Skupia na sobie uwagę. Uważnie mi się przygląda przy powitaniu. Z góry na dół, z dołu do góry. Potem prosto w oczy. Za każdym razem kilka sekund zawieszenia, jakby mnie prześwietlała. Jej wzrok jest spokojny, trochę... szelmowski. Uścisk ręki podręcznikowy: nie za miękki, nie za silny, idealny. Taki zazwyczaj mają osoby pewne swojej pozycji, znające swoją wartość, spełnione.

Idziemy długim korytarzem redakcji TVN 24. Wszędzie pełno ludzi: dziennikarze, operatorzy, goście... Siedzą, stoją, biegają, przekrzykują się, rozmawiają przez komórki. Przyjemny szum, ferment. Od razu podnosi się ciśnienie. Za chwilę czeka mnie niespodzianka. W cichym gabinecie odkrywam kobietę zakochaną i radosną.

GALA: Ktoś wychowany w bloku to...

JUSTYNA POCHANKE: ...blokers.

GALA: Blokersi marzą o wielkich przestrzeniach i wysokich sufitach. Innym często śni się ogromny dom.

USTYNA POCHANKE: Nie miałam domowych marzeń. One się spełniły, zanim zdążyłam o nich pomyśleć. Lubiłam swoje blokowe życie. Może dlatego, że od dziecka boję się zostawać sama. Mam to zresztą do dziś. Skoszarowanie w bloku dawało mi poczucie bliskości z innymi ludźmi, mimo że bliskość w blokowisku była złudna. Jeden pił, inny się awanturował, jeszcze inny próbował spać, byle niczego nie słyszeć. W efekcie większość była sobie obca, ale może miałam szczęście do sąsiadów. A może to tylko blokerski sentyment...

GALA: Skąd te strachy i lęki przed domową samotnością?

JUSTYNA POCHANKE: Nie wiem. Nigdy nie byłam dzieckiem zostawianym. Nie bałam się duchów, diabłów ani zjawisk paranaturalnych. Ale czułam strach przed włamaniami, napadami i kradzieżami. Mieszkałam na pierwszym piętrze. Obmyślałam, jaką drogą złodziej może wejść do naszego mieszkania, śniły mi się liny, drabiny. Miałam dokładnie przemyślany plan ataku i... ucieczki. Obsesyjnie zamykałam okna. Wyczekiwałam, aż rodzina zaśnie, żeby zrobić nocny obchód i wszystko dokładnie pozamykać. Często dobiegał mnie zaspany głos mamy: „Justyna, to jest kompletne wariactwo! Otwórz chociaż lufcik!”. Próbowano mi bardzo racjonalnie wytłumaczyć, że nie potrzebujemy krat w oknach, ponieważ po płaskiej ścianie bloku nikt nie będzie się wspinał.

GALA: Podobno bojąc się czegoś obsesyjnie, prowokujemy los.

JUSTYNA POCHANKE: I ja sobie to wyśniłam. Przeżyłam próbę włamania: człowiekowi choremu psychicznie wydawało się, że w naszym mieszkaniu jest uwięziona jego narzeczona. Akurat trwała letnia burza z piorunami i nikt z sąsiadów nie słyszał moich rozpaczliwych krzyków z balkonu. Policja przyjechała dopiero po godzinie, sama po nich zadzwoniłam, a w tym czasie ten człowiek zdążył kopniakami wyłamać jeden z zawiasów i uchylić drzwi.

GALA: To panią wyleczyło?

JUSTYNA POCHANKE: Tak naprawdę trochę z tego lęku wyrosłam dopiero, kiedy zostałam mamą. Dalej mieszkałam w bloku, ale moja uwaga skupiła się na Zuzi i przestałam marnować noce na obmyślaniu planu ewakuacyjnego.

GALA: Mimo to przeprowadziła się pani za miasto.

JUSTYNA POCHANKE: Pierwszy odruch na myśl, że mam się przeprowadzić do domu, był kategoryczny: nie, nie i nie. Upierałam się, że mieszkanie to na tyle mała przestrzeń, że ją ogarniam i w całości widzę. A lubię wszystko widzieć. „Nie chcę, żeby moja rodzina gubiła się w przepastnym domu. Nie chcę dzwonić z komórki do Zuzi, która siedzi w swoim pokoju na piętrze i nie słyszy, jak ją wołam. „Poza tym po cholerę mi dom, z którego wychodzę do pracy w poniedziałek rano, wracam w piątek wieczorem?! Nie będę w stanie ani sama wysprzątać, ani nacieszyć się nim” – mówiłam do męża.

GALA: Jakich używał argumentów, by skłonić panią do zamieszkania w jego domu?

JUSTYNA POCHANKE: Zrobił to bardzo sprytnie. Nic nie mówił, tylko przez wiele długich miesięcy w każdy weekend mnie tam woził. Dom stał pod Warszawą, w pięknym miejscu na wiślanej skarpie. Przed nim rozciągał się bajkowy widok na pradolinę Wisły. Wokół hektar ziemi, las. Mąż woził mnie i oswajał. Mówił: „Zobaczysz, nigdzie się tak nie zregenerujesz jak na wsi. Od kwietnia do końca października będziesz mogła rano chodzić w szlafroku na bosaka po trawie i jeść śniadanie na dworze. Takie piękne drobiazgi”.

GALA: Też dałabym się uwieść.

JUSTYNA POCHANKE: Dzięki temu, że nie naciskał, i dzięki psom, w końcu się zdecydowałam. Mąż miał trzy psy, ja czwartego, wszystkie duże. Kochały wiejskie życie, nie umiały chodzić na smyczy, w bloku by nie wytrzymały. No i teraz mieszkam na wsi. Za miedzą nie stoi wielkie monitorowane osiedle z ochroniarzem, ale mieszkają ludzie, którzy żyją tu od pokoleń. Wszystkich domów jest może ze 20, 30? Widać zmiany, pojawiają się nowe samochody (kiedyś wszyscy pochylali się nad tym samym maluchem, żeby go naprawić), nowe dachy, anteny satelitarne. Powodzi im się coraz lepiej i pokolenie, które z tej wsi uciekło, teraz wraca. To fajne zjawisko. Zrozumieli, że dobrze jest wybudować nawet mały domek, ale na własnym kawałku ziemi.

GALA: Ważne jest, gdzie pani mieszka, czy tak samo liczy się – jak?

 

JUSTYNA POCHANKE: Wszystko, co jest wokół domu, i sam dom jest dla ludzi i dla zwierząt. Nie mogłam zaprosić architektów zieleni i pod ich kierunkiem urządzić bajecznego ogrodu np. w stylu francuskim, bo przetrwałby może dwa tygodnie. Jak posadziłam rododendrony, to moje psy wyrwały je z korzeniami i przyniosły mi w prezencie pod drzwi. Kiedy Zuzia posadziła sobie jeden mały krzaczek różany, musieliśmy otoczyć go warownym murkiem, bo inaczej zostałby oblany, obgryziony, wyrwany i przyniesiony pod dom. Jedyne, co u nas rośnie, to trawnik, regularnie zadeptywany, i iglaki, o ile tylko uda im się odrosnąć od ziemi, potem już sobie jakoś radzą.

GALA: W środku...

JUSTYNA POCHANKE:...jest podobnie. Nie ma sensu zamawiać pięknej, jasnej ani ciemnej podłogi z cudownego drewna, bo cztery psy i dwa koty doprowadzą ją do ruiny. Mamy kamienną posadzkę, łatwo zmywalną, ale za to podgrzewaną. Jak już zwierzęta wyszaleją się w ogrodzie, to potem wylegują się na niej, grzejąc swoje coraz starsze kości. W domu często panuje chaos. Nie ma starannej aranżacji. Są meble, które kupiłam, bo wpadły mi w oko, i takie, które pokutują tu od lat i właściwie nie wiadomo, co z nimi zrobić. To nie ma znaczenia. Nigdy ogród nie będzie ważniejszy niż zwierzęta, a meble ważniejsze niż rodzina. Dom nie jest eksponatem. Zresztą ten mój naprawdę nie wymaga upiększeń, bo jest niesamowity przez miejsce, w którym stoi.

GALA: W domu łatwiej się schować, znaleźć trochę samotności...

JUSTYNA POCHANKE: W domu nie szukam samotności, bardziej w pracy. Tam mam godziny spędzone w zamknięciu, sama ze sobą. Kiedy wracam z pracy, tęsknię do ludzi, do bliskości, do rodziny. Dobrze mi się kojarzy sobota. Wędrujemy z mężem z naszego domu do kawiarni, położonej około 5–8 km od nas, oczywiście jeśli jest piękna pogoda. Idziemy wąską, asfaltową dróżką, mijamy śliczne domki, znamy wszystkie psy, które obszczekują nas po drodze. Moje dziecko najczęściej odpada z tej wycieczki, wybiera rolki albo rower, bo w tym wieku spacer przed siebie to zajęcie bez sensu. Idziemy tam na kawę i... wracamy do domu. Bardzo to lubię. Budzę się rano z myślą, że za chwilę tam pójdziemy, i już mam frajdę. W niedzielę po południu rodzina wpada do nas „niezapowiedziana”. Mój brat, córka mojego męża z narzeczonym, mama... Uwielbiam ten moment. Jesteśmy rodziną gadającą, kłócącą się, pękającą ze śmiechu. Każdy z nas stara się opowiedzieć, co w pracy, w szkole, co w kinie, gdzie warto pójść, gdzie nie warto, jaki film jest świetny albo którą książkę trzeba przeczytać koniecznie.

GALA: Proste przyjemności.

JUSTYNA POCHANKE: Wszyscy teraz wspominamy rozmowy, spotkania z Gustawem Holoubkiem, bo był artystycznie wielki i po ludzku bardzo mądry. W jednej z rozmów sprzed chyba trzech lat powiedział coś, co mnie poruszyło: że bardzo szuka prostych rzeczy w życiu i bardzo tęskni do kontaktów z prostymi ludźmi. Bo prosty człowiek nie znaczy prostacki. Prosty człowiek to też błysk intelektu, poczucie humoru i dystans, ale jednocześnie bez komplikowania rzeczywistości na siłę i dla przydawania sobie fasonu. Rzeczywistość sama w sobie jest wystarczająco skomplikowana, po co ją, czasem pseudointelektualnie, motać. Mnie też proste rzeczy sprawiają radość, nazywam je w domu rytuałami.

GALA: Jednym z najważniejszych są rozmowy z Zuzią.

JUSTYNA POCHANKE: U mnie w rodzinie wszyscy są gadatliwi, więc od zawsze dużo do Zuzi mówiłam. Ostatnio rozmawiałyśmy o końcu świata, bo moje 12-letnie dziecko chodzi do szkoły katolickiej, gdzie ten temat był szerzej poruszany. Zuzia śpi na poddaszu, stryszku raczej, my z mężem na parterze. Dzieli nas tak naprawdę 10 schodków. „Fajnie byłoby spać razem” – mówi Zuzia. „Słuchaj – odpowiadam – teraz byłoby fajnie, ale za dwa lata powiedziałabyś: Ugryźcie się w nos. Warto docenić własny pokój”. Zuzia na to, bardzo sprytnie, dając mi na dobranoc buziaka: „Wiesz, mamo, że koniec świata może się wydarzyć w każdej chwili?”. „No, teoretycznie może” – dałam się podpuścić, co od razu wykorzystała. „No właśnie, czyli jak ty zejdziesz teraz na dół, położysz się spać i nadejdzie koniec świata, to będę tutaj SAMA!”.

GALA: Poddała się pani?

JUSTYNA POCHANKE: Zaczęłam rozpaczliwie szukać argumentów, w końcu znalazłam ratunek. „Kochana – mówię do mojego rezolutnego dziecka – zanim nastąpi koniec świata, pojawią się sygnały na ziemi i niebie, które go będą zapowiadać. Zapytaj siostry na religii, ona na pewno potwierdzi”. „Na przykład jakie?” – dziecko się nie poddaje, i tu brnę, wymyślam np. słynną bajkę o papieżu Murzynie i końcu świata, który po jego śmierci nastąpi. Zuzia na to: „Jezu, to Murzyn może zostać papieżem?!”. „Kochana, Murzyn może zostać, kim chce, nawet prezydentem USA. A przy ostatnich wyborach papieskich kardynał Arinze z Nigerii był poważnym kandydatem...”. Prowadząc takie rozmowy z dzieckiem, świetnie się czuję.

GALA: O czym wczoraj rozmawiałyście?

 

JUSTYNA POCHANKE: Powtarzałyśmy Polskę Piastów. Z przyjemnością dostrzegam, że ona już nie należy do pokolenia, które klepie lekcje bezmyślnie, tylko zastanawia się nad tym, co czyta. Mówi do mnie tak: „Wiesz, że Chrobry wykupił ciało św. Wojciecha za tyle kilogramów złota, ile Wojciech ważył?”. Ja: „No widzisz, czegoś się dowiedziałam, bo już o tym nie pamiętałam”. Zuzka: „W sumie nie miał wyboru, bo był sponsorem Wojciecha”. „Jak to sponsorem?” – lekko się zdziwiłam. „No, wysłał go do pogańskich Prus na misję i wyposażył w wojów, to się chyba nazywa, że zasponsorował jego wyprawę?!”. Zuzia jest też niesamowicie dowcipna. Parę dni temu wychodziliśmy z domu w przyśpieszonym tempie, ja wszystkich popędzam. Mąż w pewnej chwili rzuca: „Co mnie tak goni?! Zuzka natychmiast: „Ciesz się, że cię nie pędzi”. Śmialiśmy się z tego przez pięć minut w samochodzie. Rozmowy w samochodzie to nasz kolejny rytuał.

GALA: Podczas porannej jazdy z Zuzą do szkoły?

JUSTYNA POCHANKE: Kluczowe jest to pierwsze zdanie w samochodzie: „Mamo, to pogadajmy”. „Dobra Zuzka, to wymyśl coś”. „Nie, mamo, ty podrzuć temat”. Przez długi czas moje dziecko prowadziło ze mną dyskusje z tylnego siedzenia na temat tego, jak będzie fajnie w końcu przesiąść się do przodu. Ciągle było: „Mamo, kiedy?”. „Zuzka, jak skończysz 12 lat albo będziesz miała 141 cm wzrostu”. Teraz wreszcie obie mamy ten sam widok przed sobą, żadna nie jest poszkodowana. Po tak miłym poranku rozjeżdżamy się do swoich równoległych światów.

GALA: Mam poczucie, że jest pani po prostu szczęśliwa.

JUSTYNA POCHANKE: Jestem. Chyba osiągnęłam taki etap, że jest to szczęście pozbawione wyrzutów sumienia. Długo miałam lata emocjonalnie bardzo kruche. Liczyło się tylko moje dziecko i praca. To pomagało mi iść do przodu, nie skupiać się na sobie, nie rozdrapywać różnych ran z przeszłości, nie pogubić się. Dziecko pomaga dokonywać wyborów. Dobra praca reperuje psychikę. I nadszedł czas, kiedy mam prawdziwy dom, wspaniałego męża, fajne życie, dużo miłości. Kiedyś od razu pomyślałabym: musi być równowaga w przyrodzie, więc gdzieś mi się zawali. Pewnie w pracy, bo tam za długo było świetnie. Zawsze, kiedy zaczynałam się czymś cieszyć, pojawiał się jadzik, że sobie na to nie zasłużyłam. Ale wreszcie przestałam myśleć, że muszę „komuś” za to swoje szczęście zapłacić. Po prostu pozwalam się rzeczom dziać, a życiu toczyć. I mam duży wpływ na to, co mnie spotyka.