegoś celu. W zawodach artystycznych ona jest zwykle celem. Żywi się nami, pasożytuje na nas. Wymaga czasu, koncentracji, skupienia na sobie, jest zaborcza. Zdarza się, że przez nią cierpią najbliżsi. Poza tym trudno takie zawody uprawiać bez sukcesu. Kiedy ma się poczucie zmarginalizowania, bo nasz wysiłek jest niedoceniony bądź niezasłużenie krytykowany, trzeba wielkiej odporności, żeby sobie z tym poradzić. Wtedy często człowiek chce sobie ten brak sukcesu jakoś zrekompensować, szuka winnych tej sytuacji. I może się okazać, że upatruje przyczyny swoich niepowodzeń w życiu rodzinnym. Jest sfrustrowany, więc ono także nie daje mu zadowolenia.

GALA: I wtedy chce wybrać inne życie?

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Tak. Myślę, że każdy z nas ma do tego prawo. I każdy zapłaci za własne wybory jakąś cenę. Więc choćbym nie wiem jak kochała męża, nie rzucę się w drzwiach i nie powiem: ,,Odejdziesz po moim trupie”. Bo z szacunku dla samej siebie i dla niego uważam, że ma prawo do swojej drogi. Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że dzieci są dla mnie wyłącznie źródłem siły psychicznej i energii, co oczywiście nie znaczy, że nie bywam zmęczona czy zła. Niezależnie od tego, co dobrego czy złego mi się w zawodzie przydarzy, wiem jedno – nic lepszego ani doskonalszego nie może mi się w życiu przytrafić niż stworzenie drugiego człowieka.

GALA: Dzieci, zwłaszcza małe, zadają trudne pytania.

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Najtrudniej było mi wytłumaczyć pięcio- i siedmiolatkowi, co to znaczy, że ludzie pobierają się na dobre i na złe. Sama miałam z tym problem. Moi rodzice przeżyli razem całe życie. I jak się pani domyśla, nie zawsze było ono usłane różami. W mojej rodzinie nie było nikogo, kto się rozwiódł. Pani pytała, czy warto małżeństwo ratować. Mam wrażenie, że ostatnimi czasy trwałam w nim właśnie z tego powodu, że ileś lat temu obiecałam mężowi i sobie, że również „na złe”. Wierzyłam w to i nadal wierzę, że jak to złe przychodzi, trzeba starać się temu zaradzić, przyjąć wyzwanie. Z szacunku dla własnych obietnic. I tego samego wymagałabym od mężczyzny. Chociaż ostatnio odnoszę wrażenie, że przeceniałam rolę mężczyzn w moim życiu. Śmieję się, że jestem ofiarą patriarchalnego wychowania, co owocuje wynoszeniem ich na piedestał. No cóż, mężczyzna nadal jest dla mnie ważny.

GALA: Bardzo ładne wyznanie...

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Miałam taki wzorzec wyniesiony z domu, że kobieta w jakiś sposób jest służebna wobec swojego męża. Służy mu pomocą, bliskością, ciepłem. W wypadku mojej mamy to była celebracja codzienności. W moim wypadku... oj, napracowałam się trochę w tym naszym wspólnym życiu. Matko kochana, na koniec okaże się, że ja właściwie jestem feministką, tylko o tym nie wiem.

GALA: Żyje pani jak feministka. Kilka etatów w pracy, etat w domu, niezależność finansowa...

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Ostatnio zastanawiałam się, jak to jest, że istnieją kobiety, które po prostu leżą i pachną, i że są tacy mężczyźni, którzy właśnie za to te kobiety kochają. Jak to się robi? Ja jestem stachanowcem. Jako kobieta wykonałam dwieście procent normy. Byłam matką, żoną, kochanką, aktorką, zarabiałam, organizowałam, ubierałam, nieźle karmiłam, bo mam do tego dryg. Ale dorosłam już do tego, że mnie też należy się odpoczynek. Teraz czas dla mnie. Człowiek zbyt zapracowany jest zmęczony. A człowiek zmęczony nie lubi siebie.

GALA: Pani siebie lubi?

 

JOANNA TRZEPIECIŃSKA: Teraz tak. Dziś wszystko musi się toczyć gładko i bez zmarszczek. A ja uważam, że przemijanie jest boskim darem. Czas ma kojące właściwości terapeutyczne. Miałam taki odruch, żeby w tych trudnych dla mnie chwilach pomóc sobie jakąś pastylką szczęścia. Byleby szybko wszystko naprawić. Żeby nie bolało. A potem pomyślałam, że niepotrzebnie się śpieszę, że trzeba dać sobie czas na cierpienie, na przemyślenie, na przeżycie. Świadomość, że wszystko przemija, jest mobilizująca. Jest w naszym losie tajemnica, która mnie napędza do życia. Jestem ciekawa, co będzie dalej? Wszystko może się zdarzyć.