JULIA PITERA Idzie jak pożar po wsi

Udostępnij

Żelazna Julia. Tak mówią O niej partyjni koledzy. Dla męża jest po prostu Julią. Dla rodziców Julka-Szpulka, bo kiedyś była pulchna. Zaprosili nas na swój słynny strych i opowiedzieli o... próbie ognia.

JULIA PITERA Idzie jak pożar po wsi

Została sekretarzem stanu ds. walki z korupcją i szybko dała się poznać jako bezwzględny polityk. Już w pierwszych dniach pracy zapowiedziała ujawnienie wyciągów ze służbowych kart kredytowych członków rządu. Na początku grudnia przed domem Piterów na Mokotowie spłonął jej ford focus. Szybko okazało się, że został podpalony. Dwa dni po tym zajściu zaprasza nas na swój strych w czynszowej skromnej kamienicy. Wysokie trzecie piętro bez windy. W największym pokoju rozmawia minister Julia Pitera, w kuchni jej mąż - reżyser Paweł Pitera - podejmuje mnie herbatą.

Za kilka dni rozpocznie pracę nad nowym filmem - ekranizacją książki kard. Stanisława Dziwisza. Naszą rozmowę co chwila przerywa natrętnie dzwoniący telefon.

GALA: Co pani czuła, widząc swój płonący samochód?

JULIA PITERA: Nie wierzyłam, że ktoś mógł specjalnie go podpalić. Owszem, wcześniej były w moim życiu dwa zdarzenia nie do końca wyjaśnione. Raz wybito mi szybę w samochodzie, w dniu gdy się ukazał artykuł śledczy w sprawie, którą się zajmowałam. Za drugim razem stratowano samochód sąsiadki stojący obok, w tym samym kolorze, ale podobno sprawcy mieli zlecenie na mój.

GALA: A pan, co pan wtedy myślał?

PAWEŁ PITERA: Byłem zadziwiająco spokojny, choć należało się prędzej czy później czegoś takiego spodziewać. W przeciwieństwie do tych, którzy mają gęby pełne frazesów o walce z korupcją i wszelkiego rodzaju łajdactwem, Julia naprawdę walczy. A jak się działa, takie "wypadki przy pracy" się zdarzają, trzeba je brać pod uwagę. W ostatnich trzech latach Julia miała dwanaście procesów, w większości karnych. Te procesy wytaczali jej osobnicy, których ja bym do do­mu nie wpuścił. O naruszenie dóbr osobistych, o zniesławienie... W tej walce Julia była całkiem sama.

GALA: Tuzin procesów. Chyba nie wychodzi pani z sądu...

J.P.: Było ciężko, ale wśród tych wygranych były szczególnie satysfakcjonujące. Kiedyś Michał Sołowow (jeden z najbogatszych Polaków – red.) na pytanie, czego najbardziej w życiu żałuje, odpowiedział: "Tego, że przegrałem z Piterą". Przegrałam tylko jeden cywilny proces, kilka lat temu. Jakoś to przeżyłam. Najgorsze są chwile, kiedy siedzę na sali sądowej, słucham i doskonale wiem, że ktoś kłamie mi prosto w oczy. W tej przegranej sprawie też wyszło na moje, bo szpitale, o które walczyłam z amatorem "przekształceń", nadal działają, a szpital dla dzieci przy ulicy Kopernika się rozbudowuje.

GALA: Żona opowiada panu o wydarzeniach w sejmie, sądzie, partii?

P.P.: Nie bardzo wierzę w normalność małżeństw, gdzie nagle nie ma czasu, woli ani chęci, by sobie opowiedzieć, co się ważnego zdarzyło w ciągu dnia. Jak się na to nie ma czasu, trzeba się zastanowić, czy dalsze trwanie interesu pod nazwą małżeństwo ma w ogóle sens? U nas takie zjawisko nigdy nie występowało, więc w naszym przypadku sens jest głęboki.

 

GALA: Gdzie i kiedy się poznali ludzie z tak różnych światów?

J.P.: Nie tak bardzo różnych, to różnice natury ludzkiej bywają większe niż zawód czy wykształcenie. Poznaliśmy się na studiach, na polonistyce. W Pawle kochała się na zabój moja koleżanka, więc ja nie śmiałam na niego nawet spojrzeć. Ale to mnie zaprosił do kawiarni na wuzetkę. Okazało się, że jest rozmowny, błyskotliwy, ma nienaganne maniery. Nie miałam wyjścia, wpadłam w tę miłość jak śliwka w kompot. Potem poszło jak pożar po wsi: ślub u wizytek i podróż poślubna do pałacu w Jabłonnie, która trwała trzy dni.

GALA: I jak z bicza strzelił minęło lat…

J.P.: W lutym 2007 roku obchodziliśmy 30. rocznicę ślubu.

GALA: Posiedzenia się spóźniają, świadkowie nie przychodzą, adwokaci stosują triki, pan wraca do domu, a tu znowu pusto. Znam mężczyzn, którzy by przez taką próbę ognia nie przeszli.

P.P.: Gdybyśmy pracowali na etatach urzędniczych, pewnie dom nie byłby pusty. Ale mamy pasjonujące zawody...

J.P.: Tak było od początku naszego małżeństwa. To były czasy, gdy Ministerstwo Kultury kategoryzowało reżyserów, bez względu na ilość widzów. Uprzywilejowani pracowali w wytwórni w Łodzi. Mąż jako reżyser III kategorii pracował we Wrocławiu. Widzieliśmy się jeszcze rzadziej.

P.P.: Raz Julia częściej jest nieobecna, raz ja. Obie nieobecności położone na wadze mniej więcej się wyrównują. To sposób na życie.

GALA: Sposób wymagający od mężczyzny umiejętności. Wprawdzie zrobił mi pan przepyszną herbatę z torebki, ale…

J.P.: Niewiele więcej umie. Może jeszcze kawę i płatki owsiane. Na tym szaleństwa kulinarne Pawła Pitery się kończą.

P.P.: Potwierdzam. To wynika z naszego stylu życia. Hotelowego życia. W 1991 roku wyrzucono mnie z zespołu filmowego, bo zrobiłem dla ITI reklamówkę... Szef zażądał, bym stawił się w celu przedyskutowania „mojej dalszej pracy artystycznej”...

J.P.: Paweł zbezcześcił zawód, choć w Ameryce najlepsi twórcy robią reklamówki.

P.P.: W trzy miesiące znalazłem się na bruku i od tego czasu jestem „wolnym strzelcem”. Dziś mogę pracować 12 godzin, jutro w ogóle, pojutrze – leżeć cały dzień w łóżku z fascynującą lekturą.

GALA: A życie rodzinne?

J.P.: Gdy mieszkał z nami nasz syn, było inaczej. Dlatego w politykę zaangażowałam się dopiero, jak Kuba się usamodzielnił. Miał 17 lat, ale nawet wtedy starałam się, żeby obiady rodzinne były wspólne. Jak się nie udało z obiadem, to chociaż śniadania. A że wszyscy troje jesteśmy gadatliwi, trwały tak długo, jak się dało. Kuba wyrósł na porządnego człowieka. Kończy aplikację radcowską, ożenił się, a ja mam czas na inne sprawy.

GALA: Macie państwo fantastyczną synową.

P.P.: Ewa udała się Kubie bardzo. I nam – za jego pośrednictwem – też. Doradza Julii w kwestiach ubioru, wyciąga ją na zakupy, ma świetny gust. Jest prawniczką, jak Kuba, ale pracuje w firmie public relations.

GALA: Kiedy ostatnio dał pan żonie prezent?

P.P.: Kupuję jej sporo drobnych upominków, których nie pamiętam. Na ostatnie Boże Narodzenie dostała pierścionek z brylantem. Taki drobiazg.

GALA: Jak mało karatów, to rzeczywiście drobiazg.

P.P.: Niedużo. Kupiłem jej też do kuchni piękny minutnik, szwajcarski, designerski, a ostatnio jak byłem w Rzymie, perfumy Coco Mademoiselle. To jeden z trzech zapachów, które Julia lubi i zawsze do nich wraca. Ja też zawsze wracam do jednego zapachu, Polo, który sam sobie kupuję. Nic z ciuchów nie odważyłbym się jej sprezentować, bo jestem zwolennikiem staromodnej zasady, że ubrania się mierzy. Kupuję jej za to torebki firmy Rogani na via Condotti w Rzymie. Świetne, bo awangardowe, a jednak ponadczasowe.

GALA: Ma pani ulubioną markę, styl?

J.P.: Nie noszę rzeczy zbyt ozdobnych, dekoracyjnych, choć podobają mi się na innych kobietach. Żadnych falbanek, koronek, biżuterii, jaskrawych kolorów, bardzo źle się w tym czuję. Ostatnio mam dziwną słabość do bladobłękitnych bluzek. Nie kieruję się marką, to mają być rzeczy dobrej jakości. Trzeci sezon noszę tweedową spódnicę polskiej firmy za 120 zł, z czterema kontrafałdami, które zwieńczają skórzane kokardki. Lubię dobry pomysł, fajnie zrealizowany.

P.P.: Julia całe życie chodziła na płaskich obcasach, teraz odkrywa urok chodzenia na, jak ja to mówię, „niskich wysokich obcasach”, w których kobieca noga lepiej wygląda.

GALA: Kiedy ostatnio dał pan żonie kwiaty?

P.P.: Piękne chryzantemy ze trzy tygodnie temu. Julia była jeszcze na mieście, więc je wstawiłem do wazonu. Nie będę przecież kreował idiotycznej sytuacji z wręczaniem kwiatów własnej żonie w drzwiach, bo to by znaczyło, że mi się sitcom myli z rzeczywistością i trzeba iść do psychiatry.

GALA: Albo na film Barei.

P.P.: Gdzie tam Barei. To by była scena żywcem wzięta z „M jak Miłość”.

GALA: Kiedyś pani przyznała: „Mieć w domu reżysera to dla polityka duża sprawa”.

J.P.: To prawda. Paweł stoi z innej strony kamery, ja z racji mojej działalności – z innej. Dużo rozmawiamy, ale nie zawsze przyjmuję jego rady. Potrafimy się ścierać, zarówno z Pawłem, jak i z Kubą. Paweł ma widzenie fabularne, ja realne.

 

GALA: Jedno nie wyklucza drugiego.

J.P.: Różnica sprowadza się do tego, że Paweł często chciałby, bym była jeszcze bardziej wyrazista, a ja nie chcę. Staram się tylko, żeby mój przekaz był jasny, zrozumiały, Pawłowi marzy się dobra dramaturgia wystąpień, bez dłużyzn. Na szczęście oboje wychowaliśmy się w domach, w których komunikowanie się z bliskimi było kwestią podstawową.

P.P.: Doradzam żonie w wystąpieniach sejmowych, prowadzeniu kampanii medialnych, doborze plakatów, reżyserii klipów wyborczych, wyborze zdjęć na ulotki.

J.P.: Jak się coś dzieje, Paweł jest pierwszą osobą, do której dzwonię. Zawsze! Jak potrzebuję puenty, cytatu, przypowieści, korzystam z jego erudycji.

GALA: Strych, który państwo wyremontowaliście, wielokrotnie opisywano. Mówił o nim złośliwie Andrzej Lepper. Że z jednej strony walczy pani z korupcją, a z drugiej – we własnej sprawie działa niezgodnie z prawem. To prawda, że obudzona w środku nocy wie pani, gdzie są rachunki za deski, dachówki, robociznę?

J.P.: Wiem. Nie pozwoliłam mężowi ich wyrzucić. Dlatego wierzę, że dwie sprawy sądowe dotyczące strychu, które wytoczyłam Lepperowi i Rogińskiemu, wygram.

GALA: W innych sprawach też jest pani pedantką? Bielizna w szafie poukładana w kostkę i wedle kolorów?

J.P.: Mam napady pedanterii. Rzucam się do szaf, wygarniam rzeczy, kiedy się robi ciasno, i wsadzam do pojemników PCK.

P.P.: Też jestem pedantyczny. Lubię papiery odkładać na swoje miejsce, koszule odwieszać tam, gdzie trzeba.

GALA: Kto je prasuje?

P.P.: No comments.

GALA: O pana żonie mówi się: obrotna, silna, konfliktowa, trudna, bezkompromisowa, konsekwentna, apodyktyczna, uparta, świetnie  zorganizowana. Coś z tej listy by pan zakwestionował?

P.P.: Nie, wszystko się zgadza, tylko że w życiu prywatnym, codziennym wymienione przymiotniki mają zdecydowanie bardziej miękki, pastelowy charakter.

GALA: Nie było sporów na temat wychowania Kuby?

P.P.: Nigdy. Oboje po równo rozpieszczaliśmy go i po równo, kiedy było trzeba, „surowili”.

J.P.: Mąż był może bardziej konsekwentny, ale mnie też zdarzało się być surową. Natomiast nie zmuszałam Kuby do niczego. Jak koledzy grali w piłkę, nigdy nie wybiegał na podwórko, bo – to się pewnie nie spodoba Donaldowi Tuskowi – nie cierpiał piłki nożnej. Woli narty, łyżwy, świetnie pływa. Lubi pracę w grupie, był harcerzem, ale sporty zawsze wolał indywidualne.

GALA: Co was najbardziej różni?

P.P.: Wydaje mi się, że konsekwencja. Jak Julia coś robi, to do końca. Natomiast ja, gdy stwierdzam, że cel jest zbyt trudny albo nazbyt odległy, macham ręką.

GALA: Nigdy nie wyhamowywał pan Julii?

P.P.: Nie. Na szatanów woda święcona działa z bardzo dobrym skutkiem.

GALA: Żona spłakała się kiedyś na pańskim ramieniu?

P.P.: Chyba tak, ale nie pamiętam, z jakiej dokładnie okazji. Chyba ze złości, bezsilności dawała naturalny, zdrowy upust emocjom, ale bardzo rzadko jej się to zdarza. Było tego może ze trzy razy przez te wszystkie lata.

GALA: Kiedy ostatnio byliście państwo na wspólnym urlopie?

P.P.: Na przełomie maja i czerwca, Julia przeszła wcześniej dwie operacje. Jak doszła do siebie po szpitalu, pojechaliśmy do naszych amerykańskich przyjaciół, dyplomatów, do Niemiec.

GALA: Jakiś wspólny sport wchodzi w grę?

P.P.: Narty, owszem, uprawiałem w młodości, ale prawdę mówiąc, sportowi to my nie jesteśmy w ogóle. Jesteśmy ruchliwi. Robimy długie spacery, lubimy dużo jeździć, zwiedzać, oglądać, podglądać.

GALA : Jak się panu zdaje, która Julia, ta od Romea, czy Julia Tymoszenko, jest bliższa pana żonie?

P.P.: Żadna, nic ich nie łączy poza imieniem. Nie, już się poprawiam: najbliższa jest Julia Thatcher.

J.P.: To by się zgadzało, cenię Margaret Thatcher za jej osiągnięcia w gospodarce. A na serio, oczywiście bliska jest mi Julia od Romea. Bo to wielka literatura i wielkie uczucia.

Komentarze

Marcelina Zawadzka

Vero Moda - Sweter

Kup teraz

129.9 zł

Spódnica sp25

Kup teraz

89 zł

Carinii - Szpilki

Kup teraz

179.9 zł

Mango - Płaszcz Manuela

Kup teraz

199.9 zł