GALA: Masz teraz dobry czas jako kobieta?

JUSTYNA STECZKOWSKA: Fantastyczny. Niczego mi nie brakuje. Mam dwóch cudownych synów, uwielbiam ich, przebywanie z nimi to sama radość. Mam bardzo fajnego męża, z którym się dogadujemy i nawet jak się czasem zgubimy, miłości nam nie brakuje, żeby na nowo się odnaleźć ze zdwojoną siłą, i to jest super. Jesteśmy małżeństwem 9 lat, 11 lat żyjemy razem, ale znamy się jeszcze dłużej...

GALA: Czyli im dłużej, tym lepiej?

JUSTYNA STECZKOWSKA: Nie wiem. W młodych ludziach najbardziej drażni i pociąga ich bezczelność, wręcz bezwzględność, która sprawia, że zachowują się tak, jakby każdy z nich był pępkiem świata. Takie jest prawo młodości. Daje nam siłę, żeby wywalczyć sobie swoje miejsce w świecie. Ale żeby potem w tym świecie przetrwać, ludzie łączą się w pary. Jednak żeby być ze sobą, żeby to się udało, trzeba umieć zwracać uwagę na drugiego człowieka. To podstawa każdego związku, która niestety nijak się ma do tej młodzieńczej buty i zarozumiałości. Z czasem widać to bardzo wyraźnie. Niezwykle trudno stworzyć udany związek, założyć rodzinę, wychować szczęśliwe dzieci, będąc przekonanym, że samemu jest się pępkiem świata.

GALA: Tego można się oduczyć?

JUSTYNA STECZKOWSKA: Jeśli ci na tym zależy. My z dnia na dzień uczyliśmy się siebie nawzajem. Dziś potrafimy już bezbłędnie rozpoznawać trudne sytuacje i staramy się od razu je pacyfikować. Kiedy np. Maciek ma ciężki czas w pracy, robi skomplikowany projekt, siedzi cały dzień w pracowni i jest zdenerwowany, nie dzwonię do niego z histerią i płaczem – a niestety, zdarzało mi się to na początku małżeństwa – że ja tu siedzę sama z dzieckiem, on jest tam, ja sobie nie radzę, a przede wszystkim nie chcę sobie radzić, bo dziecko mamy wspólne i on musi mi pomagać. Już tak nie mówię. Wiem, że w takich chwilach Maciek ma wystarczające poczucie winy, że nie ma go w domu, a żona nie jest od tego, aby dodatkowo dobijać go fochami i pretensjami.

GALA: A co z twoim poczuciem winy, kiedy np. wyjeżdżasz na koncerty?

JUSTYNA STECZKOWSKA: Kiedyś, gdy wyjeżdżałam w trasę do jakiegoś miasta, po koncertach siedzieliśmy z muzykami w hotelu, oni dobrze się bawili, a ja czasami z nimi. Potem spaliśmy do południa. Byliśmy młodzi, mieliśmy czas, chcieliśmy się wyszaleć. Teraz po koncercie od razu chcę wracać do domu. Wszystko po to, bym mogła, choćby o 4 nad ranem, zasnąć w swoim łóżku, przytulona do męża, z dziećmi w pokoju za ścianą. Rano wstaję razem z rodziną i jestem mamą i żoną na pełny etat, a nie artystką.

GALA: To ładne, co mówisz. Zwłaszcza że w zawód artysty, jak twierdzą psychologowie, jest wpisana duża dawka egoizmu.

JUSTYNA STECZKOWSKA: Ciągle mi to ktoś powtarza, a ja się z tym nie zgadzam. Wychowałam się w dużej rodzinie, wszystkim musiałam się dzielić, nie zawsze miałam to, co chciałam. Ani mnie, ani Maćkowi nie było w życiu łatwo. Żadne z nas niczego z domu nie dostało oprócz miłości i wykształcenia, a to przecież najważniejsze. Wszystko, co osiągnęliśmy, zbudowaliśmy sami. Ja i on, tymi rękami, a ja jeszcze strunami głosowymi. Bozia dała mi talent do muzyki, co przez 15 lat swojej kariery nieraz udowodniłam. Jasne, że dbam o swoje potrzeby, ale nie uważam, że wybitny artysta musi być dupkiem na co dzień. To, że potrafię nagrać świetną płytę, nie oznacza, że mogę zachowywać się jak cham.

GALA: To dlatego nie zareagowałaś, kiedy w programie „Gwiazdy tańczą na lodzie” Doda mówiła do ciebie: „Nie dość, że daltonistka, to jeszcze głupiutka...”.

JUSTYNA STECZKOWSKA: Ona w swoim życiu powiedziała już tyle głupot, że kolejna niczego nie zmienia. Byłabym zmartwiona, gdyby coś takiego powiedział mi np. Mariusz Treliński, Irena Santor albo śp. Gustaw Holoubek... Wtedy te słowa głęboko by mnie dotknęły, bo to są artyści, którzy w swoim życiu osiągnęli tak wiele, że byłoby mi wstyd, że mają o mnie takie zdanie. Opinia Doroty Rabczewskiej nic nie znaczy. Dorota Rabczewska i Justyna Steczkowska to dwie skrajności. W muzyce, w sposobie robienia kariery, a przede wszystkim w życiu prywatnym. Moje życie i jej to dwa bieguny, jakby ona była biała, a ja czarna albo odwrotnie. Nic do siebie nie przystaje, nie da się tego połączyć. Nie oceniam ani tego, jak się zachowuje, ani tego, co robi. A jeśli komuś to się podoba, jego sprawa i nic mi do tego. Dla dziewczyn takich jak Doda też jest miejsce w show-biznesie, ale na innej półce. Po prostu.

GALA: Jednak cię zaskoczyła tym atakiem.

 

JUSTYNA STECZKOWSKA: Tak. Byłam kompletnie zaskoczona, zażenowana i to było widać... niestety. Łatwo zejść do poziomu przeciwnika, ale sztuką jest się szybko pozbierać, stanąć prosto i poprowadzić program do końca. Ten atak był dla mnie zupełnie niezrozumiały. W scenariuszu nie było nic, co mogłoby ją urazić. Gosia Andrzejewicz jest w pewnym sensie jej konkurencją, tak jak dla mnie Edyta Górniak, ale mimo to potrafimy szanować się wzajemnie, a nawet szczerze wspierać. Niepojęte jest dla mnie, że zaatakowała mnie już na wejściu, w pierwszym odcinku, a potem robiła to w każdym kolejnym. Po co, czemu to służy? Przecież ani ona, ani ja nie jesteśmy tam najważniejsze. Ważni są ludzie, którzy poświęcili ogrom czasu na treningi, żeby zatańczyć najlepiej, jak to możliwe, mieć swoje 5 minut, i oczywiście widzowie. Nieprawdą jest, że w przerwie płakałam i nie chciałam wrócić na lód. Owszem, po programie nie czułam się najlepiej. Miałam moment zawahania, bo pomyślałam, że powinnam się od tego odciąć. To nie jest mój świat i nie umawiałam się z producentami na takie „standardy”. Z drugiej strony poddać się? Odpuścić sobie naukę?

GALA: W tym programie Doda jest niczym gladiator – starcie z tobą traktuje jak igrzyska. Tyle że ty chyba nie za bardzo do tego pasujesz... Więc po co ci ten show?

JUSTYNA STECZKOWSKA: A po co Mel Gibson produkuje filmy, po co je reżyseruje, przecież jest aktorem! Niech tylko gra! A po co Kayah prowadzi festiwale albo siedzi w komisji programu rozrywkowego, przecież jest piosenkarką, niech śpiewa! A po co Barbra Streisand gra w filmach, produkuje filmy, reżyseruje, przecież śpiewa jak anioł i bogini? A po co Tina Turner reklamowała rajstopy, a Madonna chińską herbatę? A po co w ogóle wychodzić z domu, skoro można życie spędzić na kanapie przed telewizorem z puszką piwa w ręku?

GALA: W pytaniu „Po co?” nie ma przecież nic obraźliwego.

JUSTYNA STECZKOWSKA: Jest takie stare przysłowie mongolskie: „Boisz się? – Nie rób. Robisz? – Nie bój się”. A cały cyrk zostaw za sobą. W życiu, w pracy to się sprawdza. Nie podejmujesz wyzwań, ryzyka – stoisz w miejscu i oglądasz świat z perspektywy kury. Są ludzie, którzy często patrzą na to, co się dzieje tu i teraz, z pozycji kury właśnie, a nie potrafią spojrzeć na swoje życie z lotu ptaka. Ja uwielbiam wyzwania. Takim wyzwaniem był „Taniec z gwiazdami”, a teraz jest „Taniec na lodzie”, bo nie tańczę (o co proszono mnie już dwa razy), tylko jestem gospodynią tego programu razem z Maciejem Kurzajewskim. Przygotowuję się do tego, żeby za kilka lat wziąć udział w wielkim musicalu, ogromnym muzycznym show. Tam trzeba będzie robić na żywo bardzo różne rzeczy: śpiewać, grać, tańczyć, jednego pytać, drugiemu błyskotliwie odpowiadać, organizować, koordynować... Do tego trzeba być artystą multimedialnym. I ja już dziś zdobywam tę wiedzę.

GALA: A pieniądze?

JUSTYNA STECZKOWSKA: Są dla mnie tylko środkiem do celu, a nie celem. Zamiast kupić sobie megadrogie buty, sukienkę czy coś tam jeszcze, wszystko pakuję w moją nową płytę, która właśnie powstaje za granicą i którą usłyszysz już wiosną. Od lat sama wydaję swoje płyty, zamiast jęczeć, że nikt w Polsce nie chce mi na nie dać pieniędzy. Dzięki temu jestem wolna. Tysiąc razy można było przeczytać o mnie stek bzdur nie do strawienia, ale jednego nie można mi zarzucić i nikt poważny tego nie zrobił – że robię muzykę pod publiczkę i dla kasy oraz że nie umiem śpiewać. To oznacza, że do mojego końca jeszcze kawał drogi.

GALA: Chyba nie jest ci łatwo. Brukowce często się nad tym programem pastwią.

JUSTYNA STECZKOWSKA: Czasami mam wrażenie, że w tym kraju byt artysty to jest wirtualna rzeczywistość. Artysta żyje głównie na portalach plotkarskich i w brukowych gazetach, gdzie można o nim napisać, co się tylko chce. Jak w grze komputerowej: jest game over, zabiliśmy bohatera, ale on zaraz wstanie i pójdzie dalej.

GALA: Coś szczególnie cię dotknęło?

JUSTYNA STECZKOWSKA: Byłam w szpitalu onkologicznym w Łodzi odwiedzić dzieci chore na białaczkę. Zaproszono mnie, a w takich sytuacjach nie potrafię odmówić, bo sama mam dzieci i domyślam się, jakie to musi być dla rodziców trudne. Umówiliśmy się z organizatorem tego spotkania, że nie będzie zapraszał mediów. Przyjeżdżam, paparazzi są... i jest też za późno na to, żeby dociekać, skąd się dowiedzieli. Poprosiłam, żeby okazali chociaż elementarny szacunek tym ludziom, i muszę przyznać, że zachowali się z klasą! Za każdym razem czekali na zgodę rodziców, kiedy odwiedzałam dzieci w ich szpitalnych salach. Potem fotografowaliśmy się razem, a dzieciom obiecali, że dostaną e-mailem zdjęcia. To było pełne zrozumienia i szacunku. Przyniosłam dzieciom płyty, które mogły wygrać w konkursie, uśmiech i trochę dobrej energii, bo nic więcej nie mam. Wcześniej przesłałam trochę książek i gadżetów. Z każdym maluchem rozmawiałam osobno, zostałam w szpitalu kilka godzin. Parę gazet napisało krótką, rzetelną relację z tego, jak było, ale „Express Ilustrowany” zupełnie odwrotnie. Brzmiało to mniej więcej tak: Steczkowska była w szpitalu, spóźniła się dwie godziny, dzieci czekały, wpadła i wypadła, bo miała mało czasu, rozdawała dzieciom swoje roznegliżowane zdjęcia, dzieci musiały zgadywać tytuły jej płyt, jeśli chciały je dostać na pamiątkę, ale nikt nie znał żadnych jej piosenek... Po godzinie „artykuł” przedrukowało kilka internetowych portali, każdy dodał swoje pięć groszy. Komentarz był taki, że jestem wredną, zapomnianą artystką, chorobliwie ambitną i bez serca, bo śmiertelnie chore dzieci wciągam do promocji swojej osoby... Wiele razy już mnie opluwano. Wydawało mi się, że jestem na to odporna, ale wtedy siedziałam przed komputerem i łzy mi się lały jak grochy.

GALA: Pozwałaś do sądu jedno z tych pism.

 

JUSTYNA STECZKOWSKA: Na wakacjach byliśmy z rodziną w prywatnym hotelu. Na prywatnej plaży opalaliśmy się nago: ja, moje dzieci, moja przyjaciółka i siostra. Mamy prawo. Ale znowu muszę się tłumaczyć, że ani moi rodzice, ani ja nie uważamy, że w nagości jest coś nagannego. Człowiek rodzi się nagi, nago się kocha... W każdym razie plaża była w tej części pusta, a na niej tylko my. Ci, którzy opalali się w strojach kąpielowych, korzystali z basenu przy hotelu. My, wracając na basen, byliśmy również ubrani. Jakaś gnida musiała obserwować życie mojej rodziny przez dwa tygodnie. Pamiętam, że zanim się rozebrałam, rozejrzałam się na wszystkie strony. Dookoła były wysokie skały i na nich drzewa, ale na Boga, człowiek nie może kontrolować się 24 godziny na dobę i to na wakacjach!

GALA: Wracasz z...

JUSTYNA STECZKOWSKA: ...Turcji po dwóch tygodniach cudownych wakacji i widzę siebie nago na okładce codziennej gazety! Na drugi dzień ponownie widzę swoje zdjęcie nago, a pod spodem komentarze różnych „autorytetów”, czy Steczkowska powinna się rozbierać na wakacjach, czy nie. Udzielono mi lekcji moralności! Potem na wszystkich portalach balanga słowna moim kosztem. A ja nigdy nie rozebrałabym się dla żadnej gazety pomimo wysokich honorariów, wycieczek na Seszele czy innych kuszących przywilejów. Wiem, że wtedy patrzy się na kobietę jak na gołą kobietę, a nie jak na kobietę, która jest muzykiem i chce być kochana oraz szanowana za to, co robi, a nie jak wygląda. Odarto mnie ze wszystkiego, co mam. Z talentu, osobowości, mojego wnętrza. I to się dokładnie sprawdziło. Idę ulicą po tych publikacjach, stoi facet oparty o taksówkę, z papierosem w ustach. Na mój widok cmoka: „No, pani Steczkowska, no, fajna z pani babka na golaska. Gazety nie kłamią”. Poczułam się, jakby mnie ktoś zmieszał z błotem. Czy ja się zgadzałam, żeby on mnie oglądał nago?! Dlatego nie odpuszczę. Sprawa jest w sądzie, czekam na rozprawę. A jako puentę tylko dodam, że po dwóch miesiącach ląduję nago (ta sama podglądana bez mojej zgody i wiedzy sesja) w kolejnym brukowcu, u boku innych nagich, podglądanych pań, z opinią kolejnego „specjalisty” od pomyj, że mam piersi w kształcie gruszki, a świadczy to o tym, że jestem w seksie jakaś tam, nie pamiętam. Serial – koszmar nie kończy się nigdy.

GALA: Twój mąż się na to uodpornił?

JUSTYNA STECZKOWSKA: Maciek jest aniołem. Ten świat do niego nie dociera i on do niego nie zagląda. Mamy taki układ, że jeśli coś szczególnie mnie zaboli i chcę o tym porozmawiać, to rozmawiamy. Ale nie należę do kobiet, które gdy tylko mają problem, biegną do męża na skargę. Staram się nie przynosić tego syfu do domu, żal mi na to czasu. Wolę pobawić się z dziećmi, zrobić szarlotkę, upiec chleb, uprawiać seks z mężem albo po prostu przytulić się do niego na kanapie i pooglądać fajny film, niż leżeć w łóżku i biadolić, że znowu ktoś mnie obsmarował. Dzięki za taką żonę!

GALA: A praca Maćka?

JUSTYNA STECZKOWSKA: Rozmawiamy o niej, kiedy zdarzają się rzeczy wyjątkowe. Niedawno Maciek miał duży kontrakt do podpisania i była tam nie do końca dla niego jasna sytuacja. Chodziło bardziej o moralną stronę tego kontraktu niż o konkretną architektoniczną pracę, której wymagał. I o tym rozmawialiśmy dużo, ale Maciek decyzję podjął sam. Jest przekonany, że pewnych granic się nie przekracza za żadne pieniądze. Byłam z niego dumna. W domu głównie rozmawiamy o dzieciach: o sytuacjach Leona w szkole, zębach małego, o które strasznie dbamy, a wciąż są z nimi problemy. O ogrodzie, czy trawa skoszona, czy dosadzamy nowe drzewa, kiedy wykopiemy staw. Że żarówka nie świeci na ganku. Przy tematach polityczno-społecznych i religijnych czasem dochodzi do głębokiej wymiany poglądów z mamą, ale to takie twórcze sprzeczki. Razem czytamy książki, jak mam więcej czasu, robię zdjęcia. To jest moje prawdziwe szczęście.

GALA: Kto był na pierwszych zdjęciach?

JUSTYNA STECZKOWSKA: Dzieci – z różnych stron świata, z mojej rodziny, sąsiada, znajomych. Potem zatrzymywałam w kadrze ulotne chwile miłości i szczęścia na ślubach krewnych, znajomych, a czasem nawet nieznajomych! Robiłam własnoręczne albumy, przyklejałam zdjęcia, a na początku nawet je ręcznie obrysowywałam. Od Joasi Brodzik, z którą wtedy często się spotykałyśmy, dostałam profesjonalną książkę o fotografii.

GALA: Domyślam się, że dokładnie ją sobie przeczytałaś.

JUSTYNA STECZKOWSKA: I postanowiłam nauczyć się robić zdjęcia w studiu, gdzie trzeba już samemu ustawiać światło. Potrzebowałam modeli, pojawiły się moje siostry, ciotki, przyjaciółki, koleżanki. Zaczęłam robić portrety i na nich trenowałam. Wszystkie zaskórniaki, które miały pójść na nowoczesny krem, ciuchy czy inne przyjemności, wydawałam na kolejne części do mojego aparatu i wynajęcie studia fotograficznego. Przez parę lat zrobiłam mnóstwo portretów i trochę kobiecych aktów. Niektóre były naprawdę piękne. Kobiety nie wstydziły się przede mną swojej nagości, wiedziały, że do ich ciała podejdę z szacunkiem i zamiłowaniem do piękna. Ufały mi, bo nigdy do niczego nie zmuszałam, nie namawiałam. Opowiadałam, jak mogą wyglądać na takim zdjęciu, i czekałam na ich decyzję.

GALA: Podobają się sobie?

JUSTYNA STECZKOWSKA: Zazwyczaj są bardzo szczęśliwe, gdy oglądają się potem na tych zdjęciach. Uderzające jest, jak często kobiety nie zdają sobie sprawy z tego, że są piękne. Bez żadnej kokieterii. Kiedy robisz komuś nagie zdjęcie, nie ma miejsca na kłamstwa. Niektóre z nich nie wyniosły poczucia własnej wartości z domu i tak od dzieciństwa to się za nimi ciągnie. Bywa czasami, że trudno im z tym żyć. Jednym z moich największych skarbów, jakie dostałam od rodziców, jest wiara w siebie, która już tyle razy pomogła mi się nie złamać.

GALA: A co teraz daje ci siłę?

 

JUSTYNA STECZKOWSKA: Wiem, że gdyby w moim życiu osobistym działo się źle, gdyby nie było mojego męża, dzieci, nie miałabym tej energii i pary. Dlatego każda, nawet drobna sprzeczka z Maćkiem i choroba dzieci natychmiast wytrącają mnie z równowagi, kompletnie osłabiają. Raz otarliśmy się o śmierć synka. Wylądowaliśmy przerażeni w szpitalu i miałam tylko jedno w głowie: „Jezu, ochroń moje dziecko”. Po każdej kłótni z Maćkiem myślę sobie: „Boże, ale po co myśmy się pokłócili”. Wtedy świat zewnętrzny i sukcesy zawodowe są tak małe, że w ogóle ich nie widzisz, stają się niepotrzebne.