W restauracji Beau Rivage przy bulwarze Croisette w Cannes jest tłum, ale to rozbawiona Juliette Binoche skupia na sobie uwagę całej sali. Rozśmieszył ją skośnooki reporter, który – gnąc się w ukłonach – zapytał, czy według niej Chińczycy są dobrymi kochankami. Dziennikarz w napięciu czekał, aż gwiazda przestanie się śmiać i ogłosi swój werdykt. Nie poznałem zdania Juliette, bo odciągnął mnie na bok agent aktorki i poprosił o podpisanie oświadczenia, że nie będę zadawał pytań niestosownych wobec legendy kina.

Spotykamy się z okazji pokazu jej najnowszego fi lmu „Podróż czerwonego balonika”. To niezwykła, wzruszająca opowieść o tęsknocie za dzieciństwem. Binoche gra zapracowaną matkę siedmiolatka, aktorkę, która zatrudnia nianię – studentkę z Tajwanu. Dziecko i jego opiekunka wędrują przez Paryż za magicznym czerwonym balonikiem, podczas gdy samotna matka próbuje rozwiązać swoje życiowe problemy. Historia, która mogłaby się przydarzyć również Juliette.

GALA: Pani agent pouczył mnie, że będę rozmawiał z legendą francuskiego kina...

JULIETTE BINOCHE: O Boże! Kogo miał na myśli?

GALA: Nie czuje się pani legendą?

J.B.: W żadnym razie! Legenda to jakaś abstrakcja. A ja jestem kobietą. Patrz! Mam nogi, ręce, głowę, piersi...

GALA: To widzę. Ale pani dorobek artystyczny...

J.B.: Wolałabym unikać wielkich słów. Status „legendy” oznacza, że po pierwsze, jestem już stara, a ja wcale się staro nie czuję. Po drugie, że niczego już się w życiu nie nauczę. „Legendy” wiedzą wszystko, prawda? Ja ciągle poznaję coś nowego. Ciągle ktoś mnie zaskakuje.

GALA: Czym zaskoczył panią Hou Hsiao- -hsien?

J.B.: Oprowadził mnie po Paryżu.

GALA: Reżyser z Tajwanu oprowadził panią po jej rodzinnym mieście?

J.B.: Mieszkam tu od 44 lat, ale wiele zakątków poznałam dopiero podczas pracy nad tym filmem. Hou nie patrzy na Paryż ani jak turysta, ani miejscowy bywalec, tylko jak artysta malarz. Proszę zwrócić uwagę na światło i kolory w „Podróży czerwonego balonika”. Chyba nikt wcześniej nie pokazał tego miasta w ten sposób.

GALA: Umie pani docenić artystę. W Częstochowie – rodzinnym mieście pani babci Julii Młynarczyk – miała pani wernisaż. Czy malarz-reżyser i malarka-aktorka znajdują wspólny język nawet wtedy, gdy pochodzą z tak odmiennych kultur?

J.B.: Myślę, że najważniejsza jest podobna wrażliwość. Za to zupełnie inne są środki wyrazu i zasady pracy na planie. Ale to już wynika ze specyfi ki szkoły fi lmowej.

GALA: Myślałem, że czasy ogromnych różnic w pracy na planie filmowym już minęły i wszędzie obowiązują takie same hollywoodzkie standardy.

J.B.: Ależ skąd! Różnice pozostają. Amerykańscy reżyserzy mają wszystko rozpisane w najdrobniejszych szczegółach. Zadaniem aktora jest po prostu jak najlepiej nauczyć się roli i ją zagrać. Im mniej ma się wątpliwości, tym lepiej. Dochodzi do absurdalnych sytuacji, gdy łatwiej jest załatwić szampana i świeże białe lilie do klimatyzowanej przyczepy, niż zmienić jedno słowo w scenariuszu. To na swój sposób wygodne. Zawsze wiadomo, ile potrwają zdjęcia, jak wygląda szczegółowy plan plenerów na każdy dzień. Aktor czuje się trybikiem w dobrze naoliwionej, szalenie nowoczesnej maszynie. Nie musi myśleć. Wystarczy, że gra.

GALA: Czuję, że woli pani inny styl pracy.

J.B.: Oczywiście. Z kolei nasze kino – europejskie – jest dla aktorów zza oceanu niezrozumiałe, przegadane, a praca na planie przypomina chaos. Szczegóły scenariusza powstają często w czasie długich dyskusji pomiędzy aktorem a reżyserem. Z Krzysztofem Kieślowskim przegadałam wiele dni i nocy, zanim w ogóle padł pierwszy klaps na planie „Niebieskiego”. Scenariusz wielokrotnie modyfikowaliśmy, często w ostatniej chwili przed włączeniem kamery. Każda scena okadzona była dymem z kilku paczek papierosów i podlana litrami czarnej kawy. Scenarzysta, reżyser i aktor byli partnerami, jeśli nie równoprawnymi, to z pewnością na tyle ważnymi, by warto było się z nimi spierać.

GALA: Zagrała pani we wszystkich częściach kultowej dziś trylogii Kieślowskiego „Trzy kolory”. Jestem pewny, że gdyby się pani z reżyserem kłóciła, skończyłoby się na jednym filmie.

J.B.: Nieprawda. Najbardziej spieraliśmy się właśnie na planie „Niebieskiego” – pierwszej części trylogii. Krzysztof za wszelką cenę chciał mnie przekonać, żebym zgodziła się zagrać jedną scenę nago. Miałam po prostu wstać z łóżka i kołysząc piersiami, przedefilować przez pokój. Niby nic takiego, ale byłam tuż po „Skazie”, gdzie grałam femme fatale, kochankę Jeremy’ego Ironsa. Miałam już dość epatowania nagością. A ta scena była moim zdaniem kompletnie niepotrzebna. Zbuntowałam się. Zaczęliśmy na siebie krzyczeć, a potem usiedliśmy do negocjacji. No i przekonałam go.

GALA: Chińskiego reżysera też by pani przekonała, czy tak jak Amerykanin, postraszyłby panią prawnikami?

 

J.B.: Azjatycka szkoła filmowa bardzo się różni od tego, co znamy z Europy czy Ameryki. Sama nie wiem, jak by to się skończyło, gdybym zaczęła prowadzić dyskusje z Hou Hsiao-hsienem. On jest, jak wielu ludzi z kultury Dalekiego Wschodu, bardzo zamknięty w sobie. Nieśmiałość pokrywa uprzejmością. Przychodził na plan zdjęciowy ze swoją wizją, ale dialogi i ujęcia były w scenariuszu ledwo zarysowane. Nie było wiadomo, czy gram scenę w płaszczu, czy nago. Reżyser niewiele podpowiadał, raczej stał z boku i obserwował. Wychodził zapewne z założenia, że aktor pozostawiony samemu sobie musi wykazać inicjatywę. I w tym sensie miał rację. Po kilku dniach, gdy musieliśmy się „przestawić” na inny styl, poczułam, że otwiera mi się w głowie jakaś klapka i zaczynam lepiej rozumieć, czego się ode mnie oczekuje. To był bardzo ciekawy eksperyment. Mam nadzieję, że udany.

GALA: „Podróż czerwonego balonika” jest opowieścią o samotnej matce, która zajęta pracą w teatrze marionetek z trudem znajduje czas dla swojego dziecka. Brzmi dla pani znajomo?

J.B.: Bardzo. Bohaterka, którą gram, znajduje opiekunkę, młodą studentkę z Tajwanu. To dla niej błogosławieństwo. Dziewczyna z poświęceniem opiekuje się jej 7-letnim synem i wprowadza go w tajniki sztuki.

GALA: A pani czym się kierowała, zatrudniając opiekunki do 15-letniego dziś Raphaela i 7-letniej Hannah?

J.B.: Taki wybór to zawsze strasznie trudna decyzja. Opiera się ostatecznie na intuicji. Dwie opiekunki wspominam z ogromnym sentymentem. Wyłoniłam je z grona innych kandydatek, bo miały podobną do mnie wrażliwość i ogromną czułość do dzieci. Niestety, w tamtym czasie sporo podróżowałam. Musiałam zmieniać miejsca zamieszkania, a co za tym idzie – również nianie.

GALA: Decyzja o zatrudnieniu opiekunki przyszła pani łatwo?

J.B.: Każda matka, której zależy na karierze, musi w sobie zwalczyć całkiem naturalne poczucie winy. Urodziła przecież dziecko, a teraz powierza wychowanie najdroższej sobie osoby komuś obcemu. Najwięcej wyrzutów sumienia – jak zauważyłam – mają samotne matki. One najbardziej potrzebują pomocy. Wiem o tym aż za dobrze.

GALA: „Podróż czerwonego balonika” to film z przesłaniem dla samotnych matek?

J.B.: Wybierzcie mądre opiekunki, a potem im zaufajcie! Pomogą zarówno waszym dzieciom, jak i wam samym.