Powinien zostać księdzem. Tak przynajmniej uważała pewna niemiecka wróżka, do której na początku lat 40. wybrała się matka Karla. Przepowiednia nie ucieszyła jednak Elisabeth Bahlmann Lagerfeld. Wręcz przeciwnie. Była przerażona. Od lat deklarowała, że jest ateistką. „Nie ma nic gorszego niż katolickie wychowanie” – powtarzała, gdy sąsiadki próbowały namówić ją na wspólne wyjście na mszę. W obawie przed tym, że jej jedyny syn założy kiedyś habit, postanowiła więc zrobić wszystko, by temu zapobiec. Zabroniła mu chodzić do kościoła i bawić się z dziećmi, którym rodzice kazali odmawiać „zdrowaśki” przed spaniem. Pozwalała jednak na to, by jej nieco zniewieściały syn przeglądał modowe katalogi i sam wybierał sobie stroje, w których będzie się pokazywać na podwórku. Pozwalała także na to, by kilka lat później sypiał pod jej dachem z chłopakami. „Jedni są blondynami, drudzy mają zielone oczy, a jeszcze inni mają homoseksualne ciągoty” – tłumaczyła Karlowi, gdy ten miał obawy, czy słusznie postępuje, przyprowadzając do domu kolejnych towarzyszy. „Rób zawsze to, na co masz ochotę, i zaufaj swojej intuicji” – powtarzała w kółko, aż nieśmiały chłopak wreszcie uwierzył w jej słowa. Pewnego dnia spakował walizki i wyjechał do Paryża, by zrewolucjonizować rynek mody. Chciał zostać projektantem i ubierać księżniczki.

WSKRZESIĆ NIEBOSZCZYKA

Oczywiście dopiął swego. Pierwsze zawodowe szlify zdobywał w atelier Pierre’a Balmaina, a później u Jeana Patou. Przez lata pracował dla francuskiej marki Chloé. Jednak prawdziwy rozgłos zyskał dopiero wtedy, gdy w latach 80. zatrudnił go podupadający dom mody Chanel. „To dzięki mnie ta umierająca marka znowu zaistniała na rynku. Starałem się otworzyć umysły skostniałym krawcom Chanel. To był pierwszy krok, żeby zainteresować młodsze klientki. Niektórzy uważali, że to, co robiłem, było zbyt awangardowe i Coco na pewno przewraca się w grobie. Odpowiadałem im wtedy: »To dobrze, niech się przewraca, to znaczy, że duch Chanel ciągle żyje«” – powiedział dziennikarzom Lagerfeld. Dzisiaj, po 25 latach panowania we francuskim domu mody, już nikt nie ma odwagi krytykować mistrza Wszyscy liczą się z jego zdaniem i dobrze wiedzą, że to on dyktuje warunki w świecie mody. Ostatnio jednak zamiast o projektach Lagerfelda, które co sezon powalają wszystkich na kolana, wszyscy dyskutują o jego życiu prywatnym. W końcu jest o czym.

PROSTYTUCJA? POPIERAM!

Kontrowersje wzbudził film „Lagerfeld Confidential” w reżyserii Rodolphe Marconiego, zaprezentowany na zeszłorocznym festiwalu filmowym w Berlinie. Mistrz, ubrany jak zwykle na czarno, ze spiętymi w kucyk włosami i w ciemnych okularach, opowiadał w nim z wrodzoną pewnością siebie o modzie, fotograficznej pasji i poglądach na świat. To pierwszy tak obszerny dokument poświęcony prywatności i pracy zawodowej projektanta. Dzięki niemu wielbiciele talentu Karla mieli okazję przyjrzeć mu się z bliska. Zobaczyć, jak pracuje, jak rozmawia z modelkami i co sądzi na przykład o... prostytucji. „Zalegalizować! Zdecydowanie” – zdradził Lagerfeld. – „Podziwiam te biedne kobiety, które całymi dniami i nocami stoją na ulicach. To w końcu taka ciężka praca, sypiać z obcymi. Ale gdyby ich nie było, to niewyżyci seksualnie faceci zostaliby mordercami. Wszyscy przecież wiedzą, że mężczyźni muszą sobie od czasu do czasu ulżyć” – dodał z uśmiechem. Wtedy też Karl Lagerfeld pierwszy raz wpuścił ekipę operatorów do swojego paryskiego apartamentu. Pokazał im obszerną kolekcję książek i płyt, a także pozwolił, by zaglądali do miejsc, do których nikt wcześniej nie miał wstępu. Widzowie mogli zobaczyć, co ma w szafie (oczywiście garnitury tylko z ostatnich kolekcji najlepszych projektantów) i co stawia na kominku. „iPody, każdy z inną muzyką, i srebrne pierścionki! Mam ich około setki” – przyznał. – „Zawsze zabieram je ze sobą w podróż. Nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać”

ŻADNYCH SENTYMENTÓW

10 września Karl obchodził swoje urodziny, ale nikt nie wie dokładnie które. On twierdzi, że 70., dziennikarze są jednak innego zdania. Kilku z nich dotarło do jego szkolnych dokumentów, według których projektant jest o pięć lat starszy. Czy to jednak istotne, kiedy naprawdę się urodził? Chyba nie. Zwłaszcza że jego projekty z roku na rok są coraz bardziej imponujące. Bez wątpienia wiek Karla działa na jego korzyść. Wszystko, co tworzy zarówno dla Chanel, Fendi, jak i dla własnej marki Lagerfeld Gallery, odróżnia go od prac innych kreatorów. Jego ubrania są połączeniem awangardy i klasyki. Nawet wtedy, gdy robi zwyczajne kostiumy przypominające te zaprojektowane przez samą Coco, zawsze urozmaica je czymś efektownym. Tylko w kontaktach z innymi jest nieznośny. W minutę potrafi zwolnić kogoś, z kim współpracował przez 30 lat. „Skoro ludzie nie przestrzegają moich zasad, muszą wiedzieć, że mogę ich wyrzucić” – tłumaczył Karl. Nie przejmuje się też tym, gdy odprawione przez niego osoby oskarżają go o niesprawiedliwość. Wierzy, że świat 180-centymetrowych piękności i chimerycznych kreatorów pozbawiony jest zasad. „Moda ma ulotny i niebezpieczny charakter. Jeżeli chcesz się nią zajmować, musisz wiedzieć, że w tej branży polega się na intuicji i na emocjach. Jak ktoś potrzebuje reguł, niech lepiej siedzi w okienku bankowym. Tak też można” – zdradził. I niech nikt nie dyskutuje z mistrzem.