GALA: Ostatnio na waszym występie w Sali Kongresowej siedział obok mnie pan, który tak się śmiał, że aż dostał czkawki. Czy to typowe zachowanie podczas waszych występów?

ROBERT GÓRSKI: Czkawki, naprawdę? Nie, tego jeszcze nie słyszałem. A długo go ona męczyła?

GALA: Przez cały skecz o galerii i początek o wizycie księdza.

ROBERT GÓRSKI: Czyli lubi klasykę. Ale to miło, dla nas taka czkawka to komplement. Nawet nie zdaje pani sobie sprawy, ile jest rodzajów i sposobów na śmiech. Niektórzy gwiżdżą, sapią, dyszą, rechoczą, płaczą, zsuwają się pod krzesło, zasłaniają twarze golfami. Mój ulubiony numer to taki, kiedy wszyscy już milkną, a gdzieś na widowni znajdzie się jedna duszyczka, która nadal nie może się opanować. Dostaje aż konwulsji. Takie okazywanie zadowolenia jest dla mnie najbardziej zaraźliwe.

GALA: Jakie to uczucie, kiedy stoi się na widowni i widzi tłum ludzi patrzących na was z wykrzywionymi twarzami. Nie czujecie się wtedy jak małpy Bruegla z wiersza Szymborskiej?

ROBERT GÓRSKI: Kabareciarstwo to misja. Naszym zadaniem jest uszczęśliwianie ludzi. Razem z biletem sprzedajemy im odrobinę zapomnienia. Kiedy nasze skecze witane są aplauzem, śmiechem, płaczem, to dla nas tylko znak, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty. Oczywiście, akcja – reakcja istnieje i tak samo jak my jesteśmy obserwowani, i my obserwujemy, i nie zawsze jesteśmy w stanie zachować powagę.

GALA: Odrobina zapomnienia? Ale przecież w waszych skeczach przypominacie o niezapłaconych rachunkach, kiepskich mężach i o polityce.

ROBERT GÓRSKI: Tak, ale to obraz przerysowany, bardziej abstrakcyjny niż realny.

GALA: Czyli taka pani Kowalska idzie na wasz kabaret, tam wyśmiewa swoje frustracje, potem wychodzi i jest zadowolona. Bo chociaż jej mąż nie wygląda jak Brad Pitt, to jednak chodzi do pracy i nie ma na imię Bożydar.

ROBERT GÓRSKI: (długi śmiech) Mniej więcej tak.

GALA: Niektóre wasze teksty stały się kultowe. Np. ze skeczu pt. „Jak wyrywać lachony” tekst: „Maleńka, wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia czy mam przejść przed tobą jeszcze raz”, stał się tak znany jak np. ten z filmu „Psy”, kiedy to Bogusław Linda mówi: „Bo to zła kobieta była”. Staliście się klasykami. Jakie to uczucie?

ROBERT GÓRSKI: Cudowne, wtedy czujemy spełnienie, wiemy, że misja dobiegła końca, oczywiście w zakresie tego żartu.

GALA: Proszę wyobrazić sobie taką sytuację. Macie premierę skeczu, waszym zdaniem bardzo udanego. Kończycie, czekacie na reakcję publiczności. A oni nie śmieją się, ziewają albo co gorsza, wyjmują kanapki. Co wtedy robicie?

ROBERT GÓRSKI: A potem budzę się i wiem, że to był tylko zły sen. Okropny, bo mnie się tylko sny erotyczne śnią. Obracam się wtedy na drugi bok i znów zasypiam. I powracam do przyjemniejszych tematów. A tak naprawdę, zaczynamy trochę improwizować, wysyłamy jakąś superminę gratis. Jeżeli wszyscy jesteśmy do danego skeczu przywiązani, dajemy mu jeszcze jedną szansę. Trochę go przerabiamy, dopieszczamy i po takim „tuningu” obserwujemy reakcję widzów. Czasami trzeba dać za wygraną, to też wielka sztuka.

GALA: Dlaczego tyle lat czekaliście na wydanie płyty z piosenkami?

ROBERT GÓRSKI: Również nie możemy się nadziwić. Planowaliśmy wydać piosenki co najmniej od 5 lat. Ale jak przyszło co do czego i rozpoczęliśmy nagrania, okazało się, że to będzie trwało znacznie dłużej, niż myśleliśmy.

GALA: Liczba waszych skeczy jest imponująca. Skąd się biorą te wszystkie pomysły i co to jest twórcza erekcja?

ROBERT GÓRSKI: Po prostu mam łeb jak sklep. Życie i przypadki z dnia codziennego skutecznie mnie podkręcają. Ostatnio chciałem kupić drzwi do mieszkania i pan sprzedawca pyta mnie: „Lewostronne czy prawostronne?”. Nasza rozmowa wydała mi się tak abstrakcyjna, ponieważ kompletnie nie wiedziałem, o co mu chodzi. Już wkrótce będzie można o przygodzie z drzwiami usłyszeć w najnowszych skeczach.

GALA: „Historia świata” stworzyła kolejne kultowe postaci. Benito zielona pietruszka zabija komara hełmem, a wielki mały Napoleon nie ma kieszeni w spodniach, bo broń trzyma w skarpetkach. Czy oni przejdą do historii tak samo jak doktor Posuwała i dziadek Barnaba?

ROBERT GÓRSKI: Miejmy nadzieję, że tak. Jak już powiedziałem, kabareciarstwo to misja, niech więc się spełnia.

GALA: A co bawi Kabaret Moralnego Niepokoju?

ROBERT GÓRSKI: Żarty bez cenzury wymyślane przez nas po występach w naszym samochodzie. Ale dla nas lepiej będzie, jeżeli one nie ujrzą światła dziennego. Nigdy.

GALA: Aż tak do was nie przystają?

ROBERT GÓRSKI: Trochę, a my dbamy o swój wizerunek.

GALA: Jaki to wizerunek?

ROBERT GÓRSKI: Kulturalnych, grzecznych kabareciarzy (śmiech).

GALA: Jakie żarty najbardziej podobają się widzom?

ROBERT GÓRSKI: Śmieszne. A tak na serio, to istnieje coś takiego jak ewolucja humoru. Kiedyś skecze o polityce cieszyły się dużą sympatią. Teraz absurdalne, groteskowe przejaskrawienia.

GALA: A kim pan by był, gdyby nie był kabareciarzem?

ROBERT GÓRSKI: Prawdopodobnie, jak inni moi koledzy, absolwenci filologii polskiej, miałbym przed sobą dwie drogi: nauczanie lub pracę w reklamie. Tak więc teraz pewnie pracowałbym w agencji reklamowej.