GALA: Przed twoimi trzydziestymi urodzinami zobaczymy w kinach „Generała” Anny Jadowskiej, gdzie grasz 30-letnią Zosię, ukochaną córkę generała Sikorskiego. To piękny prezent.

KAMILLA BAAR: Wymarzona sytuacja i dla aktorki, i dla kobiety, bo to była niezwykła postać. Żołnierka, prawa ręka generała, ale też bardzo krucha, eteryczna kobieta. Jej mąż zostaje uwięziony w oflagu, ona pisze do niego listy pełne miłości, ale jednocześnie wdaje się w romans. Jej związek z mężem zawsze był romantyczny, niemal platoniczny, a związek z porucznikiem, który jest silnym, pełnym pasji samcem, bardziej gwałtowny, namiętny.

GALA: Ale dla wszystkich fascynujący był jej związek z ojcem generałem.

KAMILLA BAAR: Ojciec to najważniejszy mężczyzna jej życia. Zośka pełniła funkcję jego sekretarki i tłumaczki, była jego powierniczką. W przeciwieństwie do ojca była towarzyska, z ogromnym poczuciem humoru. Generał ufał jej bezgranicznie. A tymczasem jego żona żyła na obrzeżach rodziny, po wojnie samotnie zmarła. Film opowiada o dwóch dniach z życia generała. Nie znamy całej prawdy, można tylko spekulować. Wiadomo, że przed odlotem do Kairu – skąd lecieli na Gibraltar – Churchill, który podobno się w Zośce kochał, błagał ją, żeby nie leciała. Być może czegoś się domyśliła, ale powiedziała: „Cokolwiek miałoby się wydarzyć, chcę być przy ojcu i będę”.

GALA: Wiem, że ten film jest też dla ciebie ważny z powodów  prywatnych.

KAMILLA BAAR: Darek Baliszewski, historyk, który czuwał nad scenariuszem, opowiedział mi o tej niezwykłej relacji. Odkryłam, że w domu Sikorskiego układ był przedziwny – on i córka plus żona. W naszym domu – klasycznie – mama i tata plus my, trójka dzieci. Tam córka była partnerem, u mnie hierarchia była z góry ustalona, czyli rodzice pokazują dzieciom świat na swoich zasadach. Czasami się buntowałam. Dziś wiem, że taki podział jest najzdrowszy i dobrze porządkuje dziecięcy świat. Rodzice mają swoją przestrzeń, dzieci swoją. Nagle dotarło do mnie, ile się zmieniło. Moi bracia są już młodymi mężczyznami, a ja od ponad dziesięciu lat jestem samodzielną kobietą. Mieszkam w Warszawie, rodzice na Śląsku. Widujemy się, kochamy się, ale nigdy nie było czasu, okazji ani zwyczaju, żeby porozmawiać o sprawach ważniejszych i głębszych niż codzienność.

GALA: Wtedy zadzwoniłaś do taty?

KAMILLA BAAR: Zaczęłam o nas rozmyślać, od tego się zaczęło. Na tym chyba polega dojrzałość, że człowiek w pewnym momencie przestaje czuć żal do rodziców, że coś tam się kiedyś wydarzyło albo nie wydarzyło, że ktoś coś komuś powiedział albo nie powiedział. W każdej rodzinie są sprawy nieprzegadane, niewyjaśnione, ale po latach nie mają już znaczenia. Wiele czasu zajęło mi to, by się emocjonalnie otworzyć. Nauczyć mówić, co czuję. Od dziecka byłam „emigrantką”, miałam swój pokój, żyłam w świecie książek, trudno było do mnie dotrzeć. Nagle uświadomiłam sobie, że mam prawie 30 lat, a nie potrafię tak po prostu okazać uczuć mojemu tacie. Powiedzieć, jak jest dla mnie ważny, że go podziwiam, szanuję, bardzo za nim tęsknię. Wiedziałam, że on to wie, ale nigdy tych kilku słów nie potrafiłam powiedzieć na głos. Pamiętam, jak zobaczyłam zdjęcie Zośki w mundurze, zaczęłam się śmiać.

GALA: Dlaczego?

KAMILLA BAAR: Przez pół dzieciństwa człowiek w mundurze kojarzył mi się z tatą. Mieszkaliśmy wtedy w Poznaniu, tata chodził do pracy w wojsku. Przez pięć lat byłam jedynaczką, więc cały wolny czas spędzaliśmy we trójkę. Uwielbialiśmy chodzić do zoo. Moim ukochanym zwierzakiem był hipopotam. Tata, by mnie rozśmieszyć, udawał, że rzuca mu swój aparat fotograficzny na pożarcie, wtedy hipcio szeroko otwierał paszczę, a ja byłam w siódmym niebie. Kiedy pojawili się moi bracia, tata porzucił wojsko, przeprowadziliśmy się do Tych. Wspólnych chwil było coraz mniej. Utkwiło mi w pamięci, jak poszliśmy do kina Halka na film o Indianie Jonesie. Było dużo ludzi i siedzieliśmy na balkonie. Byłam mała, a barierka była tak nisko, że zasłaniała mi cały ekran. Musiałam usiąść tacie na kolanach, żeby cokolwiek widzieć. I naukę jazdy na nartach pamiętam. Tata czekał, aż skończę lekcje i śmigaliśmy do Szczyrku.

GALA: Tata widział cię jako żołnierza?

KAMILLA BAAR: Nigdy, na szczęście. Ale chciał, żebym studiowała elektronikę, więc ciągle pokazywał mi podzespoły i tłumaczył, jak działają (śmiech). Dzięki temu dziś sprawy elektroniczne mnie nie przerażają. Kiedy na planie zdjęciowym założyłam mundur, poprosiłam fotografa o stos zdjęć i rozesłałam bliskim, żeby się pośmiali. Dużo lepiej w nim wyglądałam, niż się czułam. Uwierał mnie pewien rodzaj usztywnienia, męskości. Stawałam się bardziej zasadnicza, czułam też, że ludzie odruchowo traktowali mnie poważniej. Nie zaciągnęłabym się do wojska, to wiem na pewno.

GALA: W filmie rolę generała gra Krzysztof Pieczyński. Odnalazłaś w nim ojca.

 

KAMILLA BAAR: Kiedy go zobaczyłam w mundurze, pomyślałam: „Boże, to jest ojciec. Ostoja, spokój, poczucie bezpieczeństwa, siła wewnętrzna”. Krzysiek uruchomił we mnie tęsknotę. Obudziło się we mnie jakieś instynktowne zaufanie do mojego taty, nie wiem, jak to precyzyjnie sformułować. Poczułam, jakbym od dawna szukała pretekstu, żeby opowiedzieć mu o sobie. Żeby zobaczył we mnie kobietę, bo ja już nie jestem tą małą dziewczynką z papużką, która stoi przed jego obiektywem.

GALA: Wytłumaczysz mi to?

KAMILLA BAAR: Mój tato fotografuje. Z dzieciństwa pamiętam go z wiecznie przewieszonym przez ramię aparatem Zenit, który zresztą wiele lat temu mi podarował. Przez jakiś czas hodował łąkówki, wspaniałe, malutkie papugi z Ameryki Południowej, bajecznie kolorowe. Klatka z ptaszkami była ogromna, zajmowała całą ścianę. Któregoś poranka tata obudził mnie, bo urodziły się małe papużki. Miałam wtedy może pięć lat i byłam przeraźliwie małym, anemicznym chudzielcem. Na tym czarno-białym zdjęciu stoję zatopiona w za dużym szlafroku, włosy mam od snu naelektryzowane, fruwają we wszystkie strony, a w dłoniach trzymam malutką papużkę. Ledwo się wykluła, nieopierzona, z zamkniętymi oczami i wyciągniętymi do góry, łysymi skrzydełkami, ale ja patrzę w obiektyw w totalnym zachwycie. Dwa bezbronne życia, tego maleństwa i moje.

GALA: Jako kobieta kochasz ojca za...?

KAMILLA BAAR: Za to, że zawsze brał się z losem za bary. Jest niezmordowany, ma swoje pasje, zmieniał często zawód i uparcie szukał swojego miejsca. Od lat np. jeździ na nartach, ale ostatnio przerzucił się z narciarstwa zjazdowego na slalom i w wieku 50 lat startuje w zawodach z 20-latkami. Elektronika zawsze była jego pasją. Nie zapomnę, jak próbował z kalkulatora zrobić pilota, ale chyba zabrakło mu czasu. Uznawał tylko stare samochody, w których mógł całymi dniami grzebać. Dopiero od dwóch lat jeździ nowym audi. Był jednym z pierwszych, którzy mieli kino domowe, udoskonalone oczywiście własnymi rękami. Mógł jeść suche bułki dwa tygodnie, ale najlepsze kolumny musiał mieć.

GALA: Czym cię ostatnio zaskoczył?

KAMILLA BAAR: Przyjeżdżam do domu na święta, a co robi mój tata? Hoduje rybki i to żadne tam pospolite welonki! Zaaranżował akwarium na całą ścianę, jak ze zdjęć w „National Geographic”, a w nim rafa koralowa, ryby minibarakudy i inne egzotyczne okazy. Jestem dumna z taty, że udało mu się przekonać mamę, by zaczęli pracować na własny rachunek. Moja mama od lat prowadziła państwowe przedszkole, ale to ona przyciągała tam dzieci i ich rodziców. W końcu dała się tacie przekonać i założyli przedszkole niepubliczne. Realizują program autorski i mają zapisy na rok 2011! A tata został prezesem (śmiech).

GALA: 30 lat, może czas na bilans?

KAMILLA BAAR: Podstawowa zmiana w życiu osobistym to rozstanie z Wojtkiem, moim mężem. Poczułam, że nie jestem w życiu na swoim miejscu i postanowiłam to zmienić po ośmiu latach związku. Miałam 18 lat, kiedy przyjechałam do Warszawy. Nie znałam nikogo. Wojtek od razu stał się moim domem, życiem, rodziną. Byliśmy ze sobą non stop, razem i w domu, i w pracy, bez wytchnienia. Kiedyś nasz kolega powiedział, że ludzie powinni być różni w związkach, ale nie za bardzo. Różnice, które przez lata pojawiły się między nami, przestały być budujące, rodziły konflikty. Teraz, kiedy o tym myślę, potrafiłabym wyznaczyć te najważniejsze punkty i naszkicować taką mleczną drogę, która nas we dwoje doprowadziła do tego rozstania. Najtrudniejsze jest to, że nikt nie był winny.

GALA: Rozstanie przynosi uwolnienie?

KAMILLA BAAR: Uwolnienie przyszło z prawdą. Wierna dewizie taty, że trzeba samemu sobie w życiu radzić, nie chciałam pomocy innych. Kobiecą słabość, kruchość uważałam za coś niefajnego, gorszego. Teraz mam 30 lat i wiem, że w związku potrzebna jest równowaga pomiędzy siłą mężczyzny a delikatnością kobiety. Nie wstydzę się już myśleć, że kobieta ma prawo być bezradna, powiedzieć: „Nie wiem, nie potrafię, pomóż mi”. Kiedyś, jak podejmowałam trudną decyzję, zawsze wybierałam opcję gorszą dla siebie, żeby tej drugiej strony nie zranić. Dziś mówię na głos, co jest dla mnie dobre, a co złe, tego nie chcę, na to się nie zgadzam, bo mi szkodzi. To wielka ulga przyznać wreszcie, nawet na takim podstawowym poziomie, że lubię tulipany, a nie róże, że wolę kawę bezkofeinową, a nie latte, niż zastanawiać się, czy jak powiem, że wolę wodę od soku, to kogoś nie urażę.

GALA: Rozmawiałaś z tatą na ten temat?

KAMILLA BAAR: Bardzo dużo i bardzo mi pomógł. Moi rodzice są razem 30 lat. Tata opowiadał, że kiedy zobaczył mamę, a konkretnie jej stopę w rozmiarze 36, jego pierwszą myślą było: „To jest kobieta mojego życia”, więc od razu została jego żoną. Scenariusz mojego życia jest inny, ale od taty usłyszałam najpiękniejsze słowa, jakie mógł mi powiedzieć. Że przyjmie każdą moją decyzję, ponieważ jego największym marzeniem jest to, żebym była w życiu szczęśliwa.