Trudno umówić się z Tobą na wywiad.

Ze mną? (śmiech) Teraz jest taki trochę okres ciężki. Dzisiaj rano musiałem jechać na pocztę odebrać pisma sądowe w sprawie pani Krystyny (Pawłowicz, przyp. red.). To kilkadziesiąt stron oskarżenia pod moim adresem. Przepięknego. Myślę, że czeka nas jeden z ładniejszych procesów. Adwokat pani Krystyny wyciąga rzeczy tak niezwykłe, że sam jestem ciekaw, jak potoczy się dyskusja na temat interpretacji słowa „seks”. Jak sędziowie ocenią, do którego momentu mówimy językiem miłym, w żaden sposób niedyskredytującym. Bo czasy przyszły takie, że właściwie każdy może być oskarżony o seksizm. I ja też zostałem, a wcale nie miałem tego na myśli.

Przeprosiłeś jednak. Podobnie jak za słowo na k…

I nawet nie dyskutowałem w Słubicach, kiedy zostałem skazany za to na 130 złotych grzywny. Używałem tych słów, przecież trudno  powiedzieć, że nie.

Posługujesz się bardzo swobodnym językiem.

Tak. Bardzo dobrze widać to w mojej najnowszej książce „Obgadywanie świata”. Na spotkaniach z czytelnikami zawsze uprzedzam, że są w niej wulgaryzmy. Mówię językiem potocznym. Publicznie też. Na Przystanku Woodstock nieraz potrafiłem przerwać koncert i prosić kogoś o przyzwoite zachowanie, używając żołnierskich słów.

Na co dzień też taki jesteś?

W domu może nie, ale w tak zwanych rozmowach Polaków to jest normalne! W Sejmie też często słychać: ty taki, siaki, owaki. Oczywiście przyjąłem sugestię pani sędzi ze Słubic, bym używał ładnie polskiego języka. I powiem ci, że jestem za tym, aby kultura języka była u nas inna.

Jesteś bardzo wyrazisty. Masz poczucie, że z tego powodu wyzwalasz w ludziach skrajne emocje: albo Cię kochają, albo występują przeciwko Tobie?

Ale nie wyzwalam samych złych. Uwierz mi, te przeciwko mnie tak naprawdę policzyłbym na palcach jednej ręki. Nieraz na Facebooku, gdy ktoś mi wysyła hejt, potrafię go do siebie przekonać. Z kolei o swoim nielubieniu, by nie powiedzieć nienawiści, szybko zapominam. Czuję do kogoś wielką złość, a pięć minut później już o tym nie pamiętam.

ZOBACZ TEŻ: Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy 2018: kto i gdzie wystąpi? Sprawdź!

Jesteś bardzo emocjonalny.

To właśnie bardzo dobrze. Uderzyć ręką w stół albo powiedzieć: „Kurwa mać, porąbało cię?!” – i przechodzi. Nie jestem gościem pamiętliwym. Kiedy przeczytałem książkę Danuty Wałęsy, w której pisała o swoim mężu, pomyślałem: „Po cholerę ten facet słucha o sobie złych rzeczy? No po cholerę?”. To jest tak, jakby codziennie jeść złe jedzenie. Po co?

Ludzie mówią, że jesteśmy podzieleni. No pewnie, to widać, ale ja nie idę tam, gdzie ludzie są podzieleni. Mnie ciągnie w takie miejsca, gdzie ludzie chcą coś zrobić, gdzie się wyzwala kupę fajnych myśli. Niekoniecznie wszyscy muszą mnie lubić i powtarzać: „Ach, Jureczku,  kochamy cię”. Nie, nie o to chodzi.

W pracę w Fundacji jesteście w równym stopniu zaangażowani razem z żoną. Jak Wam się udaje oddzielić życie zawodowe od prywatnego?

Nie udaje. O tym się gada przez cały czas.  O wszystkim. Gadamy, gadamy. Ale to w niczym nie przeszkadza.

Wasze córki też z Wami pracują?

Są bardzo zaangażowane, również emocjonalnie. Starsza córka Ola wraz z partnerem prowadzi na Ursynowie restaurację Pasta Fresca, która uczestniczy w każdym Finale. Młodsza Ewa, mieszkająca w Londynie, podczas każdego Finału jest tutaj razem z nami. Wnuczki Maja i Zuzia zbierają pieniądze  w szkole i w przedszkolu. Ale dzieci, właśnie po tym hejcie, który nas spotkał parę lat temu, powiedziały, że nie ma mowy, by się nadal angażowały w pracę Fundacji, ponieważ nie chcą się z nikim boksować.

Czy hejt dużo Was kosztuje?

Kosztuje. Jeżeli jesteś zaangażowana i ta praca, siłą rzeczy, niesie różne napięcia, a do tego dochodzą napięcia zewnętrzne… Nagle coraz więcej instytucji państwowych rezygnuje ze współpracy z Orkiestrą. Na przykład Poczta Polska nie emituje już znaczków. Przecież były zapisane w "Dzienniku Ustaw", znaczek na 25-lecie. Nagle wypadł? Zostały Kaczor Donald i Myszka Miki, a naszego nie ma? No ale cóż, bierzemy to na klatę i trudno się mówi.

Było Ci przykro z tego powodu?

No pewnie. Te znaczki zawsze były piękne i cieszyły wszystkich. Więc jest mi przykro, ale staramy się nie robić z tego jakiegoś wielkiego focha. Mówię tylko, że szkoda, że tak  się stało.

W ubiegłym roku, mimo tylu wrogich komentarzy, 25. Finał przyniósł rekordowe ponad 100 milionów złotych. Co wtedy czułeś?

Niesamowitą moc. Już przed Finałem, kiedy kolejna instytucja państwowa odmówiła  w nim udziału, dostawaliśmy niesamowitą energię od ludzi, wolontariuszy, sztabów i tych instytucji, które wręcz przeciwnie  – jeszcze mocniej chciały z nami zagrać. O godzinie 24.00 w dniu Finału już ze wstępnych danych wiedzieliśmy, że ludzie nieprawdopodobnie z nami zagrali!

Bardzo ostrożnie podawaliśmy wszystkie finansowe prognozy, ponieważ chcieliśmy je jak najdokładniej zweryfikować. A potem ten wynik! Ponad 105 milionów! Ogromny, przeogromny szacun dla Polaków – nie tylko w Polsce, ale  i na całym świecie.

Twoja książka, którą niedawno wydałeś, opowiada o podróżach związanych z Twoją pracą w telewizji. Zjeździłeś w ten sposób cały świat. Przy tak intensywnej pracy miałeś jeszcze czas na życie rodzinne? Wyjazdy z żoną i córkami?

Miałem. My to nazywaliśmy zawsze „faken turisten”. Jechaliśmy na wykupione w biurze podróży wczasy. Co roku dwa tygodnie. Zawsze jeździliśmy do Tunezji, Egiptu, Turcji. Jak wszyscy Polacy.

Spędzaliście czas w hotelu, siedząc nad basenem?

Dokładnie! Przez parę lat Turcja była naszym ulubionym miejscem. Wyjeżdżaliśmy pod koniec czerwca i często jeszcze raz, we wrześniu, na tydzień. Zabieraliśmy ze sobą walizę książek i te 10-12 dni to był najpiękniejszy  reset. Spacerowaliśmy po plaży, chodziliśmy na basen. Obserwowaliśmy Anglików, którzy są głośni, zwariowani, bezczelni i momentami chciało im się łeb urwać. Polacy zawsze byli mili, podchodzili, by się przywitać, zrobić sobie zdjęcie…

Lubisz ludzi?

Tak. Jeżeli tylko nie wchodzą na łeb.

Jesteście bardzo zżytą rodziną?

Staramy się. Nasze obecne mieszkanie ma 120 metrów, ale pierwsze miało 60 metrów. Długo więc mieszkaliśmy w takiej symbiozie mieszkaniowej, intensywnie. Dom to był dom. Normalnie, do dziś, prowadzony. Sami gotujemy, sprzątamy, nikt za nas tego nie robi.

Pomagasz żonie?

Wczoraj prasowałem. Lubię to.

Co Ty mówisz? Nie wierzę!

No tak, ale zostawiam pewne rzeczy. Koszula nocna na przykład jest nie do uprasowania przeze mnie. Swoje koszule prasuję, również T-shirty.

Co jeszcze robisz w domu?

Sprzątam, gotuję od czasu do czasu. Wszel- kiego rodzaju naprawy to też ja. Dzielimy się obowiązkami, siłą rzeczy. No, po kocie sprząta Dzidzia. Nie, ja po kocie nie będę sprzątał.

Macie jednego kota?

Mamy kota jednego, którego nam zostawiła córka.

Jak się nazywa?

Lupe. Lupe? Nie. Milo!

(śmiech) Nie pamiętasz, jak ma na imię Wasz kot?

Bo kiedyś był Lupe… Ale do tego nie mówi się po imieniu. Ja wołam: „Kota, chodź tutaj!”  i potrafi przyjść. Chociaż nie zawsze. Po nim sprząta Dzidzia. I zakupów nie lubię robić. Takich jedzeniowych. To też Dzidzia. Uzupełniamy się w naturalny sposób.

Długo jesteście razem?

Bardzo długo. Pobraliśmy się w 1976 roku  chyba. To jest moc, moc, moc. A ślub kościelny wzięliśmy… już była Ola, miała chyba sześć lat. Nieraz ktoś lubi przyłoić mi, jaki  to ja nie jestem, a tu widzisz – tyle lat i cały czas razem.

Co jest fundamentem Waszego związku?

Nie ma nic gorszego, jak się nudzić domowo. Wrócić, zakrzątać i zdać się na telewizję czy radio. Nie boksujemy się z poczuciem, że nudne życie, że rano się budzimy i nie możemy  na siebie patrzeć. Łączy nas ogromna przyjaźń, zawsze możemy na siebie liczyć. Jeżeli coś trzeba pomóc, to już, tutaj, dawaj. Taka sprawa pod tytułem „wspólnota”.

Jakie macie wspólne pasje poza pracą?

Bardzo dużo czytamy. Dzidzia czyta w ogóle niesamowite ilości książek, które potem  pakujemy i wysyłamy do różnych bibliotek.  Ja w domu również pracuję: szkicuję, przygotowuję się do audycji. Wczoraj na przykład cały dzień chodziłem ze słuchawkami na uszach, bo chciałem przesłuchać parę zespołów z Przystanku Woodstock. Codziennie staramy się też pospacerować. Praca i coś, co wspólnego mamy – to nas trzyma.

Bardzo rzadko pokazujecie się razem.

Zazwyczaj wtedy, gdy dotyczy to Fundacji.

Nie jesteśmy bywalcami spotkań typu bankiety. Po prostu nie bardzo je lubimy. Krępują mnie wszelkiego rodzaju ścianki, na których cię fotografują i każą ci się uśmiechać. Dzidzia to w ogóle jest medialnie wycofana bardzo. Na palcach jednej ręki chyba bym policzył,  ilu udzieliła wywiadów.

Czy Twoja żona też jest tak emocjonalna jak Ty?

Ona jest bardziej wyważona. Emocjonalna tylko, gdy ktoś robi coś źle. Wszystko jedno, czy jest to osoba publiczna, czy nie – wtedy parę słów w stronę tej osoby puści. Jeśli coś jej się nie podoba, potrafi to otwarcie powiedzieć.

Wróćmy jeszcze do Twojej książki. Ujęła mnie dedykacja: „Pamiętajcie, że tata jest gotowy na każde wyzwanie”. Czego dotyczy ta deklaracja?

No na każde wyzwanie. Nie mówię o wyzwaniu typu „pomóż”, bo na to zawsze jesteśmy  z Dzidzią gotowi. Cokolwiek by się działo… Pomagamy. Ale też takie wyzwanie, że może coś razem zrobimy. Ja w to wierzę. Obie moje córki jeszcze ciągle są na etapie poszukiwania. Potrzeba może chwili, żeby powiedziały: „Proszę bardzo, jesteśmy!”. Może zrobimy swoją galerię? Gdzie będzie można napić się kawy i popatrzeć na obrazy. Na córki czeka, między innymi, ponad 400 obrazów, które zgromadziliśmy z żoną. Kolekcjonujemy młodą sztukę. Zaczęło się parę lat temu od aukcji młodych artystów, cena wywoławcza 500 złotych. Kupiliśmy jedno dzieło, drugie, trzecie. Wszystkie pieniądze, które zarabiam na wykładach, można powiedzieć: wróciły do ludzi, bo za nie kupiłem sztukę.

Jakich masz ulubionych artystów?

Nowosielski, Lebenstein – ale tylko faza rysunku, bo obrazy mają takie ceny… Jestem bardzo dumny, że mam ich rysunki. Młoda sztuka szalenie mnie zaintrygowała. Jest  paru artystów, których prace mi się bardzo podobają: Smolik, Poznysz, Hoppe-Sadowski… Obrazy wiszą w Fundacji, wystawiam je u znajomych, którzy mają gabinety stomatologiczne, kancelarie prawne, u mojej córki w restauracji. Wszystko wieszam i co i raz zmieniam, żeby ludzie sobie pooglądali. To mi sprawia przyjemność. Jedną z rzeczy, które sobie bardzo cenię, są zdjęcia Miltona Greena, osobistego fotografa najpiękniejszej amerykańskiej aktorki, Marilyn Monroe. I parę takich zdjęć także nabyłem. Oryginalnych, podstemplowanych przez niego.

Jesteś spełnionym człowiekiem?

Zdecydowanie. Mówię sobie: kurczę, zobacz, w jakim miejscu jesteś, jak dużo rzeczy osiągnąłeś, jak dużo rzeczy możesz zrobić z innymi ludźmi. Mam tylko maturę. Próbowałem na studia, nigdy nie wyszło. Porwało mnie wojsko, z którego udało mi się uciec. Często mówię, że dzięki Ludowemu Wojsku Polskiemu robię to, co robię, bo uciekając, musiałem symulować chorobę. Poznałem wtedy takie osoby jak Wojtek Eichelberger, Jacek Santorski, Ryszard Praszkier, Wojtek Krukowski, Rysio Kryska… Tyle rzeczy się wydarzyło! Więc pytasz, czy jestem spełniony? Jestem. A z drugiej strony jestem pełen napięcia z powodu rzeczy, które się teraz dzieją.

Wydaje  mi się, że Polska jako kraj idzie w kierunku, który… Kompletnie się z tym nie utożsamiam. Kompletnie. Nie utożsamiam się z zamaskowanymi ludźmi i z hasłami rasistowskimi. Utożsamiam się z ludźmi, którzy pokojowo poszli wiecować w sprawie sądów. Agresja rządzących mnie przeraża…

Myślisz, że jest szansa na zmianę?

Prędzej czy później to wszystko upadnie.  Nie ma szans, żeby akceptować coś, w czym jest taka agresja związana z dyskredytowaniem drugiej osoby.

Mam poczucie, że ktoś próbuje mi powiedzieć, jak powinienem się bawić. Ja się czuję patriotą, jakby co, to na barykady pierwszy pójdę, bo kocham ten kraj.